wróć do spisu opowiadań


"Tytania" autorstwa Chan Lee
"Tytania"
Chan Lee
18 czerwca 2013


********************
Rozdział 1
********************


Leżałam na brudnym posłaniu i wpatrywałam się tępo w sufit. Kolejny dzień, który nie przyniesie dla mnie niczego dobrego. Żałowałam, że w ogóle się obudziłam. Nie chciałam tak żyć. W brudzie i w hałasie, czuć całymi dniami tego przeklętego głodu i zmęczenia. Całe moje ciało było pokryte siniakami i zadrapaniami, a wszystko przez nieposłusznego kuca. Już jako młoda dziewczyna musiałam pracować, by przeżyć w tym surowym świecie. I co mi po tym? I tak nie dostanę za to żadnych pieniędzy, czy choćby jedzenia. Ojczym zabierze wszystko dla siebie i zniknie na cały wieczór. Wróci pewnie pijany, wybuchnie tylko niepotrzebna kłótnia i znowu dojdzie do bicia. Westchnęłam ciężko. Gdybym miała wybór, wolałabym w ogóle się nie narodzić.

– Nie należę do tego miejsca – mruknęłam cicho. Moją jedyną nadzieją na lepsze były właśnie te słowa i sny, które objawiały się każdej nocy. Wystarczyło, że zamykałam oczy po ciężkim dniu, a już pojawiło się to wszystko przede mną. Mój dom, który był zadbany i czysty. Moja rodzina, która mnie kochała. Mój ukochany, który dbał o mnie i szeptał czułe słówka do ucha. Wszystko to wydawało się być takie wyraziste i prawdziwe, jakbym należała do tego miejsca od dawna. Oszukiwałam samą siebie. Doskonale wiedziałam, że te sny to tylko marzenia i iluzja, coś czego nigdy nie będę mieć. W tym świecie nie ma prawie żadnej osoby, która by mnie kochała. Prawie. Mogłam dziękować Bogu, że obdarował mnie jeszcze istotą, dla której byłam bardzo ważna. Zerknęłam na prawo, by sprawdzić, czy Fanny już się obudziła. Nie spała. Na jej twarzy widniał szeroki uśmiech, a oczy czarne niczym jeżyny patrzyły w moją stronę.

– Wstajesz? – zapytałam, ignorując jej podniecenie. Raz opowiedziałam jej o swoich snach i to wystarczyło, by wypytywała mnie o nie każdego poranka.

– Znów śnił ci się ukochany? – No tak. O cóż innego mogła zapytać moja siostra? Ta dziewczyna gdyby mogła, oddała by się każdemu mężczyźnie za kilka złotych monet. I z tego co wiem, dziewictwo straciła już dawno temu. Nie lubiłam tego w niej.

– Tak, był tam. I moja prawdziwa rodzina i mój prawdziwy dom – odpowiedziałam jej, a w moim głosie można było wyczuć żal i tęsknotę.

– Robiliście to? Pocałował cię i posiadł w czystym łożu? – Jej oczy błyszczały. Nie rozumiałam tego zachowania. Jak można podniecać się czymś tak obrzydliwym?

– Oczywiście, że nie. Twoje myśli mnie przerażają, Fanny – burknęłam w jej stronę i odwróciłam się. Nie chciałam już dłużej tego słuchać. Fanny jak zwykle miała tylko jedno w głowie.

– Nie obrażaj się na mnie, Elsa! Proszę, opowiedz mi o swoim śnie! – Prosiła mnie tak głośno, że obudziła ojca.

– Zamknijcie się obie – warknął gniewnie. – Jeszcze jest noc.

– A właśnie, że nie! – Nie mogłam się powstrzymać. Zawsze byłam skora do kłótni, zwłaszcza z nim.

– Zaraz oberwiesz, jeśli się nie zamkniesz – Podniósł głowę z posłania i obrzucił mnie srogim spojrzeniem. – Śpij.

Zamilkłam. Fanny odczekała kilka minut, a później zapytała mnie najciszej jak potrafiła:

– Opowiesz mi, czy nie?

– Fanny, śni mi się to samo każdej nocy. Już ci o tym opowiadałam, nie mam zamiaru się powtarzać.

– Nie widziałaś może swoich ubrań, pokoju, kosmetyków? – Jej próżność mnie przerażała.

– Nie. Nie tym razem – odpowiedziałam sucho. Jak można w ogóle przejmować się takimi bzdurami? Nie rozumiałam jej. I to mnie martwiło. Po prostu się różniłyśmy. I to bardzo…

– Szkoda – bąknęła cicho pod nosem. – Ja też chciałabym takie sny. – Podniosła głowę i spojrzała tęskno w sufit pokryty brudem. – To niesprawiedliwe. Chciałabym to zobaczyć.

– Zobaczysz – Mój głos był stanowczy. – To prawdziwe miejsce i gdzieś tam istnieje. Obydwie trafimy tam któregoś dnia.

– Jak nazywa się to miejsce? – zapytała z prawdziwym zainteresowaniem. Spojrzałam na nią pustym wzrokiem.

– Nie mam pojęcia… Wiem tylko, że leży ono za murem Maria…

W moim nędznym i ciężkim życiu dziecka, które nic nie obchodziło własnego ojca, ani tym bardziej macochy, dobre były tylko dwie rzeczy: starsza siostra, tak do mnie niepodobna i konie, które tresowaliśmy i sprzedawaliśmy. Sny były odskocznią od wszelkich przykrości i moją jedyną nadzieją na lepsze życie. Tylko co z tego, skoro były tak odległe i niedostępne? Gdyby nie moja siostra, już dawno uciekłabym od ojca. Dopóki ona tu była, dopóty ja też tu musiałam zostać. Za bardzo ją kochałam, by pozostawi samą w tym brudzie i nędzy. Chciałam dla niej jak najlepiej, dlatego dzielnie znosiłam trudy każdego dnia i dawałam się zrzucać z grzbietu nieposłusznego konia. Tak było dzisiejszego południa. Właśnie ujeżdżaliśmy kucyka, który miał być sprzedany jednemu z bogatych handlarzy w Shiganshinie. Miał być wierzchowcem dla kobiety. Według mnie klacz była w ogóle niegotowa, ale ojciec jak zwykle upierał się, że się nadaje. Tylko idiota nie zauważyłby tego, że jest nerwowa i półdzika. Tato przeprowadził ją kilka razy po lonży i zachowywała się dość przyzwoicie. Dzisiaj kazał mi na nią wsiąść. Fanny jak zwykle gdzieś zniknęła, z pajdą chleba w dłoniach i kawałkiem sera w kieszeni. Wróci pewnie wieczorem z ukradzionym mięsem lub chlebem, przez co ominie ją bura od ojca. Ja oczywiście nie miałam prawa do jakiegokolwiek wyboru i zostałam zmuszona do ujeżdżenia kuca zbyt młodego i płochliwego.

– Ona nie jest jeszcze gotowa. – Upierałam się przy swoim, zauważając u klaczy białka wytrzeszczonych oczu. Oddychała ciężko i nierówno, jakby miała paść z wycieńczenia. Poczułam od niej woń potu, jaki wydalają przerażone zwierzęta.

– Wsiadaj – rozkazał tato. Westchnęłam. Z nim nigdy nie można się było dogadać. Ślepo ufał swoim umiejętnością, których tak naprawdę nie posiadał. Żaden z niego treser koni, tylko alkoholik i hazardzista. Zlustrowałam go wzrokiem, po czym uśmiechnęłam się zadziornie. Widziałam jego szarą twarz i podkrążone oczy. Pił wczorajszego wieczora i byłam niemal pewna, że czuł się paskudnie. Nie miałby siły stać cały dzień na słońcu z uwiązanym kapryśnym koniem na lonży.

– Będę ją tresowała, jeśli chcesz – odezwałam się nagle. – Każę jej biegać na lonży…

– Będziesz na niej jeździć, smarkulo. Żadna dziewucha nie będzie mi mówiła, jak tresować konie. – Podniósł głos, mrużąc gniewnie oczy.

– Po co ten pośpiech? Przecież ten bogacz kupi ją dopiero za kilka tygodni.

– Zmiana planów. Klacz potrzebna jest na przyszły tydzień i do tego czasu musi być gotowa.

– Będę z nią pracowała cały dzień, a dosiądę ją jutro albo pojutrze. – Ponowiłam propozycję. Nie potrzebowałam kolejnych siniaków i bólu pleców. Mogłam ją wytresować po swojemu, ze spokojem i czułością. On jednak tego nie zrozumiał. Jak zwykle.

– Wsiądziesz na nią teraz! – warknął gniewnie, chwycił mnie za ramię i wykręcił je do tyłu z taką siłą, że usłyszałam trzask kości. Syknęłam z bólu, zaciskając zęby.

– Wsiadaj! – rozkazał, a ja czułam jego cuchnący oddech na swojej twarzy. – Jeśli tego nie zrobisz, tak ci przywalę, że nie będziesz w stanie jeździć ani na niej, ani na żadnym innym koniu.

Wyszarpałam się z uścisku, mieląc w ustach przekleństwo. Byłam bezradna wobec jego zachowania, więc jedyne co mogłam zrobić to go posłuchać. Czułam, że absolutnie nikt mnie nie kocha, że nie interesuję absolutnie nikogo. To nie były jakieś tam głupie obawy, to była gorzka prawda.

– Wsiadaj – powtórzył ojciec i stanął przy głowie kuca. Popatrzyłam na niego równie kamiennym wzrokiem.

– Gdy tylko ją dosiądę, zrzuci mnie – powiedziałam głośno, ale stanowczo. – Ty to wiesz i ja to wiem. Będę dosiadać ją tak długo, dopóki nie nadejdzie noc. Nigdy nie wytresujemy jej w taki sposób. Gdybyś miał trochę oleju w głowie, pozwoliłbyś mi ją tresować. Bogaczowi pokazalibyśmy wesołe zwierzątko, a tak naprawdę przyprowadzimy mu skatowanego osła. – Mój głos był opanowany i śmiały. Jeszcze nigdy wcześniej, nie odważyłam się odezwać do niego w taki sposób. Było to przyjemne uczucie. On jednak nie dał się złamać i jak zwykle mnie nie posłuchał. Idiota.

– Wsiadaj i nie gadaj więcej! – wrzasnął rozwścieczony. Odczekałam kilka chwil, łudząc się, że jednak zmieni zdanie. Nic jednak na to nie wskazywało, a jego twarz wyglądała jakby została wyryta w skale. Twarda i nieustępliwa. Skuliłam się i posłusznie podeszłam do kuca. Sprawdziłam jeszcze, czy ojciec mocno trzyma konia przy łbie, po czym złapałam za uchwyt w siodle i podskoczyłam. Klacz czując mój ciężar na swoich plecach, odskoczyła na bok i stanęła dęba, wyrywając cugle z rąk taty. On jak ostatni dureń, wypuścił je i nie zostało już nic, czym można byłoby okiełznać kuca, z wyjątkiem uździenicy na jego karku. Przywarłam do jej grzbietu i starałam się na nim utrzymać, ona zaś biegła niczym szarżujący byk, robiąc wszystko byle mnie zrzucić. Nic nie mogłam zrobić, rozpaczliwie modliłam się o to, by ojciec złapał ciągnące się za nami cugle i jakoś zapanował nad klaczą. I gdy był już tak blisko, kuc musiał podrzucić niezdarnie zadem, omal mnie z niego nie zrzucając. Straciłam równowagę, w ostatniej chwili chwyciłam się łęku siodła i starałam po raz kolejny znaleźć się na jej grzbiecie. Klacz jednak wierzgnęła z całej siły i upadłam na bitą ziemię.

Skuliłam się, instynktownie chroniąc swoją głowę przed rozpędzonymi kopytami kuca. Usłyszałam świst powietrza oraz przekleństwa ojca, gdy klacz pobiegła na drugą część pola. Chybiła zaledwie o cal, miałam ogromne szczęście. Tato pognał za nią w stronę pola, nie szczycąc mnie ani jednym spojrzeniem. Po drodze nawet nie zerknął, by sprawdzić, czy nic mi się nie stało. Na mojej brudnej i pokaleczonej twarzy pojawił się gorzki wyraz. Czego ja się spodziewałam? Przecież ten dureń pragnie tylko pieniędzy i żołądka wypełnionego piwem!

Usiadłam i z trudem podźwignęłam się na nogi. Oprócz kilku siniaków i okropnego bólu pleców w miejscu na które upadłam, nic mi się nie stało. Ojciec smagał biedne zwierzę po głowie, a ja na to patrzyłam z obojętną miną. Nie litowałam się nad końmi, które zrzuciły mnie ze swojego grzbietu. Klacz była mieszanką kilku ras i jej jasnogniada sierść błyszczała w słońcu, ale czarna grzywa i ogon były sklejone. Będę musiała ją wyczyścić, zanim sprzedamy temu bogatemu durniowi. Zauważyłam, że ojciec zdzielił ją mocno batem tuż przy oku i jej delikatna powieka krwawi.

– Ty durniu. Skaleczyłeś ją i klient na pewno to zauważy – powiedziałam to z obrzydzeniem. Jak mieliśmy wytresować tego kuca? Takimi sposobami? Do przyszłego tygodnia będzie mocno poraniona, a wtedy nikt jej już nie kupi. I oczywiście lanie za wszelkie porażki dostanę ja. Zdążyłam się już do tego przyzwyczaić.

– Nie nazywaj mnie durniem, ty brudna smarkulo! A teraz wsiadaj! – Podchodził do mnie z batem w dłoniach. Przełknęłam głośno ślinę. Wiedziałam, że jeśli odmówię, to nim oberwę jeszcze mocniej niż koń. Spojrzałam na niego zuchwale, a chytry uśmiech nie schodził mi z twarzy.

– I kto będzie na niej jeździć? – Zapytałam jakby od niechcenia. – Ty raczej nie dosiadasz nieujeżdżonych koni, a macocha nie dosiadłaby osła, nawet gdyby przystawiono drabinę do jego boku. Nikt oprócz mnie nie będzie na niej jeździć. A ja tego nie zrobię i zdania nie zmienię. – Już chciałam odejść, gdy ojciec wydał z siebie ryk wściekłości i chwycił mocno za ramiona. Obrócił mnie w swoją stronę, a potem tak mną potrząsnął, że włosy zasłoniły mi widok jego zaczerwienionej od gniewu twarzy.

– Zrobisz to, albo ci przywalę! – ryknął, a w jego oczach pojawił się szatański błysk. Wiedziałam już, że przegrałam tę walkę. Ojciec doprowadzony do ostatecznej pasji, potrafił być bezlitosny i gdyby nie to, że po części miałam racje, już dawno zlałby mnie batem po plecach. Wiedziałam, że jeśli się nie poddam, on zapamięta moje nieposłuszeństwo. Wiedziałam, że będzie mnie bił, gdy tylko sobie o tym przypomni. Cały mój upór wyparował i zniknął gdzieś tam wysoko w niebie.

– Dosiądę ją – rzekłam ponuro, nie patrząc mu w oczy. Brzydziłam się swojego nędznego życia i jedyne czego pragnęłam to jego śmierci. Zaszliśmy klacz z dwóch stron pośrodku pola. Tym razem trzymał cugle silniej, gdy tylko znalazłam się na jej grzbiecie. Trwało to wszystko trochę dłużej, ale ostatecznie i tak mnie zrzuciła.

Zanim Fanny wróciła do wozu z królikiem pod pachą, ja leżałam na swoim posłaniu cała posiniaczona i pokaleczona. Męczył mnie potworny ból głowy, jedyne o czym teraz marzyłam to wieczny sen. Cała seria upadków sprawiła, że nie miałam siły się ruszyć. Do wozu weszła moja siostra, niosąca talerz potrawki z królika.

– Bardzo cię boli? – spytała, oglądając moje posiniaczone ciało. Mruknęłam coś niewyraźnie, odwracając się w jej stronę. – Wyjdź na zewnątrz. Z nim spokój, kupił sobie piwa i siedzi pod drzewem. Z macochą tak samo. Pójdziemy nad rzekę i to na pewno pomoże ci na te siniaki.

– Nie – powiedziałam ponuro. – Chcę spać i nie dbam o to, czy on się uspokoił. Nienawidzę go i życzę mu, aby zdechł. I ta głupia macocha też. Zostaję tu, chce spać.

– Bardzo boli? – spytała po raz kolejny, dotykając nosem mojego policzka.

– Bardzo, a zwłaszcza od środka – szepnęłam. – Zabiję go jak dorosnę.

Fanny pogłaskała mnie po głowie swoją brudną ręką.

– I ja ci w tym pomogę – rzekła z uśmiechem. – Jest tu blisko kilku moich kolegów, idziemy popływać. Idź z nami, Elsa! – namawiała mnie, chociaż dobrze znała moją odpowiedź.

– Jestem zbyt zmęczona. Zostań ze mną, Fanny – poprosiłam ją, ale ona pokręciła przecząco głową.

– Umówiłam się z nimi. Wrócę po zmroku. – Typowe dla niej. Skinęłam jednak głową, dając jej swoje pozwolenie. Cóż innego mogłam zrobić? Każdy z nas wiedział, że jeśli Fanny chce gdzieś wyjść, to nikt jej nie zatrzyma.

– Nie sprzeczaj się z nim jutro – ostrzegła mnie. – Od tego robi się tylko gorszy. I tak nigdy z nim nie wygrasz.

– Wiem – odparłam znużonym głosem. – Wiem, że nigdy nie wygram. Nie potrafię siedzieć cicho tak jak ty. Nawet nie potrafię uciekać tak jak ty. Nigdy nie umiałam i nie wiem, czy będę. Gdy tylko uda mi się uciec od tego durnia, zrobię to jak tylko umiem. Ucieknę, gdy będę wiedziała dokąd iść.

– A ja pójdę z tobą – powiedziała Fanny, powtarzając złożoną dawno temu obietnicę. – Proszę cię o jedno. Nie rozwścieczaj go jutro. Mówił, że jeśli będziesz mu nieposłuszna, to zbije cię batem.

– Postaram się… - mruknęłam niepewnie i podałam jej pusty talerz. Gdy wyszła z wozu, odwróciłam się w stronę drewnianej ściany, pokrytej zaciekami i brudem. Zacisnęłam powieki i próbowałam przywołać swój upragniony sen.

*****


Wyimaginowany świat w którym miałam całkiem inne życie. I gdy już nadchodził, uśmiechał się do mnie, jakieś brutalne szturchnięcie go spłoszyło. Krzyczałam w jego stronę, by mnie nie opuszczał, ale iluzja zniknęła równie szybko, jak się pojawiła. Otwarłam oczy, znowu czując odór niemytych ciał i brudu unoszący się w powietrzu. Załkałam cicho i podniosłam głowę. Niemal wrzasnęłam, gdy tylko go zobaczyłam.

– Levi?! Co ty tu robisz do diabła?! – spytałam głośno. Chłopak uśmiechnął się zadziornie, a jego białe zęby błysnęły w panującym wokół półmroku.

– Ruszaj tyłek. Wychodzimy stąd.

– Co? Nigdzie nie idę. I nie odpowiedziałeś na moje pytanie! – Naburmuszyłam się, ale posłusznie usiadłam na posłaniu. Czy zawsze znajdzie się ktoś, kto przerwie mój błogi spokój? Widocznie tak, bo brunet nie dawał za wygraną.

– Ruszaj się! Póki twojego ojca tu nie ma. – Te słowa wypowiedział z obrzydzeniem. On także nienawidził mojego tatusia. I słusznie, sama go nienawidziłam i pragnęłam jego śmierci.

– No dobra. Daj mi kilka minut – westchnęłam, wstając z posłania. Włosy miałam w nieładzie, a całe moje ubranie było brudne i pomięte.

– Nie ma czasu! – Chwycił mnie za rękę i pociągnął w stronę wyjścia. – Muszę ci coś powiedzieć.

Wywróciłam oczami. Jakoś mało mnie obchodziły jego wiadomości, jakiekolwiek by nie były. Nie lubiłam mężczyzn, ale ten chłopak był wyjątkiem. W przeciwieństwie do innych, nie zależało mu na pozbawieniu mnie dziewictwa. Przy nim mogłam być sobą. I wcale mu to nie przeszkadzało, jak widać. Zaprowadził mnie na polanę, gdzie stała ogromna, samotna jabłoń. Jej owoce były słodkie i soczyste. Pamiętałam ją doskonale, nierzadko jabłka były moim jedynym posiłkiem w ciągu dnia. Uroki bycia niechcianym dzieckiem. Puścił moją dłoń, gdy tylko usiedliśmy pod drzewem. Levi oparł się o jego pień, wpatrując się w tarczę księżyca. Nic nie mówił, milczał. Spojrzałam na niego zdziwiona. Nie zachowywał się normalnie, jak wcześniej mi się wydawało.

– Wyglądasz okropnie – odezwał się w końcu, odwracając głowę w moją stronę. – I śmierdzisz.

– Podaruj sobie te komplementy, dobra? – warknęłam, mrużąc gniewnie oczy. Co on sobie wyobraża? Doskonale wiem jak wyglądam. Chciałam nosić się czysto i pięknie pachnieć, ale mieszkając w brudnym i przepoconym wozie było to niemożliwe. Kiedyś próbowałam, ale wszystko spełzło na niczym. Słysząc jego głośny śmiech, zacisnęłam dłonie w pięści.

– Co cię tak śmieszy?!

– Uważasz, że to były komplementy? Zabawna jesteś! – Zachichotał. Podniosłam rękę i już miałam go uderzyć w policzek, gdy chwycił mnie za nadgarstek i przyciągnął do siebie. Pisnęłam zaskoczona i wylądowałam na jego kolanach, gdzie momentalnie objął mnie w pasie i głaskał po brudnych i zmierzwionych włosach.

– Co ci odbiło? – syknęłam, próbując wyrwać się z jego uścisku. On jednak był silniejszy, pomimo niskiego wzrostu.

– Chciałem się pożegnać… - Słysząc te słowa, znieruchomiałam na chwilę. Spojrzałam na niego pustym wzrokiem, niczego już nie rozumiejąc.

– Co ty mówisz? – jęknęłam żałośnie, czując narastający ból w sercu. Nie chciałam go stracić, był moim jedynym przyjacielem. Widywaliśmy się rzadko, ale przy nim nie musiałam udawać kogoś innego. Mogłam być sobą i rzucać przekleństwami na prawo i lewo. A teraz…

– Byłem tu przejazdem, gdy zauważyłem twój wóz i ojca. Nie zobaczymy się tak szybko Elso – Ton jego głosu mnie przeraził. Niemal czułam, jak serce stanęło mi na moment w piersi. – Postanowiłem wstąpić do wojska.

– Ty?! Przecież kiedyś mówiłeś, że nie warto tracić życie dla czegoś, co nie istnieje! – wykrzyczałam. Mówiłam prawdę. Kiedyś rozmawialiśmy o poborze do wojska i kadetach, którzy się na to wszystko zgłosili. Większość robiła to dla dumy, by nie zostać wyśmianym przez społeczeństwo. I większość z nich ginęła w szczękach tytanów. Dla mnie to była głupota. Tytanów nikt nigdy nie pokona, tak mówił tato. I po raz pierwszy się z nim zgadzałam.

– Spotkałem człowieka, który pokazał mi jak to jest naprawdę – wyszeptał. Wypuścił mnie z objęć, co wykorzystałam niemal natychmiast. Odskoczyłam od niego niczym spłoszone zwierzę.

– I to wystarczyło, byś zmienił zdanie? Uważałam cię za mądrego i odważnego, ale to już głupota! – wrzasnęłam. – Chcesz zginąć w szczękach tytanów? Chcesz stać się ich posiłkiem?! Spotkałam już wiele ludzi co poszło do wojska i już nigdy nie wróciło. Nie chcę by to cię spotkało…

– Podjąłem już decyzję. – Spojrzał na mnie twardo. – Nie obchodzi mnie twoje zdanie względem mojej osoby. Przyjaźnimy się, ale nie potrzebuję twojej troski. Przyszedłem też z pewnym pytaniem, ale chyba wiem jak zabrzmi twoja odpowiedź.

– Pytaniem? – powtórzyłam cicho.

– Tak, z pytaniem, czy pójdziesz tam razem ze mną. – Również wstał i spoglądał na mnie wyczekująco. A ja czułam się jakby grunt zapadł się pod moimi stopami. Nogi zaczęły mi drżeć, a w oczach pojawił się obłęd.

– Nie – wymamrotałam drżącym głosem. – Nigdzie z tobą nie pójdę…

– Tak jak myślałem. – Był zawiedziony moją odpowiedzią.

– Mam dla kogo żyć. Fanny nigdy nie pójdzie do wojska, a ja jej tu nie zostawię! Ty nie masz takiej osoby i tobie już wszystko jedno.

– Nawet tak nie mów! – warknął. Był spięty i przerażający, gdy się wściekał. Jego niebieskie oczy ciskały błyskawice. – Żyję dla siebie i sam podjąłem tę decyzję.

– Skoro tak uważasz, to idź sobie! Zginiesz tak samo jak inni głupcy, a nie przyniesie to żadnego pożytku! Skoro życie jest dla ciebie nic nie warte, to idź! Co tak stoisz, idź! – krzyczałam rozwścieczona, wymachując rękoma. – Ja mam dla kogo żyć! Fanny jest dla mnie najważniejsza i nigdy jej nie opuszczę! A ty posłuchałeś jakiegoś tam głupca, który tylko rozgląda się za takimi bachorami jak my!

– Irvin nie jest głupcem, tylko wspaniałym żołnierzem! – krzyknął Levi, podchodząc do mnie. – To on mi pomagał, gdy żyłem w stolicy jako przestępca! To on przywrócił mnie na ścieżkę dobra, a ty śmiesz nazywać go głupcem?! – Zamilkłam. Zabrakło mi języka w gębie. Po raz pierwszy od jakiegoś czasu nie wiedziałam co powiedzieć. Spuściłam wzrok. Może faktycznie przesadziłam?

– Opowiadał mi o wyprawach za mury, o byciu żołnierzem. Co w tym złego, że chcę nim zostać?! To nie zależy od ciebie i nigdy nie będzie. Myślałem, że skoro jesteśmy przyjaciółmi to zrozumiesz moją decyzję i będziesz mnie wspierać. Jednak się myliłem… - przerwał. Nie podniosłam głowy. Jego słowa mnie bolały i walczyłam ze łzami, cisnącymi mi się do oczu. – Skoro chcesz żyć w tym brudnym i przeklętym wozie, to sobie żyj! Daj się bić własnemu ojcu, który nigdy cię nie kochał! Daj zrzucać siebie z grzbietu półdzikiego konia! Żyj w nędzy i głodzie, skoro tak bardzo chcesz! Jesteś żałosna!

Ostatnie zdanie wykrzyczał i odszedł, zostawiając mnie samą. Wiatr się wzmógł, a księżyc zasłoniły ciemne chmury. Stałam tam w mroku i wpatrywałam się w ziemię. Po policzkach spływały mi łzy żalu i rozgoryczenia. Nie wiem jak długo jeszcze tam byłam, bijąc się z myślami. W końcu jednak skierowałam się w stronę wozu, nie podnosząc nawet głowy. Musiałam wyglądać jak duch, bo kilku mieszkańców krzyknęło i odbiegło szybko na mój widok. Uliczki Shiganshiny były puste, co przyjęłam z prawdziwą ulgą. Ojciec już spał, tak samo macocha. Fanny jeszcze nie było i wątpiłam, czy do rana wróci. Zdjęłam buty i padłam na posłanie, przykrywając się śmierdzącym kocem po same uszy. Z oczu nadal płynęły łzy, ale wytarłam je szybko wierzchem dłoni. Jęknęłam żałośnie. Zasnęłam niemal natychmiast, ale sen dzisiejszej nocy już się nie pojawił. Zamiast tego śniłam o Levim, którego straciłam już na zawsze. Już nigdy go nie zobaczę… Straciłam przyjaciela i zyskałam nowego wroga. Widocznie tak musiało być…

Następnego dnia ojciec czuł się lepiej i mocniej przytrzymywał konia, gdy na niego wsiadałam. Udało mi się na nim utrzymać wystarczająco długo, by na jego zarośniętej twarzy pojawił się chytry uśmiech. W końcu tato skinął głowę w moją stronę, podczas przerwy na obiad.

– Czy utrzymasz się na nim wystarczająco długo?

– Tak – odpowiedziałam pewnym głosem. – Kiedy wyjeżdżamy?

– Jutro wieczorem – rzekł wesoło i odłożył pusty talerz. – Żadna dama nie będzie potrafiła jeździć na tej klaczy. To wredny koń.

Starałam się zachować spokój. Gdy kupowaliśmy tę klacz, była bardzo łagodna. Wystarczyło jednak, że jakiś bogacz zapragnął konia dla dziecka, a ojciec starał się naprędce ujeździć dwuletniego dzikiego kuca. Gdyby była tresowana powoli, a z czułością, na pewno nie zamieniłaby się w przerażonego potwora. Zawsze dążył do szybkich zysków. Właśnie ta prymitywna głupota i tępa pogoń za drobnym zyskiem denerwowały mnie najbardziej.

– Ta klacz nie jest wytresowany do jazdy damskim siodłem – rzuciłam jakby od niechcenia.

– Nie – Skinął głową. – Ale jak umyjesz twarz i pozwolisz Fanny zapleść sobie włosy, będziesz wyglądać na taką, co dopiero uczy się jeździć. Handlarz ją kupi, a my znikniemy jeszcze tego samego wieczora.

– Rozumiem. – Skończyłam swój posiłek, a chrząstkę cisnęłam chudemu psu, leżącemu pod naszym wozem. Rzucił się na nią wygłodniale i zniknął gdzieś w cieniu. Było mi wszystko jedno co ojciec zrobi z tą klaczą. Nie było mi jej szkoda, a tym bardziej przyszłego dziecka, które będzie na niej jeździć. Położyłam się na świeżo skoszonej trawie, opalając się w słońcu.

– Gdzie teraz jedziemy?

– Na chwilę obecną zostajemy w Shiganshinie. Za niedługo będzie tu jarmark i może te dwie próżniaczki zarobią na swoje utrzymanie.

– Nikt nie potrafi kraść tak dobrze jak Fanny – powiedziałam pewnie. Miałam rację. Siostra była urodzoną złodziejką.

– Kiedyś ją za to powieszą – odparł obojętnie. – Jej się wydaje, że jak przewróci swoimi czarnymi oczami, to wszystko ujdzie na sucho. Nie zawsze uda się jej wyłgać, jak będzie starsza. Żandarmeria ją zatrzyma, a jak będzie się opierać, to zaciągną ją do ustronnego miejsca i tam wymierzą sprawiedliwość.

– Wsadzają do więzienia? – Podniosłam głos, otwierając jedno oko.

– Do więzienia? Rzadko kiedy. W większości przypadków kończy się na kuli w łeb i do widzenia! – zaśmiał się tubalnie i znikł w wozie. Analizowałam jego słowa i się przeraziłam. A co jeśli jedna z tych kul skończy w głowie mojej siostry?! Wzdrygnęłam się, ale nie mogłam nic na to poradzić.

Wiedziałam, że Fanny skończy jako ulicznica. Jej spojrzenie czarnych oczu było zbyt bezczelne i ochocze, by jakikolwiek mężczyzna mógł przejść obok niej obojętnie. Gdybyśmy mieszkali w normalnym domu i należeli do normalnej rodziny, Fanny wyszłaby wcześnie za mąż i urodziła dziecko, a mąż utrzymałby ją w ryzach. Ale tutaj nie było normalnego domu, ani normalnej rodziny. Ojca mało obchodziły jej poczynania, a macochę tym bardziej. Śmiała się, że skończy ona jako ulicznica w wieku szesnastu lat. Tylko ja wzdrygałam się, słysząc te słowa. Widziałam ulicznice w kilku większych miastach, widziałam ich owrzodzone usta i puste spojrzenie. Nie chciałam, by Fanny tak skończyła. Wolałam, żeby Fanny była złodziejką niż prostytutką.

– To przez to, że nie lubisz gdy ktoś cię dotyka – zaśmiała się, gdy próbowałam z nią na ten temat porozmawiać. Jej policzki były zaróżowione, a głos drżał z podniecenia. Siedziała na swoim posłaniu i czesała czarne włosy, błyszczące i puszyste. – Jesteś taka drażliwa jak ten koń, którego ujeżdżaliście. Pozwolisz mi się dotykać, ale nigdy nie chciałaś, bym zaplotła ci włosy.

– Nie lubię tego – odparłam szybko. – Nie lubię, gdy ktoś mnie dotyka. Gdy ktoś narusza moją przestrzeń osobistą i dotyka swoimi brudnymi łapami. Nie lubię tłoku.

– Ja jestem jak kot, którego można cały czas głaskać – zachichotała. – Nie przeszkadza mi nawet, jeśli zrobi to ojciec. Musi być tylko delikatny. Ostatnio dał mi monetę w nagrodę.

Wydałam z siebie gniewny pomruk.

– Mi jakoś nigdy nic nie dal, a to dzięki mnie konie nie były półdzikie, gdy je sprzedawał. Ten bogacz kupił klacz tylko dlatego, że widział jak się na niej trzymam. Gdyby nie ja, tato nigdy by jej nie wytresował.

– Lepiej módlmy się, żeby córka tego handlarza potrafiła jeździć konno – dodała Fanny, poprawiając się na posłaniu. – Czy klacz ją zrzuci?

– Jak amen w pacierzu – powiedziałam obojętnie. Nie obchodziło mnie, co się stanie z córką tego handlarza. Jak dla mnie, mogłaby nawet skręcić kark. Miałam zbyt dużo na głowie, by przejmować się zupełnie obcymi mi ludźmi. – Ten człowiek był takim samym głupcem jak nasz ojciec. Nawet nie zauważył, że utrzymałam się na niej tylko dlatego, że padała ze zmęczenia.

– Cóż, ale dzięki temu ojciec ma dobry humor…

– I co z tego? I tak nie podzieli się pieniędzmi, nawet gdybyś go oto poprosiła. Jest na to za chytry i zbyt dumny. – Niemal ją wyśmiałam. Musiałam zgadnąć jej myśli, bo spojrzała na mnie zaskoczona. Wzruszyłam ramionami.

– Mam kilka monet. Wybierzemy się na jarmark, kupimy sobie słodyczy i będziemy oglądać stragany. – Gdy to mówiła, oczy jej błyszczały z radości. Spojrzałam na nią z zaciekawieniem. Wolałam nie pytać, skąd miała jakiekolwiek pieniądze. Pewnie znalazła jakiegoś idiotę, który nie zwracał uwagi na młody wiek i wykorzystał ją jak zwykłą ulicznicę. Westchnęłam.

– Jeśli ojciec się na to zgodzi, to pójdę – rzekłam, wpatrując się w sufit. Nadal byłam posiniaczona i zmęczona niczym pijany żołnierz po całym dniu i nocy tresowania kucyka. Starałam się nie myśleć o utracie przyjaźni z Levim, ale było to bardzo trudne. Czasem widziałam jego twarz w swojej głowie, gdy zamykałam oczy. Widziałam jego zdenerwowane i pełne żalu oczy. Wzdrygnęłam się. Chyba mi odbiło.

Nie miałam co robić. W końcu zaczęłam rozmyślać nad planem ucieczki mojej i Fanny od zwyrodniałego ojca.

********************
Rozdział 2
********************


Tej nocy znowu nie śniłam o innym życiu. W zamian oglądałam wspomnienia z dzieciństwa z czasów, gdy mieszkałam w stolicy muru Sina. Nie podobało mi się to. Utrata Leviego była jednak boleśniejsza, niż wcześniej mi się wydawało. To uczucie pustki towarzyszyło mi cały wczorajszy wieczór i dzisiejszy poranek. Nie miałam nic do roboty. Kucyka sprzedaliśmy i przenieśliśmy swój wóz w inne miejsce, by handlarz nie mógł nas odnaleźć. Byłam niemal pewna, że jego córka leży pokaleczona w łóżku i ledwo oddycha. W końcu sprzedaliśmy im półdzikiego i drażliwego konia, a nie przytulne zwierzątko dla kobiety.

Miejsce w którym się zatrzymaliśmy znajdowało się pod samym murem, co niezbyt mi odpowiadało. Tuż za nim kryły się krwiożercze istoty żywiące się ludźmi. Napawały mnie przerażeniem i na samo wspomnienie o nich dostawałam gęsiej skórki. Nie chciałam spotkać żadnego z nich, a skoro Levi pragnie śmierci to… Załkałam żałośnie i opadłam na posłanie. Ilekroć starałam się o tym nie myśleć, tym częściej przyłapywałam się na wspominaniu tamtej fatalnej rozmowy. Gdybym mogła cofnąć czas!

Fanny nie było, macocha wraz z ojcem wyszła na zewnątrz wozu. Ja jako jedyna pozostałam w tym smrodzie i wspominałam dobre chwile, których za wiele nie było.

— Chodź tu. — Usłyszałam zimny głos ojca. Stał w wejściu i spoglądał na mnie lodowato. Usiadłam na posłaniu i rozprostowałam odrętwiałe ramiona. — Chodź tu i popatrz.

Usiedliśmy na trawie i graliśmy w karty. A raczej próbowaliśmy. Tato jak zwykle starał się oszukiwać. Nie pozwoliłam sobie na takie zagrania i zgadywałam większość jego nieczystych sztuczek.

— Widziałaś, co zrobiłem? — spytał. — Widziałaś, czy nie? — Kiwnęłam głową. Nie potrafił dobrze oszukiwać. To była trudna sztuka i powinno wykonywać się ją za pomocą czystych rąk i suchych kart. Talia taty była lepka od tłuszczu, przez co nie nadawała się do tasowania. Nie wiem jak długo spędziliśmy ten czas przy tym, ale gdy po raz kolejny wykryłam jego próbę oszustwa, stracił cierpliwość.

— Masz oczy jak jastrząb, Elsa. Myślisz, że jesteś mądra? Zrób to sama! — Rzucił kartami w moją stronę, nie dbając czy jakiejś nie zgubi. Zebrałam je wszystkie, dołączyłam do swoich i ułożyłam wachlarzyk ze starszych figur i kart. Patrzyłam obojętnym wzrokiem na otaczające nas budynki i tasowałam talię w taki sposób, by sobie rozdać same honory, a tacie słabe karty.

— Widziałem! — oświadczył tato z ponurą satysfakcją. — Widziałem jak robiłaś mostek, gdy strzepywałaś tę muchę…

— To się nie liczy! — Jak zwykle musiałam zacząć się kłócić. — Liczy się tylko, czy zauważyłeś jak je rozdaję! Widziałeś to? Albo że oszukuję przy tasowaniu?

— Nie — warknął. — Nie widziałem. Ale i tak jesteś mi winna monetę za to, że cię przyłapałem! Oddawaj karty!

Bez słów podałam mu talię i obserwowałam, gdy tasował ją w swoich zniszczonych dłoniach.

— I tak nie ma sensu uczyć dziewczyny… — burknął ponuro. — Taka jak ty nie zarobi. Żeby dziewczyna mogła zarobić, trzeba ją położyć na plecach, inaczej przynosi same straty.

Pozostawiłam go samego z narzekaniami i wróciłam do rozchybotanego wozu. Fanny leżała na swoim posłaniu i czesała włosy, macochy nie było. Pewnie chodziła po ulicy i szukała klientów, by móc zdobyć pieniądze i się pożywić. Wzdrygnęłam się na samą myśl. Prędzej ukradłabym jedzenie ze straganu nieuważnego handlarza, niż prosiła obcych o litość. Nie ufałam ludziom. Byli obłudni i okrutni. Każdy z nich działał we własnym interesie, nie dbając o dobro towarzyszy, czy chociażby bliskich sobie osób. Ja nie chciałam należeć do tego rodzaju ludzi. Do nich należał mój ojciec.

Shingashina to miejsce, gdzie ojcu nie powiódł się interes z innymi handlarzami. Mieli założył własną firmę, ale coś poszło nie tak. Plany upadły, a znajomi porozjeżdżali się w różne strony. Przez to wszystko tato nienawidził tej dzielnicy. Za ostatnie pieniądze wykupił wóz i ruszył w drogę po różnych wsiach i miastach. A mimo to wrócił i łudził się na szybki i sensowny zysk. Myślenie idioty, ale w końcu ojciec nie należał do tych inteligentnych.

Obok naszego wozu pasło się kilka wierzchowców. Konie były zadbane i po prostu piękne. Obserwowałam je z błyskiem w oku. Od dziecka uwielbiałam te zwierzęta. Gdybym mogła, kupiłabym stajnie i hodowała konie dla wojska. Była to dość trudna, ale opłacalna praca. Równocześnie spełniałabym swoje marzenie, co ostatecznie bardzo by mnie usatysfakcjonowało. Gdy obok mnie przeszedł ojciec, rzuciłam jakby od niechcenia.

— Ładne zwierzęta. — Odwrócił się w stronę koni. Obrzucił je chytrym spojrzeniem, co wprawiło mnie w rozpacz. Czy on nie widział niczego innego niż zysku?!

— A jakże… — Przyznał mi rację, uśmiechając się z zadowoleniem. — Ale za nasze też powinniśmy otrzymać całkiem sporą sumkę…

Nie skomentowałam tego. Zabrakło mi słów. Po sprzedaniu kucyka ojciec kupił jeszcze dwa inne konie. Jeden był tak stary i chory, że jego rzężenie można było usłyszeć siedząc na koźle, zaś drugi należał do ulubionych kucyków taty. Mimo wszystko konik był zbyt mały, by dosiadł go ktoś większy ode mnie i zbyt dziki, by zdołało się na nim utrzymać normalne dziecko. Przede mną pojawiła się wizja całodniowego ujeżdżania nieposłusznego kuca i już zaczęły mnie boleć wszystkie mięśnie.

— Tego starego konia upchnę jakiemuś młodemu durniowi. — Planował tato z przekonaniem. – Ten mały powinien pójść jako wierzchowiec dla kobiety.

— Jest półdziki — dodałam niepewnie. Reakcja ojca w ogóle mnie nie zaskoczyła.

— Sprzeda się dzięki swojej maści. — Nie wątpiłam. Miał cudowną i bladoszarą, błyszczącą sierść. Wyczyściłam go tego poranka dając się przy tym porządnie skopać, ale dzięki temu wyglądał niczym legendarny jednorożec.

— Jest piękny… — westchnęłam z rozmarzeniem. Nagle coś wpadło mi do głowy. Jeśli teraz nie wykorzystam sytuacji, to z wieczornego wypadu nic nie wyjdzie. A nie chciałam robić siostrze przykrości. – Tato, jeśli ten kuc się sprzeda, czy ja i Fanny będziemy mogły pójść na jarmark, by kupić wstążki dla niej?

Chrząknął, ale nie wyglądał na rozeźlonego. Dzięki perspektywie dużego zarobku na jarmarku był wyjątkowo pogodnie usposobiony, choć jak zwykle gburowaty.

— Może… — odparł. — Może dam wam trochę grosza, kto wie? — Ściągnął chomąto z grzbietu Stokrotki i cisnął nim niedbale na stopień wozu. Przestraszona hałasem klacz podskoczyła w bok, ocierając ciężkim kopytem moją nagą łydkę. Zaklęłam głośno i wytarłam kropelki krwi, wypływające ze zranienia. Ojciec nie zwrócił uwagi na żadną z nas.

— Pod warunkiem, że te konie się sprzedadzą — powiedział po krótkiej chwili namysłu. — Lepiej zacznij pracować nad tym młodym. Zanim zapadnie zmrok masz go dosiąść. Jeśli się na nim utrzymasz, będziesz mogła iść na jarmark. Zrozumiano?

Nie odpowiedziałam. Obrzuciłam go tylko nienawistnym spojrzeniem, jednak nie miałam odwagi zrobić nic więcej. Jeśli tylko zaczęłabym kłótnię z nim, niepotrzebnie bym go rozzłościła. Zdjęłam uprząż ze Stokrotki i spętałam ją niedaleko wozu, by mogła się paść, sama zaś powędrowałam do nowego kucyka uwiązanego z tyłu.

— Nienawidzę cię – mruknęłam pod nosem. Wóz zachybotał, gdy ojciec wszedł do środka. — Jesteś skończonym leniwym durniem i życzę ci, abyś zdechł!

Podniosłam bat i cugle, po czym stanęłam obok kucyka. Pogłaskałam go po srebrnoszarej sierści, wzdychając ciężko. W ciągu jednego dnia musiałam nauczyć go wszystkiego, co wymagało dwumiesięcznej tresury i tylko po to, żebyśmy razem z Fanny mogły pójść na jarmark z groszem w kieszeni.

Pogrążona w ponurych rozważaniach zabrałam się za tresowanie kucyka. Praca była ciężka, z nieba lał się żar. Zwierzę nie chciało współpracować, a sama byłam już zmęczona i głodna. W końcu postanowiłam zrobić sobie krótką przerwę. Kucyk wierzgał tylnymi nogami jeszcze przez chwilę, by w końcu uspokoić się na dobre. Oddychał nierówno, a jego sierść błyszczała od potu. Odpoczynek nie trwał jednak długo. Słysząc głośne przekleństwa ojca wydobywające się z wnętrza wozu, szybko powróciłam do przerwanej czynności. Skupiłam się na zmuszaniu szarego kuca, by nieustannie dreptał obok mnie. Stałam w środku okręgu, trzymając nisko bat, czasem dotykając go nim, gdy zatrzymywał się. Przemawiałam do niego łagodnie, żeby utrzymywał stałe tempo. Konik szedł czasami posłusznie, a czasem kopał i wierzgał, wlokąc mnie za sobą po trawie , dopóki nie zaparłam się piętami i nie zmusiłam do zatrzymania. Później procedurę rozpoczynałam na nowo, przymuszając go, by dreptał miarowo po okręgu.

Ledwie do mnie docierało, że ktoś mnie obserwuje. Całą swoją uwagę skupiłam na kucyku, pięknym jak obrazek i wyjątkowo sprytnym. Równie niechętnym do współpracy w tak gorącym słońcu jak ja. Równie rozłoszczonym i pełnym obrzydzenia.

Gdy ojciec wyszedł z wozu, nałożył kapelusz na głowę i ruszył w stronę miejsca, gdzie miał odbyć się jarmark, zatrzymałam zmęczone zwierzę i pozwoliłam mu zwiesić łeb i skubnąć trochę trawy. Sama położyłam się na ziemi, żeby odpocząć. Bolały mnie wszystkie mięśnie, a jeszcze nawet nie wsiadłam na jego grzbiet! To będzie ciężki dzień…

Teraz dopiero zauważyłam mężczyznę, który obserwował mnie od dłuższego czasu. Siedział na stopniu swojego wozu, a w ręce trzymał fajkę. Nad jego głową unosił się kłąb dymu tytoniowego. Nie przejęłam się jego obecnością. Przemówiłam delikatnie do pasącego się obok kuca. Jego uszy podniosły się na dźwięk mojego głosu i wiedziałam, że najgorsze na razie mamy za sobą. Do czasu, aż nie poczuje mojego ciężaru na swoim grzbiecie.

Fanny poszła na jarmark zobaczyć, co wraz z macochą będą mogły tam zdziałać. Sama macocha jeszcze nie wróciła i nie zanosiło się, by nastąpiło to szybko. Westchnęłam ciężko. Od dawna nie czułam się tak samotna. Przymknęłam oczy, wsłuchując się w śpiewającego skowronka.

— Hej, mała! — zawołał do mnie cichym głosem mężczyzna Niemal natychmiast usiadłam i przysłoniłam dłonią oczy, chcąc się mu lepiej przyjrzeć. Miał duży i zadbany wóz, na boku zaś widniał złoty napis, którego nie potrafiłam rozczytać. Mimo wszystko rozbawiło mnie przezwisko „mała”. Nie należałam do niskich osób, miałam przeszło 170 cm wysokości. Byłam wyższa o głowę od Fanny i niedługo przewyższyłabym ojca. Nie przeszkadzało mi to jednak w tresowaniu kucyków.

Mężczyzna ubrany w białą koszulę i czarne bryczesy do jazdy konnej spoglądał na mnie przyjaźnie. Widząc na twarzy jego uśmiech, nabrałam podejrzeń.

— Przy takiej robocie chce się pić — powiedział. — Nie masz ochoty na kufel kompotu jabłkowego?

— A to za co? – spytałam ponuro. Nie podobał mi się ten mężczyzna, a raczej jego pytanie.

— Przyjemnie się na ciebie patrzyło, gdy z nim pracowałaś. — Ruchem głowy wskazał na kuca pasącego się tuż obok mnie. Po chwili wstał i zniknął wewnątrz wozu, ocierając czubkiem głowy framugę drzwi. Gdy wrócił, w dłoniach trzymał dwa duże kufle. Zszedł ostrożnie po stopniach wozu i wyciągnął jeden z nich w moją stronę. Wstałam, ale nie sięgnęłam po napój, mimo że zaschło mi w ustach i marzył mi się orzeźwiający smak soku w gardle.

— Czego pan ode mnie chce? — Wbiłam wzrok w kufel. Tak bardzo chciało mi się pić!

— Zastanawiam się nad kupnem tego konia — odparł. — No dalej, bierz. Nie zrobię ci krzywdy.

— Nie boję się pana — odpaliłam niemal natychmiast. Spojrzałam tęsknie na napój i pokręciłam przecząco głową. – Nie mam pieniędzy, by za nie zapłacić.

— Ono jest za darmo! No bierz, głupia dziewucho!

— Dziękuję — mruknęłam ponuro i chwyciłam za kufel. Upiłam kilka łyków i od razu poczułam się lepiej. Orzeźwiający sok spłynął mi po wysuszonym przełyku, a jego smak był po prostu doskonały. Dawno nie piłam czegoś tak dobrego.

— Handlujecie końmi? — zapytał mężczyzna, obserwując mnie uważnie. Zaczęło mnie to irytować.

— Niech pan zapyta ojca — odparłam i upiłam kompotu. Nie miałam zamiaru wdawać się w rozmowy z nieznajomym. Nie ufałam mu. Jak każdemu cholernemu mężczyźnie na tym świecie. On jednak uśmiechnął się ciepło i przysiadł na stopniach wozu. Przez chwilę zastanawiałam się, czy rozbawiła go moja ostrożność, czy fakt, że rozmawia z brudną i nic nie wartą smarkulą. Po krótkim wahaniu usiadłam naprzeciw niego. Byłam czujna i spięta niczym koń, którego miałam tresować.

— Lubisz konie, prawda?

— Tak - potwierdziłam. — Mój tato je kupuje i tresuje, by móc sprzedać na jarmarku. Zwykle sprzedajemy konie dla dzieci…

— Kiedy ten będzie gotów? — Odwróciłam głowę w stronę pasącego się kuca. Teraz wydawał mi się być jeszcze piękniejszy niż przedtem. Do czasu, aż nie powrócimy do treningu. Wtedy na nowo stanie się potworem, chcącym mnie zrzucić ze swego grzbietu. Konie to przebiegłe stworzenia. Poczułam to na swoich barkach już dawno temu.

— Tato chce go sprzedać w tym tygodniu — powiedziałam. — Do tego czasu powinien być częściowo ujeżdżony.

— To szybka robota — skwitował mężczyzna, gwiżdżąc przy tym cicho. — Pewnie nie jednego kozła przy tym fikasz. Czy może twój ojciec będzie go ujeżdżać?

— To ja go będę ujeżdżać! — wykrzyknęłam z oburzeniem. — Cały dzień będę tresowała go na lonży, a wieczorem dosiądę!

— Nie denerwuj się tak! Nie powiedziałem nic złego.

— Nie sądzę – syknęłam z czystą nienawiścią i wstałam. Dopiłam resztę kompotu i oddalam mu kufel, dziękując skinieniem głowy. — A tak w ogóle to kim pan jest? Nie przedstawił się pan…

— Ty także tego nie zrobiłaś, moja droga. — Widząc jego szyderczy uśmiech ścisnęłam mocniej uchwyt kufla.

— Elsa – prychnęłam z niezadowoleniem. — Jestem Elsa.

— Już lepiej. — Wziął naczynie z moich rąk i również wstał. — Nazywam Darius Riggs, znany w królestwie jako hodowca koni dla wojska – powiedział to bez cienia skromności. Ten człowiek był bardzo pewny siebie i to sprawiło, że zaczęłam go szanować. Nie wydawał się być takim idiotą jak mój ojciec. Może jednak się do niego przekonam?

— Chciałbym porozmawiać z twoim tatą — odparł nagle, poważniejąc. Zdumiałam się tym trochę, ale nie skomentowałam. — Wróci na obiad, prawda?

— Pewnie tak… — odpowiedziałam bez przekonania. Tak naprawdę nie byłam pewna, czy tato planuje wrócić do wozu przed końcem dnia. Darius skinął głową ze zrozumieniem.

— Gdyby wrócił, powiedz mu, aby przyszedł do mnie. — Skierował się w stronę wejścia do wozu. Po chwili odwrócił się i zawołał za mną:

— Gdy skończysz robotę, możesz przyjść zobaczyć konie, które nabyłem. Za parę groszy pozwolę ci na nich pojeździć.

— Mówiłam już, że nie mam pieniędzy! — powiedziałam twardo. Wzruszył ramionami na tę uwagę.

— W takim razie dosiądziesz je za darmo. Możesz przyprowadzić kogo chcesz i przyjść, kiedy tylko najdzie cię ochota. Chwilowo nie planuję wyjazdu z tej dzielnicy.

— Dziękuję… — powiedziałam z zakłopotaniem. Spojrzał z zainteresowaniem na przedmiot, którzy trzymałam w swoich dłoniach.

— Potrafisz trzaskać batem równie dobrze, jak nim machasz? — W jego głosie można było wyczuć żywe zainteresowanie moimi umiejętnościami. Wzruszyłam ramionami. Musiałam umieć. To była pierwsza rzecz, której nauczyłam się jako malutkie dziecko. W trzaskaniu batem najlepszy był ojciec. Gdy prosiłam go, by mnie tego nauczył, cisnął mi pod bose stopy brudny gałgan:

— Uderz w to — powiedział i to była cała jego pomoc, jakiej zechciał mi udzielić. Całymi dniami machałam batem w stronę tego celu, stopniowo wzmacniając swoje nadgarstki, dzięki czemu nauczyłam się trafiać batem prosto w gałgan. Po latach treningów byłam w stanie strzelać z niego wysoko w górze, lub przy samym dole. Kiedyś Fanny namówiła mnie, bym urwała batem kłos, którzy trzymała w ustach. Jak ta ostatnia idiotka zgodziłam się za jej namolnymi prośbami i niechcący trafiłam w oko. Byłam przerażona, gdy oko znacznie jej spuchło i przez cały tydzień było podbite. Siostra jednak szybko zapomniała o sprawie, gdy rana wyzdrowiała i prosiła mnie, bym zarabiała z nią na ulicy, strącając pióra z kapeluszy wysoko urodzonych dam. Oczywiście, że się na to nie zgodziłam. Dostałam nauczkę i szybko wyciągnęłam z niej wnioski.

— Trzaśnij z tego. — Darius zachęcał mnie, ale ja pokręciłam głową.

— Nie – odparłam. — Kucyk może się przestraszyć i zrobić coś złego. Zrobię to dla pana, jak z nim skończę.

— Dobra dziewczyna. — Skinął głową i zapalił fajkę. Potem pochylił swoją jasną głowę i zniknął wewnątrz wozu. Trzasnęły za nim drzwi, a ja zostałam sama z kucykiem, którego pod koniec dnia miałam dosiąść. Musiałam to zrobić. Dla siebie i dla Fanny. Po to, byśmy mogły iść na jarmark z monetą w kieszeni.

*****


Nadszedł moment, w którym musiałam pokazać ojcu, że w ciągu dnia potrafię wytresować nieposłusznego kuca. Zrobiłam to, czując jak ze strachu cierpnie mi skóra. Tato przestrzegał zasady, że konia mogę dosiąść dopiero wtedy, gdy nie wierzga, albo nie ucieka. Kucyk stał nawet spokojnie, ale całe jego ciało drżało z przerażenia. A potem miałam z niego zsiąść bez żadnego upadku… Przełknęłam głośno ślinę. Po całym dniu pracy, doprowadziwszy siebie i kuca do skrajnego wyczerpania, przyzwyczaiłam go do swojej bliskości. Zrzucił mnie tylko raz, gdy go dosiadałam. Nie uciekł daleko, więc uznałam to za dobry znak. Nie uczyłam go ruszania z miejsca, ani zatrzymywania na rozkaz. Tego nie było warunkach jakie ubzdurał sobie ojciec. Zupełnie się tym nie przejmowałam. Miałam tylko dosiąść tego konia bez upadku i w końcu będę mogła pójść z Fanny na jarmark. Wcześniej jednak wstąpimy do tego hodowcy, chciałam zobaczyć jego wierzchowce i poznać tajemnicę ich tresury.

Pod koniec tego dnia kucyk potrafił jedynie stać nieruchomo przez kilkadziesiąt sekund, gdy go dosiadałam. Uśmiechnęłam się wtedy wymuszenie do ojca, ukazując mu swoje zwycięstwo. Zsiadłam z grzbietu i odwróciłam się w jego stronę, a on zaklął głośno i cisnął mi dwie monety pod nogi. Zrobił to niechętnie i gdyby nie umowa, o pieniądzach mogłabym zapomnieć.

— Spotkałem się z tym Riggsem. Stwierdził, że robi mi zaszczyt, że pozwoli wam obejrzeć jego konie i jeszcze na nich jeździć! — prychnął z obrzydzeniem. — Ja idę do miasta na spotkanie z jednym człowiekiem w sprawie kupna konia. Lepiej bądźcie w wozie jak wrócę, inaczej napytacie sobie biedy! — pogroził brudną pięścią. Już miałam powiedzieć coś złośliwego, gdy Fanny kopnęła mnie w piszczel i ze słodziutkim uśmiechem skierowała się do ojca.

— Oczywiście, tatusiu. — Obie wiedziałyśmy, że gdy wróci będzie zbyt pijany by stwierdzić czy jesteśmy, czy też nas nie ma. I że nic nie będzie pamiętał następnego ranka.

Gdy tato znikł w tłumie ludzi, my rzuciłyśmy się biegiem w stronę polany, na której stał wóz hodowcy.

— To prawdziwy lord! — szepnęła Fanny na widok Dariusa, który siedział na stopniach wozu i palił fajkę. – Popatrz na jego buty! Są wspaniałe!

— I mógł się tak ubrać, pomimo mieszkania w wozie! — powiedziałam zdumiona, gdyż nigdy nie widziałam kogoś tak zadbanego jak on. Kiedyś próbowałam nosić się czysto, ale marnie mi to wychodziło. Nie miałam warunków, by prać znoszone i połatane spódnice oraz przykrótkie koszule po matce. Darius widząc jak się zbliżamy, wstał i otrzepał ciemne bryczesy. Podszedł do nas powolnym krokiem, a na jego świeżo ogolonej twarzy pojawił się ciepły uśmiech.

— Ach, jednak przyszłaś! A to jest…

— To moja siostra, Fanny — odpowiedziałam szybko. Darius Riggs złożył nam uprzejmy ukłon.

— Chodźcie za mną. Jeśli macie jakieś pytania, to nie krępujcie się. Postaram się odpowiedzieć na każde. — Zachęcił nas do wejścia na jego teren, otoczony płotem.

— Dziękujemy panu — odezwała się Fanny i przeszła obok niego z głową uniesioną ku górze, pyszniąc się swymi puklami czarnych i lśniących włosów.

Tuż za wozem zobaczyłam pasące się kucyki. Na ten widok oczy zabłysły mi niczym szmaragdy. Darius poprowadził nas w stronę swojego wozu, który wydawał mi się być jeszcze większy i piękniejszy niż przedtem. Fanny widząc złoty napis na bordowym płótnie pisnęła z zachwytu, co skomentowałam tylko głośnym sykiem. I tak nie wiedziała, co ten napis oznacza. Żadna z nas nie potrafiła pisać, a co dopiero czytać!

Doszłyśmy do stóp zbocza, potem musiałyśmy przejść obok wielkiego parawanu przedstawiającego krajobraz nad jeziorem. Sceneria była namalowana tak realistycznie, że nie mogłam oderwać od niej wzroku. Ktokolwiek to zrobił, miał prawdziwy talent! Nagle zza parawanu wyszedł wysoki, na oko siedemnastoletni młodzieniec. Spojrzałam na niego podejrzliwie, jakby za chwilę miał nas zaatakować i zgwałcić. On jednak patrzył na nas wyniośle i nie mówił nic. Zdenerwowało mnie jego zachowanie. Za kogo on się ma? Uważa się za lepszego, bo pracuje u Dariusa? Nigdy nie zrozumiem mężczyzn…

Zerknęłam na Fanny. Tak jak się spodziewałam, ledwo powstrzymywała swoje fantazje na wodzy. Wpatrywała się w niego z rozmarzeniem, a jej blade policzki pokrył rumieniec. Westchnęłam głośno. Czy ona musi zakochiwać się w każdym napotkanym młodym mężczyźnie? Czy to możliwe, że każdy osobnik rodzaju męskiego sprawiał, że chciała się z nim przespać? Spoglądała na młodzieńca z taką śmiałością, jakby była mu równa.

— Jak się masz? — odezwała się swoim uwodzicielskim głosem. Zebrało mi się na wymioty.

— To ty jesteś Elsa? — spytał zaskoczony. Gdyby nie obecność siostry, rzuciłabym się na niego niczym rozwścieczone zwierzę i zadrapała na śmierć. Miałam już dość napalonych młodzików, a ten do takowych należał.

— To ja jestem Elsa — powiedziałam głośno, ale stanowczo. Mój głos był zimny i nieprzyjemny. Młodzieniec zlustrował mnie od stóp do głów i odwrócił głowę zniesmaczony. Z moich ust wydobył się głośny syk. Czyżbym nie była w jego typie? Tym lepiej dla mnie, nie potrzebowałam jego zalotów.

— Ja mam na imię Fanny. A jak na ciebie wołają?

— David – odparł. — David Riggs.

— David? To bardzo piękne imię!

— Tak myślisz? — Uśmiechnął się rozbawiony. W jego oczach pojawił się dziwny błysk.

Gdy oni byli pochłonięci rozmową, ja miałam czas, by przyjrzeć się chłopakowi. Ubrany w ciemną koszulę i białe spodnie wyglądał olśniewająco. Koszula rozpięta do połowy ukazywała wyrzeźbiony ciężką pracą umięśniony tors. To musiało podniecić Fanny do tego stopnia, że nie mogła oderwać od niego wzroku. Uśmiech pełen pewności siebie, jakim obdarzał moją siostrę wskazywał, że doskonale zdaje sobie z tego sprawę. Popatrzyłam na niego i pomyślałam, że to najprzystojniejszy młodzieniec, jakiego kiedykolwiek w życiu spotkałam. Z bliżej nieznanego mi powodu, wzdrygnęłam się tak, jakby ktoś wylał na mnie wiadro lodowatej wody.

— Spotkamy się później — powiedział. Zabrzmiało to niczym pogróżka, ale Fanny nie wyczuła zmiany w jego głosie. Pewnie oczekiwała na coś więcej. Uśmiechnęła się do niego słodko i pokręciła głową.

— Rób co chcesz. Ja mam inne rzeczy do roboty, niż pałętanie się przy czyimś wozie — rzuciła jakby od niechcenia.

— Tak? I jakie to rzeczy, jeśli można wiedzieć? — David spoglądał na nią zaciekawiony i zauroczony. Nikt nie potrafił oprzeć się urodzie mojej siostry. Cóż, przynajmniej ja miałam spokój od namolnych spojrzeń młodzieńca. Był równie napalony, co Fanny. Żałosne…

— Razem z Elsą idziemy na jarmark. — Chwyciła mnie za rękę i oparła głowę o moje ramię. — Mamy pieniądze do wydania i szkoda byłoby tego nie wykorzystać.

— Rozumiem… Elsa, prawda? — odwrócił się w moją stronę. Obrzuciłam go tylko wzrokiem pełnym politowania i kiwnęłam twierdząco głową. Ten chłopak musiał mieć demencję, skoro potrafił zapomnieć to, co mówiłam zaledwie kilka minut temu. Ewentualnie był tak zajęty rozmową z siostrą, że nie zwrócił na moje słowa najmniejszej uwagi.

— Tato mówił, że potrafisz tresować kucyki. Czy byłabyś w stanie zająć się takim koniem? – Wskazał za siebie, a ja powiodłam wzrokiem za jego ręką. Do kołka wbitego w ziemię był uwiązany ogier o ciemnej sierści, spokojny i łagodny. Na mój widok łypnął swoim czarnym okiem. Przełknęłam głośno ślinę, tracąc wiarę w swoje możliwości. Ten koń tak bardzo różnił się od tych, które musiałam tresować! Był po prostu olśniewający.

— Oczywiście — powiedziałam niepewnie. — Zadbałabym o niego jak należy.

— Czy chciałabym się na nim przejechać? — zachęcał mnie. W uśmiechu którym mnie obdarzył nie było wiele zrozumienia i ciepła, jakim patrzył na mnie jego ojciec. — Czy może masz coś lepszego do roboty, tak jak twoja siostra?

Fanny uszczypnęła mnie w ramię, ale zupełnie ją zignorowałam.

— Bardzo chętnie się na nim przejadę — powiedziałam szybko. — Wolałabym na nim pojeździć, niż iść na jarmark.

— Tata mówi, że masz bzika na punkcie koni. Gdy skończymy obchód po obozie, będziesz się mogła na nim przejechać. — Kiwnął w zrozumieniu głową. Po chwili dołączył do nas Darius, który musiał wcześniej iść do wozu. Uśmiechnął się do Davida i chwycił go za ramię, by przytulić do swej piersi.

— Widzę, że poznaliście już mojego starszego syna. Davidzie, mam nadzieję, że byłeś kulturalny wobec tych młodych dam. — Młodzieniec wywrócił oczami i uwolnił się z uścisku ojca.

— Przestań — warknął i odszedł. Mężczyzna oprowadził go wzrokiem pełnym rozbawienia. Sądząc po jego zachowaniu, takich sytuacji musiało być wiele i bardzo często. Nie współczułam jednak Davidowi. Gdyby żył w wozie wraz z moim ojcem, z radością przytuliłby się do takiego człowieka, jakim był Darius. Zaimponował mi swoim podejściem do życia, które szybko okazało się być tylko przykrywką…

Obchód po obozie nie trwał zbyt długo. Fanny bardzo chciała iść na jarmark i chodziła za mną z naburmuszoną miną. W końcu uległam jej narzekaniom i skróciłyśmy naszą wizytę do minimum. Po raz pierwszy miałam możliwość zobaczenia wojskowego konia, pięknego i potężnego. Dowiedziałam się wielu rzeczy, między innymi o hodowli, tresurze i posiłkach tych zwierząt. Gdy Darius zaczął opowiadać o ujeżdżaniu takich koni, poczułam się jakbym sama tam była. Wyobraziłam sobie ogiera o ciemnej sierści i mnie, stojącej naprzeciw niego. Wszystko wydawało się być takie prawdziwe, niemal uwierzyłam, że wydarzyło się to naprawdę. Największą jednak zaletą na tym spotkaniu była jazda na najlepszym koniu Riggsa.

W jednej chwili tresura i ujeżdżanie półdzikich kucyków wydawała mi się być nudna i ponura, tak jak każda inna praca dla kobiety. Po raz pierwszy w życiu zobaczyłam prawdziwego konia, ogromnego i umięśnionego, a jednak pięknego i posłusznego. Darius za pomocą bata zmusił kilka mniejszych kucyków, by krążyły wokół niego, a wystarczyło jedno trzaśnięcie, by zmieniły kierunek jazdy. Było to coś niesamowitego i niepojętego dla mnie. Te zwierzęta słuchały się go, jakby przemawiał do nich w umyśle. Doszłam jednak do wniosku, że to efekt wielu treningów i ćwiczeń, coś, co zabrało mu bardzo dużo czasu i zdrowia. Riggs jednak wydawał się być zadowolony, czułam do niego coraz większy szacunek. Tak samo jak ja, kochał konie i nie katował ich jak ten dureń, który zwie się moim ojcem.

— Dobrze się bawiłyście? — zapytał z uśmiechem. Fanny spojrzała na niego rozpromienionym wzrokiem.

— To było cudowne! — powiedziała bez cienia przesady. — Nigdy wcześniej nie widziałam czegoś tak wspaniałego!

— Jak pan wytresował te kucyki? — zapytałam zaciekawiona, gdy tylko odwrócił głowę w moją stronę. Słysząc te słowa roześmiał się głośno i pomasował po brodzie.

— Elsa, czy w twojej głowie nie ma nic innego niż konie? — Zrobiłam naburmuszoną minę. – Nie obrażaj się, stwierdzam fakt. Widzisz, te kucyki tresowałem sam przez rok.

— Ro… rok?! — wykrzyknęłam zaskoczona.

— Gdybym miał kogoś takiego jak ty, pewnie trwałoby to znacznie krócej — mrugnął do mnie, a ja zakłopotana odwróciłam wzrok. — Ahhh, całkowicie bym zapomniał! Podobno chciałaś przejechać się na jednym z moich koni, prawda? —Kiwnęłam twierdząco głową. Po raz pierwszy poczułam onieśmielenie.

— Jeśli on nie będzie miał nic przeciwko — zaczęłam ostrożnie.

— To tylko koń — odparł Darius, przyłożył dwa palce do ust i zagwizdał. Zza parawanu wyłonił się ogier, posłuszny jak pies, w samej tylko uździenicy. Podszedł do Riggsa, który gestem kazał mi stanąć obok konia. Potem usunął się na bok i otaksował mnie wzrokiem.

— Ile masz lat, Elsa? — zapytał znienacka. Oparłam głowę o szyję zwierzęcia i przymknęłam oczy z zadowolenia.

— Całkiem niedawno skończyłam piętnaście. — Czułam delikatny dotyk końskich chrap na swoim ramieniu i wargi łaskoczące mój kark.

— Masz zamiar jeszcze rosnąć? — kontynuował. — Ojciec jest dość niski…

— Wątpię, bym była jeszcze wyższa niż teraz — odparłam. On mruknął coś pod nosem i ledwo słyszalnie wyszeptał:

— Doskonale.

Obejrzałam się do Fanny, aby sprawdzić, czy jeszcze się niecierpliwi. Ona jednak nie patrzyła na mnie, a na parawan, wypatrując Davida. Westchnęłam.

— No to wsiadaj na niego — zachęcał mnie Darius. Spojrzałam na konia i przełknęłam głośno ślinę. Ten ogier był ogromny, nawet jak dla mnie. Chwyciłam za uździenicę i stanęłam przodem do niego. Zdałam sobie sprawę z tego, że to największy koń jakiego kiedykolwiek widziałam. Zaczęłam się go nawet bać. Potrafiłam wskoczyć na grzbiet Stokrotki z rozbiegu, ale ona była niższa i łagodniejsza od zwierzęcia, które stało przede mną. W końcu poddałam się i odwróciłam głowę do uśmiechniętego Riggsa.

— Nie wiem jak to zrobić — wyznałam.

— Każ mu się ukłonić — rzekł i nie ruszył się z miejsca. Obserwował mnie uważnie swoimi ciemnoniebieskimi oczami, zupełnie jakby wyobrażał sobie kogoś innego zamiast mnie.

— Ukłoń się — powiedziałam niepewnym głosem. Koń jednak ani drgnął. — Ukłon się.

— Nazywa się Karo — wyjaśnił Darius i wyciągnął fajkę z kieszeni spodni — i jest takim samym koniem jak inne. Zmuś go, żeby zrobił to co mu każesz. Nie bój się go.

— Karo – powiedziałam stanowczo. — Ukłoń się!

Czarne oko przesunęło się w moją stronę i teraz dopiero zrozumiałam, że był równie nieposłuszny jak każdy inny koń. Mógł być wytresowany, ale teraz najzwyczajniej w świecie kaprysił. Niewiele myśląc uderzyłam go po grzbiecie końcem uździenicy i tonem, który nie mógł pozostawić wątpliwości w jego umyśle, rozkazałam:

— Słyszałeś?! Ukłoń się, Karo! — Niemal natychmiast wystawił jedną przednią nogę przed drugą i ugiął ją w kolanie. Wystarczyło tylko lekko podskoczyć, bym znalazła się na jego grzbiecie.

— Wyprostuj się! — zawołałam, a on wyprostował wszystkie cztery nogi. Riggs z zadowoloną miną usiadł na trawie.

— Objedź obóz — rozkazał. Zdziwiłam się nieco, ale nic nie powiedziałam. Wystarczyło jedno dotknięcie pięt, by zwierzę ruszyło do przodu tak gładkim krokiem, jakbyśmy szybowali w powietrzu. Usiadłam nieco pewniej, a on wziął to za rozkaz do przejścia w lekki bieg. Jego wielki, szeroki grzbiet stanowił pewne siedzenie i pomimo lekkiego podskakiwania, utrzymałam się na nim bez trudu. Spojrzałam na Dariusa Riggsa, który zajęty był swoją fajką.

— Jedź dalej – powiedział. — Cwałuj. Później będziesz się mogła rozpędzić.

Kiwnęłam głową i usiadłam mocniej, zaciskając kolana na jego grzbiecie. Karo zaraz przestał denerwująco truchtać i ruszył w gładki cwał, pod którym włosy sfrunęły mi z ramion, a na mojej twarzy rozkwitł uśmiech zachwytu. Zza parawanu wyszedł David i uśmiechnął się, kiedy minęłam go w akompaniamencie tętentu kopyt. Na jego widok ogier wzdrygnął się nieznacznie, ja jednak tkwiłam na jego grzbiecie niewzruszona niczym skała.

— Zatrzymaj go! — krzyknął nagle Darius. Przeraziłam się. Pociągnęłam za uździenicę, zaniepokojona, że zrobiłam coś złego. — Trzymaj mocno! Karo, w górę!

Karo wyprostował głowę, omal nie uderzając mnie w twarz, gdy stanął dęba. Czułam, jak zsuwam się do tyłu, więc wczepiłam się w jego grzywę, a on przebierał przednimi kopytami w powietrzu i po chwili opuścił je z hukiem na ziemię. Gdy wszystko się uspokoiło, czułam jak drżę z przerażenia.

— Zsiądź! — rozkazał Darius, a ja natychmiast zsunęłam się z końskiego grzbietu. — Wybacz mi Elso, że tak to wyszło. Zupełnie zapomniałem, że ma do mnie przyjść jeden z handlarzy końmi. — Wyjął zegarek z kieszeni i spojrzał na niego z niezadowoleniem. — Trzeba wyczyścić Karo i zadbać o inne kucyki. Czas ucieka… Może chciałabyś pomóc mojemu synowi?

— Oczywiście — rzuciłam bez namysłu. Darius zerknął na Fanny.

— Lubisz konie? — spytał. — Czy chciałabyś przy nich pracować?

— Nie — odparła z uśmiechem. — Konie są za brudne.

— Jesteś za ładna, żeby się brudzić — stwierdził i rzucił w jej stronę złotą monetę. Złapała ją zręcznie w brudne dłonie i uśmiechnęła jeszcze szerzej. – Możesz siedzieć przy bramie i pilnować, by nikt nie wślizgnął się podczas mojej nieobecności. To będzie twoja zapłata.

— W porządku — rzekła i skierowała się w stronę płotu. Darius zostawił mnie i Davida samych, chcąc przygotować się na wizytę handlarza. Staliśmy przez chwilę w milczeniu, wpatrując się w siebie. Nie zadawalała nas wizja współpracy, ale skoro obiecałam Dariusowi, że pomogę, to swoje zadanie wypełnię. Pomogłam umyć Karo, wyszczotkować kucyki, napoić je wodą i nakarmić owsem. David pracował wytrwale, co jakiś czas jednak rzucał spojrzenia w stronę Fanny, która siedziała pod bramą, zajęta śpiewaniem i zaplataniem swoich czarnych włosów. Odwróciłam się w jej stronę, ale zauważyłam coś, co wprawiło mnie w prawdziwy szok. Serce stanęło mi w piersi, by potem bić jak oszalałe. Przy płocie stał Levi oraz wysoki młodzieniec o jasnych włosach w stroju żołnierza. Obaj wpatrywali się we mnie i Davida z nieodgadnionym wyrazem twarzy. Mimowolnie się wzdrygnęłam. To jest pewnie ten Irvin, o którym opowiadał podczas naszej ostatniej rozmowy! To on odebrał mi przyjaciela z dzieciństwa… Zacisnęłam dłonie w pięści.

— Stało się coś? — zapytał mnie David, przerywając czyszczenie Karo. Pokręciłam głową, odrzucając włosy na plecy.

— Zupełnie nic — odpowiedziałam i chwyciłam za gąbkę. Starałam się zignorować obecność tej dwójki, działali mi jednak na nerwy.

— Znasz ich? — On także ich zauważył.

— Nie – burknęłam ponuro. — Nigdy wcześniej ich nie spotkałam.

— Rozumiem. Weźmy się za kucyki. Karo niech się pasie na łące — odprowadził konia i przywiązał go do kołka wbitego w ziemię. Ja wylałam brudną wodę z wiader i ruszyłam za nim, nie chcąc go zgubić. Nie odwróciłam się za siebie ani razu.

********************
Rozdział 3
********************


Na jarmark poszłyśmy dopiero późnym wieczorem. Wcześniej pomagałam Davidowi w wyczyszczeniu kucyków i uprzątnięciu rozrzuconych narzędzi. Darius był bardzo zadowolony z naszej pracy. Gdy tylko handlarz odjechał, zaprosił wszystkich na kolację. Zgodziłam się na nią dość niechętnie. Zostałyśmy tylko dlatego, że Fanny mnie oto poprosiła. Nie potrafiłam jej odmówić. To była moja słabość. Kiedyś przez moją naiwność zostaniemy ukarane, byłam tego pewna.

W czasie trwania kolacji, milczałam jak zaklęta. Nawet Darius dał sobie spokój z zagadywaniem mnie. Byłam zbyt zajęta przyglądaniu się siostrze, rozmawiającej beztrosko z Davidem. Zdawała się być ślepa i głucha na moje znaki ostrzegawcze. Fanny zawsze należała do osób bezczelnych, ale czegoś takiego to ja jeszcze u niej nie widziałam! Biedny chłopak! Jeszcze trochę, a nie wytrzyma napięcia i się na nią rzuci! Ledwo się powstrzymywał. Jego oczy błyszczały od pożądania. Momentalnie odstawiłam kubek z gorącą herbatą. Odechciało mi się jedzenia na cały wieczór.

Po skończonym posiłku pożegnałyśmy się i ruszyłyśmy w stronę centrum dzielnicy. Fanny wyglądała na zadowoloną. Policzki rumieniły jej się niczym dojrzałe jabłka, a oczy lśniły z podniecenia. To znaczyło tylko jedno…

Moja siostra się zakochała!

Tylko tego brakowało…

Cholera…

Szłyśmy w milczeniu. Przełknęłam głośno ślinę, wytężając umysł do współpracy. Musiałam zacząć rozmowę z nią, zwłaszcza na temat Davida. Chciałam ją ostrzec, ale szybko doszłam do wniosku, że to i tak nic nie pomoże. Fanny była strasznie uparta, zwłaszcza gdy chodziło o zdobywanie mężczyzn.

— Mamy kilka srebrnych monet do wydania! — wykrzyknęłam triumfalnie. Musiałam zacząć tę rozmowę, po prostu musiałam! Choćbyśmy miały gadać o totalnych bzdurach, nie znosiłam ciszy między nami.

Byłyśmy już wystarczająco daleko od wozu Riggsa, nie przejmowałam się też tym, że ktoś nas usłyszy. Wytarłam brudne ręce w równie brudną spódnicę, uśmiechając się do siostry. Ta kiwnęła głową i wyciągnęła zaciśniętą dłoń tuż przed moją twarzą.

— Zobacz, co ja mam! – Otwarła ją i moim oczom ukazało się pięć złotych monet. Błyszczały w promieniach zachodzącego słońca, wprawiając mnie w zdumienie. Skąd Fanny miała te pieniądze?! — Dam ci jedną, jeśli chcesz.

— Fanny! — wykrzyknęłam przerażona. — Z czyjej kieszeni?!

— Tego handlarza, co przyszedł do Dariusa — odparła, wzruszając ramionami. — Poprosił mnie, bym kupiła mu słodkie bułki u miejscowego piekarza, bo on nie miał na to czasu. Gdy wróciłam z zakupami, stanęłam dostatecznie blisko, żeby wsunąć rękę do kieszeni jego spodni.

— Czy on cię rozpozna? — zapytałam. Jeszcze tego mi brakowało, by Fanny skończyła na szubienicy za kradzież!

— Ohh, tego jestem pewna — potwierdziła i uśmiechnęła się chytrze. Od dzieciństwa była świadoma swojej urody, co skrzętnie wykorzystywała do drobnych kradzieży. Przypomniała mi się ostatnia rozmowa z ojcem i oblał mnie zimny pot. — Nie martw się! Jestem pewna, że nawet jeśli zauważy brak pieniędzy, to nie dotrze do niego, że to byłam ja! A co tam, chodźmy się zabawić!

— Fanny! — jęknęłam żałośnie, wznosząc oczy ku niebu. Ona tylko roześmiała się, chwyciła mnie za ramię i popchnęła do przodu. Bardzo jej zależało na jarmarku, więc nie odezwałam się już ani słowem i skupiłam na drodze.

Na jarmarku zostałyśmy do późnej nocy, dopóki wszystkie kramy nie zostały zamknięte. Nasze kieszenie były wypełnione słodyczami i tandetną biżuterią. Siostra nie potrafiła sobie jej odmówić, pomimo moich narzekań na wyrzucanie pieniędzy w błoto. Na moje uwagi wzruszyła ramionami i prosiła sprzedawcę o kolejną błyskotkę. Czasem miałam ochotę uderzyć ją w głowę i powiedzieć, że to co robi, jest złe. Nie miałam jednak serca, by krzyczeć na własną siostrę. Osobę, która znaczyła dla mnie tak wiele…

Fanny w tym ścisku mogłaby obrobić jeszcze niejedną kieszeń, jednak na jarmarkach pracowały całe bandy złodziei. Gdyby nas przyłapali, byłybyśmy w nie lada kłopotach. Musiałybyśmy wywrócić nasze kieszenie i oddać dosłownie wszystko, nie wspominając jeszcze o wyzwiskach z ich strony i agresji… Wyłgać się starszemu dżentelmenowi to żaden problem, zwłaszcza dla kogoś pięknego, jak moja siostra. Jej bezczelność nie miała granic.

Wracałyśmy właśnie do naszego wozu, gdy drogę zagrodziła nam grupka dzieci. Trójka wyrostków kłóciła się z dwójką młodszych bękartów. Jednemu z nich próbowali wyrwać książkę, którą ściskał w swoich drobnych dłoniach. Jego kolega rzucił się z pięściami na napastnika, jednak ten odtrącił go niczym natrętną muchę. Chłopiec stracił równowagę i upadł pod nogi dwójki oprawców. Na ich twarzach pojawiły się kpiące uśmiechy, kiedy złapali biedaka za poły kurtki i zaczęli się nad nim znęcać. Mały blondyn wykrzyknął coś, po czym zamilkł, gdy silny cios w głowę pozbawił go przytomności. Krzykom i wrzaskom nie było końca.

Zareagowałam natychmiast. Fanny próbowała mnie powstrzymać, ale nawet ona nie potrafiła uspokoić mnie w tej chwili. Oprawcy nie zwrócili na mnie najmniejszej uwagi. Byli zbyt zajęci torturowaniem dwójki chłopców, że zrobiło mi się ich żal. Mogli być w moim wieku, mimo to, znacznie przewyższałam ich we wzroście. Chwyciłam jednego za kołnierz i wymierzyłam siarczysty policzek. Chłopak stęknął i zatoczył się, ale odpowiedział atakiem. W ostatniej chwili ominęłam jego pięść wymierzoną w mój policzek i kopnęłam idiotę w brzuch. Wydał z siebie kolejne stęknięcie, po czym schylił się w pół. Zaklął głośno, chwytając łapczywie powietrze. Jego koledzy stanęli jak wryci. Przez moment nikt się nie ruszał. W końcu jeden z oprawców wyrzucił książkę na bok i rzucił się na mnie z pięściami. Już miałam odpowiedzieć mu tym samym, gdy usłyszałam ostrzegawczy krzyk siostry. Odwróciłam głowę, tracąc czujność. Przeciwnik chętnie to wykorzystał. Potężny cios w klatkę piersiową powalił mnie na ziemię. Zabrakło mi tchu, a okropny ból nie pozwalał na złapanie oddechu. Syknęłam rozeźlona, przeklinając swoją nieuwagę. Z ledwością zablokowałam kopnięcie, łapiąc natręta za kostkę. Ścisnęłam ją najmocniej jak potrafiłam, sprawiając jak największy ból napastnikowi. Na jego kpiącej twarzy pojawił się grymas bólu. Widząc to, uśmiechnęłam się chytrze. Pociągnęłam go mocno za nogę, pozbawiając równowagi. Sama zaś przeturlałam się na bok, unikając kopnięcia drugiego oprawcy. Od lat unikałam w ten sposób kopyt dzikiego konia. Ten ruch nie był dla mnie niczym nowym, ale na napastnikach zrobił niemałe wrażenie. Jeden z nich cofnął się, drugi leżał na ziemi i łapał za uszkodzoną kostkę. Trzeci zwijał się w bólach, wypróżniając żołądek. Walka wydawała się być skończona.

— Jeszcze ci się oberwie, ty mała suko! — wykrzyczał jeden z nich. Podszedł do swoich towarzyszy, pomógł im wstać i odszedł z wysoko uniesioną głową. Co za frajerzy!

— Będę czekać! — wrzasnęłam za nimi. Nie odpowiedzieli. Zniknęli w ciemnościach. Odetchnęłam z ulgą. Poprawiłam brudną koszulę i odwróciłam się do Fanny. Patrzyła na mnie przerażonym wzrokiem. — Zrobili ci coś?

— Ty krwawisz! — zapiszczała i podbiegła do mnie. Z kieszeni spódnicy wyciągnęła czystą chustę. Pewnie ukradła ją nieostrożnej gospodyni, która powieszała świeżo wypraną bieliznę. — Elsa, dlaczego to zrobiłaś? Niepotrzebnie się wtrącałaś…

— To tylko zadrapanie. — Odtrąciłam jej rękę. Wytarłam krew rękawem koszuli i skierowałam się w stronę skatowanych chłopców.

— Żyjecie? — zapytałam. Odpowiedziało mi jęknięcie, wypełnione bólem i strachem. Westchnęłam ciężko i przywołała siostrę, która podała mi czystą chustkę.

— Ja się nim zajmę — wskazałam ruchem głowy na bruneta. — Ty weź tego drugiego.

— Jasne — podbiegła w stronę nieprzytomnego chłopca.

Rany były tylko powierzchowne i oprócz nabytych siniaków, chłopcom nic nie było. Gdy tylko blondyn się obudził, pognał w stronę porzuconej księgi. Chwycił ją w ramiona i mocno przytulił. Zdziwiła mnie jego reakcja. Zamyśliłam się.

Mogli mieć niewiele po osiem lat, może nawet mniej. Jeden wyglądał na typowego buntownika, drugi wydawał się być spokojniejszy. W swoich niewielkich dłoniach ściskał masywną księgę w skurzanej oprawie. Nie potrafiłam czytać, ale przedmiot zwrócił moją uwagę.

— Elsa? — Fanny zaniepokoiła się moim nagłym milczeniem. Stałam w bezruchu, świdrując wzrokiem blondyna wzorkiem. Ruszyłam w jego stronę, siląc się na przyjazny uśmiech. Sama nie wiedziałam, co zmusiło mnie do takiego kroku. Ta księga działa na mnie hipnotyzująco, chciałam poznać jej tajemnice, które ukrywała w swoim wnętrzu. Widząc moje poczynania, blondwłosy dzieciak wydał z siebie dziki okrzyk i cofnął się przerażony. Jego towarzysz załamał ręce. Brunet o zielonych oczach stał spokojnie i bacznie mi się przyglądał.

— Mogę zobaczyć? — zapytałam cicho, wskazując na księgę. Tamten wzruszył tylko ramionami i sięgnął po przedmiot. Podał mi ją do rąk i nie odezwał się ani słowem.

— Dziękuję.

Otwarłam książkę na pierwszej stronie. Powitały mnie duże litery, których nijak nie potrafiłam rozczytać. Nikt mnie przecież nie uczył czytania i pisania. Nigdy nie było na to czasu, a sam ojciec niewiele potrafił. Macochę mało obchodziło nasze nauczanie, była zbyt zajęta żebraniem i rozdawaniem swojej godności na ulicy.

— Przecież i tak nie umiesz czytać! — syknęła mi rozeźlona Fanny. Zignorowałam ją.

— O czym jest ta książka? — zapytałam chłopca, który milczał i taksował nas obie wzrokiem. Przez chwilę się wahał, ale w końcu odpowiedział:

— O świecie za murami…

— Naprawdę?! — wykrzyknęłam zdumiona. W tej chwili dotarłam do połowy książki wypełnionej obrazkami. Wpatrywałam się w nie przez dłuższą chwilę.

— Chciałabym to kiedyś zobaczyć… — wyszeptałam, przewracając strony. Na każdej z nich znalazło się zdjęcie, które przyciągało moją uwagę najbardziej. Na tekst nawet nie spoglądałam.

— Nie tylko ty — wyszeptał dzieciak. Zdziwiona podniosłam głowę, ale speszony odwrócił wzrok. Uśmiechnęłam się wtedy ze zrozumieniem i zamknęłam księgę. Oddałam mu ją i podziękowałam skinieniem głowy.

— Dzięki za wszystko. Pozdrów swojego przyjaciela, bo chyba zemdlał. — Istotnie, towarzysz tego odważnego chłopca leżał na trawie, jakby bez życia.

— Jak masz na imię, tak w ogóle? — zapytał, nie zwracając uwagi na przyjaciela. Zapadła głucha cisza.

— Elsa — odpowiedziałam po chwili namysłu. Fanny wywróciła oczyma i ruszyła w stronę wozu.

— Ja jestem Eren, a ten nieboszczyk to Armin. — Wskazał na nieprzytomnego ze strachu blondyna. Nie wytrzymałam i wybuchłam głośnym rechotem.

— Miło było cię poznać, Eren! — Pomachałam ręką na pożegnanie i pobiegłam za siostrą. Przez całą drogę powrotną nie odezwała się do mnie słowem. Ja także milczałam, wpatrując się w rozgwieżdżone niebo.

Było już ciemno, kiedy wróciłyśmy do naszego wozu. Zanim weszłam do środka, zajrzałam do koni. Stary już spał i można było mieć tylko nadzieję, że podźwignie się jutrzejszego ranka. Gdyby nie, ojciec zupełnie by się wściekł. Liczył, że uda mu się go sprzedać, bo potrzebował pieniędzy na nowy zakup. A martwy koń to niewielki zysk, nawet jeśli rzeźnicy nazywają go koniną. Gdybym jednak miała wybór pomiędzy koniną, a głodem, to zdecydowanie wybrałabym to pierwsze. Doskwierający głód to jedno z najgorszych rzeczy, jaki może towarzyszyć człowiekowi.

Wszystkie już spałyśmy, gdy nagle wóz się zatrząsnął i do środka wszedł pijany ojciec. Macocha ani drgnęła. Leżała na plecach, chrapiąc głośno, a cały jej wymyślny strój leżał zwinięty w kłębek na łóżku. Zauważyłam nowy pozłacany naszyjnik na jej szyi i już wiedziałam, że nie próżnowała, gdy tato się upijał. Wóz zakołysał się niczym statek na wzburzonych morzu, kiedy tato szedł chwiejnym krokiem w stronę łóżka. Gdy był już wystarczająco blisko, skoczył na nie niczym rozbrykany koń, próbując położyć się na macosze. Słyszałam, jak Fanny chichocze, bo klął i zwalał całą winę za niepowodzenie na wypite piwo. Mnie wcale nie było do śmiechu. Odwróciłam się twarzą do znajomej, pokrytej zaciekami ściany i wyobraziłam sobie dom z żółtego piaskowca otoczony krzakami czerwonych róż, ogiera o karej maści, który biegnie w moją stronę i siebie stojącą na werandzie, ubraną w niebieski strój do jazdy konnej.

Rankiem ojciec odpokutował za swoje picie, ale to właśnie macocha wycierpiała najwięcej. Zauważył nowy naszyjnik i zażądał pieniędzy, które zarobiła. Ona zapierała się, że trafił jej się tylko jeden klient, który dał jej jednego szylinga, tato jednak w to nie uwierzył i zaczął okładać ją butem. Razem z Fanny pośpiesznie schowałyśmy się w bezpieczne miejsce, pomiędzy kołami wozu. Siedziałyśmy pod nim, czekając aż przekleństwa i odgłosy tłuczenia naczyń ucichną, a ja w pewnym momencie wypatrzyłam Dariusa Riggsa, siedzącego na stopniu wozu i pykającego fajkę. W dłoniach trzymał kubek gorącej herbaty, bo za kawą nie przepadał. Sam mi to powiedział, podczas wczorajszej kolacji.

Skinął nam na dzień dobry, zupełnie jakby był głuchy na wrzaski dobiegające z wnętrza naszego wozu — siedział na słońcu i spokojnie popijał sobie gorący napój. Po chwili przysiadł się do niego David, my jednak zostałyśmy w kryjówce. Jeśli ojciec nadal był wściekły, nie mógł nas w tym miejscu dosięgnąć, chyba że postanowił wetknąć tam trzonek bata. Zakładałyśmy jednak, że nie będzie się pochylał — w głowie wciąż szumiało mu piwo. Nad nami robiło się coraz ciszej, mimo że macocha płakała hałaśliwie. W końcu jednak i ona umilkła. Fanny i ja nadal siedziałyśmy przytulone do siebie, chcąc się upewnić, że burza już minęła. W pewnym momencie Riggs ruszył w stronę naszego wozu i gdy był już wystarczająco blisko, zawołał:

— Roger Lorrain?

Poczułyśmy, że tato wychodzi na zewnątrz, bo wóz zachybotał się nad nami, a ja wyobraziłam go sobie, jak przeciera zaspane oczy i mruży je na widok oślepiającego słońca.

— To znowu ty? — wychrypiał niewyraźnie. — Wydawało mi się, że nie chcesz mojego wspaniałego konia myśliwskiego. — Chrząknął i splunął prosto na ścianę wozu. Jęknęłam cicho z obrzydzenia.

— Daruj sobie. Nie kupię tej chabety, nawet gdyby był ostatnim koniem na świecie — rzekł Darius i wyciągnął kolejną fajkę z kieszeni spodni. Spojrzałam przelotnie na naszego „wspaniałego konia myśliwskiego” i westchnęłam ciężko. Zwierzę wciąż leżało i prawdopodobieństwo, że kiedykolwiek się podniesie, malało z każdą upływającą godziną. Ojciec nie widział go, bo wpatrywał się w nieodgadnioną twarz Dariusa.

— Interesuje mnie ten kucyk. Wezmę go, jeśli twoja dziewczyna wytresuje go do końca tygodnia. Przypatrywałem jej się przez pewien czas i szczerze wątpię, że jej się to powiedzie.

— To leniwa smarkula — powiedział tato, starając się zmienić temat. — Ona i ta jej nic nie warta siostra. Nie są moje, a jestem do nich uwiązany.

Podniósł głos nagle rozgniewany.

— A moja żona to dziwka i złodziejka!

Wstrzymałam głośno powietrze. Przez chwilę myślałam, że się przesłyszałam. Serce biło mi jak szalone. Całe dzieciństwo musiałyśmy cierpieć, zdane na jego łaskę! Bił nas, zmuszał do ciężkiej pracy, nie karmił… Sukinsyn! Trzymał mnie i Fanny tylko dlatego, że tresowałam jego kucyki, które sprzedawał za nędzne grosze! Nie pamiętam, kiedy w ogóle podzielił się ze mną pieniędzmi, nie licząc wczorajszego wieczoru! Cholerny zdrajca…

Darius Riggs skinął głową w zrozumieniu, a rękawy jego bufiastej koszuli falowały w porannym powietrzu.

— Za wiele gąb do wyżywienia — powiedział współczującym tonem. — Żaden mężczyzna nie jest w stanie wykarmić czteroosobowej rodziny, nie mówiąc już o własnych wydatkach!

— Święta prawda – orzekł tato. Siadł ciężko na stopniach wozu. — Dwie bezużyteczne dziewuchy i jedna bezużyteczna dziwka!

— Dlaczego nie poślesz ich do pracy? — zapytał Darius. — Kobiety zawsze znajdą jakieś zajęcie i zarobią na życie.

— Gdzie się tylko da. Nigdy jednak nie zatrzymałem się na dłużej, by zdobyć dla nich stałą pracę. Zmarłej żonie przysięgłem, że nie wyrzucę ich z tego wozu. Gdy jednak coś się znajdzie… Wyniosą się i to natychmiast!

— Jedna z nich mogłaby pracować u mnie — podpowiedział mu jakby od niechcenia Darius. — Ta wysoka i chuda. Mogłaby tresować moje konie. Nie nadaje się do niczego większego od kuca i do niczego innego mi się nie przyda. Pomógłbym ci się jednak jej pozbyć.

Tuż nad naszymi głowami pojawiły się bose, koślawe stopy taty. Zszedł ze stopnia i ruszył w stronę wypastowanych butów Riggsa. My wciąż siedziałyśmy skulone pod wozem. Ta wymiana zdań zaczęła schodzić na zły tor. Ojciec sprzeda mnie jak worek ziemniaków i na zawsze rozstanę się z siostrą… Uderzyłam pięścią w ziemię, nie wiedząc co robić. Byłam bezradna! Zachciało mi się nawet płakać, ale przestraszone oczy Fanny zadziałały na mnie natychmiast. Przytuliłam się do niej jeszcze mocniej, opierając podbródek o jej głowę.

— Nie pozwolę nas rozdzielić — szepnęłam tak cicho, by tylko ona mogła mnie usłyszeć. Pociągnęła nosem i kiwnęła leciutko głową.

— Wziąłbyś Elsę? — zapytał tato z niedowierzaniem. — Wziąłbyś ją, by pracowała dla ciebie?

— Być może — odparł Darius. — Jeśli spodobają mi się warunki sprzedaży tego twojego dzikiego kuca.

Zapadło milczenie. Zacisnęłam dłoń na ramieniu siostry.

On przez chwilę stał bezruchu, analizując fakty. Gdy otwarł usta, byłam już pewna, że podjął decyzję. Wstrzymałam oddech.

— Nie – powiedział nagle łagodnym głosem.

To całkowicie zbiło mnie z tropu. Byłam pewna, że chce się nas pozbyć jak najszybciej! Czyżby obudziły się w nim jakieś pozytywne emocje? A może to wszystko jest snem? Uszczypnęłam się w rękę, ale nie poczułam się lepiej. Moja przyszłość była niepewna.

— Nie mógłbym jej wydać. Obiecałem jej matce nieboszczce, musisz zrozumieć. Nie mogę tak puścić, jeśli nie będę wiedział, że idzie w dobre miejsce.

Czułam się rozdarta niczym stare prześcieradło. Z jednej strony chciałam na zawsze opuścić wóz tego durnia i żyć jak człowiek, bez uczucia głodu i lęku przed gniewem alkoholika. Jednak wizja rozstania z Fanny była dla mnie zbyt okropna. I co by zrobiła, gdybym musiała iść z Dariusem, a ona zostałaby z ojcem? W tej chwili zdałam sobie sprawę, że Fanny mogłaby się beze mnie obyć. Była piękna i bystra, więc znalezienie bogatego męża nie byłoby dla niej żadnym wyzwaniem. To ja nie dałabym sobie bez niej rady. Nie lubiłam kraść. Zawsze uważałam, że lepiej samemu coś wypracować niż iść na łatwiznę i zabrać cokolwiek sprzed nosa właściciela kramu. Nie mówiąc już o znalezieniu sobie męża! Zadrżałam na samą myśl.

— Jak sobie chcesz — Riggs odwrócił się, a ojciec podreptał za nim.

— Jeśli dasz mi z góry zapłatę, to się zastanowię. Pogadam z nią. To rozsądna dziewczyna. Tresuje wszystkie moje konie i bez wątpienia bym zginął, gdyby niej jej umiejętności. Sam widziałeś! Tego kuca ujeździ do końca tygodnia, sam będziesz mógł to sprawdzić! W tej robocie jest znakomita…

— Równie dobrze mogę wynająć ucznia lub nająć chłopaków do pracy. Będę na niej tylko tracił. Jeśli zaproponujesz rozsądną cenę za tego kuca, to pomogę ci pozbyć się problemu — przerwał jego wypowiedź, zaciągając się dymem.

— Ale to dobry kuc — wtrącił z ożywieniem tato. — Powinienem sporo na nim zyskać.

— Ile na przykład?

— Trzydzieści złotych monet — powiedział głośno i wyraźnie, usiłując dwukrotnie przebić sumę, jaką dał za tego kuca. Darius nie pozwolił się oszukać. Zaraz zaczął się targować.

— Dziesięć złotych monet — odparł bez namysłu. Nie spodobało się to ojcu. Jego brew niebezpiecznie zadrżała. Nie wróżyło to niczego dobrego.

— Dwadzieścia złotych monet i Elsa — orzekł tato. W jego głosie wyczułam zdenerwowanie. Sama zbladłam z przerażenia.

— Załatwione! — wykrzyknął zadowolony Darius. Wydałam z siebie cichy jęk żalu. Zostałam sprzedana i to przez własnego opiekuna! Nie mówiąc już o tym, że handel ludźmi był zakazany… Gdzie w tej chwili była żandarmeria?! Pewnie opijała się jak zwykle. Słyszałam narzekania mieszkańców na ich pracę. Nic dziwnego! Płacili podatki i w zamian nie otrzymywali kompletnie nic!

Wyślizgnęłam się spod wozu i dopadłam tatę, który właśnie spluwał w garść, by dobić targu.

— I Fanny! — powiedziałam z naciskiem, chwytając go za ramię. Odwróciłam się w stronę Dariusa. — Fanny i ja się nie rozstaniemy!

— Sam stwierdziłeś, że jest leniwa — zwrócił się do ojca, ale spoglądał na mnie spod półprzymkniętych powiek. Za jego plecami pojawił się David, zainteresowany zamieszaniem panującym na zewnątrz.

— Potrafi gotować — odrzekł z rozpaczą tato. Widocznie nagle zapragnął się nas pozbyć, nie baczył już nawet na obietnicę złożoną matce. — Potrzebny ci ktoś do sprzątania w wozie. Fanny świetnie się do tego nadaje.

— Nie potrzebuję dwóch dziewczyn, by obijały mi się po wozie — rzekł Darius stanowczo. — Nie dam tyle pieniędzy za dwie nic nie warte dziewuchy i dzikiego kucyka.

— Sama nigdzie nie pójdę! — wykrzyknęłam, a w moich oczach zapłonął ogień.

— Zrobisz to, co ci każe! — wrzasnął z pasją ojciec i rzucił się w moją stronę.

Uskoczyłam w bok, po czym schowałam się za plecami Dariusa. Patrzyłam na niego z błaganiem.

— Fanny jest przydatna! Potrafi rzeźbić kwiaty z drewna, łapać króliki. Umie tańczyć i śpiewać. Jest bardzo piękna, na pewno się panu do czegoś przyda! Może stać przy bramie, tak jak robiła to ostatnio. Okrada tylko obcych! — tłumaczyłam z przejęciem. Robiłam wszystko, byle jej nie stracić. Ona sama siedziała pod wozem i szlochała cicho. Nie pamiętam, kiedy ostatnio płakała. To chyba było podczas choroby matki, którą pokonał tyfus.

— A nie chciałabyś sama pracować przy moich koniach? — kusił mnie Darius. Przełknęłam głośno ślinę. Niełatwo było odrzucić taką szansę. Odwróciłam głowę w stronę naszego wozu. Fanny wyszła w końcu z kryjówki, ale w jej czarnych, zapłakanych oczach ujrzałam ogromny strach. Serce stanęło mi na moment, by potem bić jeszcze szybciej.

— Bez Fanny nigdzie nie pójdę — powiedziałam stanowczo i zamilkłam. Ręce trzęsły mi ze zdenerwowania, a do uszu docierał chrapliwy oddech skacowanego ojca.

Darius spojrzał mi w oczy, po czym zwrócił się do ojca.

— Dziesięć złotych monet — rzucił. — Dziesięć monet za kucyka, a w ramach przysługi uwolnię cię od tych dwóch kocmołuchów!

Tato westchnął z ulgą.

— Załatwione! — powiedział, splunął w garść i obydwaj podali sobie ręce, żeby przypieczętować umowę.

— Mogą zaraz przenieść się do twojego wozu. — oświadczył. — Dzisiaj ruszam w drogę.

Patrzyłam jak wtacza się z powrotem do wozu. Wcale nie ruszał tego dnia w drogę. Po prostu chciał uciec, zanim Darius zmieni zdanie. Na pewno chciał uczcić fakt, że sprzedał marnego kucyka i przy okazji pozbył się balastu, jakim byłyśmy my dwie. Miałam jednak wrażenie, że Darius od samego początku wiedział, że właśnie tyle zapłaci za kuca i mnie. I być może wiedział od samego początku, że będzie też musiał zabrać Fanny.

*****


Przez cały tydzień, do końca jarmarku w Shiningashimie zachowywałyśmy się, jak potrafiłyśmy najlepiej. Fanny codziennie wędrowała do miasta i wracała z mięsem na obiad.

— Skąd ty to bierzesz?! — wypytywałam zdenerwowanym szeptem, gdy nakładała na talerze gęsty gulasz, pełen króliczego mięsa.

— Przy bramie stacjonuje pewien uprzejmy żołnierz — wyjaśniła z cichą satysfakcją. Żołnierz?! Nie… Tylko nie to! Romans z żołnierzem… Jasna cholera!

Nakrywałam właśnie do stołu: garść srebrnych łyżek wysypała się hałaśliwie z mojej dłoni.

— Co za to musisz zrobić? — spytałam jak ostatnia idiotka. Nie zdążyłam ugryźć się w język. Fanny tylko zachichotała i postawiła talerz z obiadem na drewnianym, składanym stoliku.

— Nic takiego — odparła. Obdarzyła mnie łobuzerskim uśmieszkiem, spod splątanej masy czarnych włosów. — Szczegółów wiedzieć nie musisz, ale po wszystkim posyła mnie do jednej z handlarek, która w nagrodę daje mi jedzenie. Obiecał, że jutro dostanę bażanta!

Spojrzałam na nią z zakłopotaniem. Dobrze wiedziałam, co oznaczają te szczegóły. Przełknęłam głośno ślinę. Na samą myśl mnie zemdliło.

— W porządku – powiedziałam strapionym głosem. — Ale jak ci obieca wołowe żeberka czy udziec jagnięcy, to już więcej tam nie pójdziesz. Czy uda ci się uciec, gdybyś musiała?

— Ależ tak! — odparła beztrosko, nawet na mnie nie patrząc. — Siadamy obok okna, które zawsze jest otwarte. Kilka chwil i już mnie nie ma!

Pokiwałam głową. Ulżyło mi tylko trochę. Musiałam ufać Fanny w sprawie jej dziwacznych i przerażających wypadów do dorosłego świata. Nigdy nie dała się złapać. Nigdy nie została ukarana. Czy plądrowała po kieszeniach, czy tańczyła dla starszych panów zadzierając wysoko spódnicę, zawsze bez żadnych kłopotów wracała do domu z kieszeniami pełnymi pieniędzy. Przy wozie była leniwa, jeśli jednak wyczuła zagrożenie lub jakieś kłopoty, potrafiła wymknąć się każdemu i zniknąć jak sen.

— Zawołaj ich — powiedziała kiwając głową w stronę wozu. Znikłam jej na chwilę z oczu, by potem wykrzyczeć ile sił w płucach:

— Darius! David! Obiad!

Teraz mówiliśmy sobie po imieniu. Sam Darius stwierdził, że skoro mieszkamy w jednym wozie, nie ma sensu mówić do siebie jak do kogoś obcego. Jak najbardziej mi to odpowiadało. David i Fanny wymieniali między sobą tajemnicze, ukradkowe uśmiechy, ale nic więcej. Darius już podczas tego pierwszego wieczora , który spędziłyśmy w jego wozie, zauważył w jaki sposób odnoszą się do siebie. Zdjął wysokie buty i zaczął je smarować czernidłem, spoglądając na Fanny spod jasnych krzaczastych brwi.

— Posłuchaj mnie, Fanny — zaczął swój wywód, celując w nią szczotką. — Będę z tobą szczery i ty też masz być ze mną szczera. Wziąłem was, bo wydaje mi się, że będziecie się ładnie prezentować w moim pokazie, który planuję stworzyć. Szczegóły zdradzę wam później. Jeszcze nie czas. Powiem ci jednak, że dostaniesz piękny kostium, że będziesz tańczyła w takt muzyki i że wszystkie oczy będą zwrócone do ciebie. Wszystkie dziewczyny będą ci zazdrościły — urwał zadowolony z efektu, jaki te słowa wywarły na jej próżnej naturze, kontynuował po chwili.

— Powiem ci, czego chcę dla mojego syna. To on jest moim następcą i po mojej śmierci cały mój majątek będzie należał do niego. Ale jeszcze przedtem znajdę jakąś dobrą, pracowitą dziewczynę z tego samego fachu. Dziewczynę, która wniesie ze sobą wiano i będzie miała własne nazwisko. Małżeństwo talentów — dodał cicho do siebie.

Parsknęłam, w porę powstrzymując się od wybuchnięcia śmiechem. Takiej dziewczyny to może szukać całą wieczność! Większość kobiet nie miało nazwiska, majątku czy wysokiej pozycji w społeczeństwie. Jego marzenia były nierealne. David zostanie kawalerem, zanim w ogóle się zorientuje, co wyprawia z nim ojciec. Nie było mi go szkoda. Jeśli zmądrzeje, to zbuntuje się i wyjdzie za kogo tylko będzie chciał. O ile już tego nie zrobił…

Darius ponownie umilkł, a potem przypomniał sobie gdzie jest i znowu zaczął mówić:

— Zrobię dla was co tylko będę mógł. To wasza sprawa, za kogo wyjdziecie albo z kim sypiacie, ale na pewno nie zabraknie wam konkurentów, jeśli będziecie nosić się czysto i trzymać mojego pokazu. Jeśli jednak przyłapię cię na tym, że romansujesz z moim chłopakiem, albo wsadzi ci rękę pod spódnicę, to pamiętaj, że wyrzucę cię z tego wozu na drodze, gdziekolwiek będziemy, jakkolwiek będziesz się czuła. I nie obejrzę się. I mój chłopak też się za tobą nie obejrzy. Wie, po której stronie smaruje się chleb i mógłby cię nawet posiąść, raz albo dwa, ale nigdy się z tobą nie ożeni. Nie jest na tyle głupi, by wyjść za kogoś takiego jak ty.

Fanny zamrugała.

— Rozumiesz? — rzekł Darius lodowatym głosem. Jeszcze nigdy wcześniej nie słyszałam od niego tak nieprzyjemnych słów. Zacisnęłam dłonie w pięści.

Siostra spojrzała na Davida, chcąc się przekonać, czy powie coś w jej obronie. Był mocno zajęty polerowaniem swojego brązowego buta. Robił to z nisko pochyloną głową. Można by pomyśleć, że jest głuchy. Spojrzałam na jego ciemny kark i zrozumiałam, że bał się własnego ojca. I że jego ojciec mówił prawdę, kiedy powiedział, że David mu się nie przeciwstawi.

— A co z Elsą? — spytała cierpkim tonem Fanny. — Jej jakoś nie zabraniasz podchodzić do swego drogocennego syna!

Darius spojrzał na mnie przelotnie, uśmiechając się przy tym szeroko.

— Ona nie ma w sobie zadatków na ulicznicę — odparł. — Elsa oczekuje ode mnie i Davida jedynie możliwości jazdy na naszych koniach.

— To prawda.

— Widzisz? — podjął Darius. — Nie po to cię wziąłem do wozu, byś romansowała z moim chłopakiem. Nadal mam szansę odnaleźć twojego ojca, skoro jego wóz ciągnie taka chabeta! Równie dobrze możesz odejść, nie będę cię zatrzymywał. Do niczego nie dojdzie bez mojej zgody.

— W porządku — powiedziała w końcu Fanny. — Zatrzymaj sobie swego bezcennego syna. Wcale nie miałam na niego takiej ochoty. Na świecie jest wielu innych młodych mężczyzn.

Darius spojrzał na nią promiennym wzrokiem – uwielbiał, gdy wszystko toczyło się po jego myśli.

— Dobra dziewczyna! — stwierdził z aprobatą. — Teraz wszyscy możemy mieszkać razem bez żadnego skrępowania. Uznaję, że dałaś mi słowo i o sprawie możemy zapomnieć. I coś ci jeszcze powiem, ślicznotko. Jeżeli zachowasz urodę kiedy dorośniesz, to kto wie, jak wysoko będziesz mogła mierzyć. Tylko się nie zmarnuj, dziewczyno! Z takim wyglądem możesz nawet myśleć o małżeństwie z kimś z wyższej sfery!

To była wystarczająca pociecha dla Fanny. Tamtego wieczora położyła się wcześniej na swoim posłaniu, rozczesała włosy i starannie je zaplotła. Przestała się uśmiechać tęsknie do Davida – przynajmniej podczas naszego pobytu w Shiningashimie.

Tamto upalne lato osiemset czterdziestego roku było wyjątkowo piękne. Z ponurej, nieszczęśliwej dziewczyny, którą byłam w wozie swojego „ojca”, zmieniłam się w zapracowanego pomocnika stajennego, dumnego z tego, co robi. Wreszcie coś sprawiało mi prawdziwą radość i nie napawało mnie obrzydzeniem, jak kaleczenie nieposłusznych kucyków taty. Zniszczyłam spódnicę i podarłam buty. Wydawało się całkiem naturalne, że pożyczę fartuch od Davida, a potem włożę bryczesy i starą koszulę, z których już wyrósł. Już pod koniec lata ubierałam się jak chłopiec, zachwycona swobodą ruchów i tym, że mężczyźni przestali na mnie patrzeć. Z tego ostatniego byłam najbardziej zadowolona. Nie lubiłam skupiać na sobie uwagi, zwłaszcza męskiej widowni.

Nigdy nie zostawaliśmy dłużej niż przez kilka dni. Gdy konie odpoczęły, ruszaliśmy w drogę, zostawiając za sobą dzielnice i opustoszałe wioski. Ludzie nie byli zbyt chętni do kupna koni Dariusa, a on sam był bardzo wybredny, gdy chodziło o kondycję danego wierzchowca. Ostatecznie sprzedał trzy kucyki, dzięki czemu mógł nabyć dwie inne klacze.

Stopniowo robiłam coraz więcej w porównaniu z tamtym pierwszym wieczorem, kiedy zostałam u nich dla czystej przyjemności gładzenia aksamitnych chrap i rozgrzanych boków. Teraz były to moje obowiązki. Niektóre konie chorowały, poruszały się wolniej i trzeba było się o nie troszczyć. Najprzykrzejszym dla mnie przeżyciem była powolna śmierć zwierzęcia, często spowodowana odwodnieniem i wyniszczeniem organizmu przez niewyleczoną chorobę. Takie sytuacje zdarzały się co prawda rzadko, ale jednak miały miejsce. Wtedy Darius chodził wokół wozu zdenerwowany, obliczając straty i rozmyślając nad kupnem następnego konia.

Fanny pracowała w wozie. Kupowała jedzenie, a czasem nielegalnie łowiła coś w lesie. Zgodnie z życzeniem Dariusa Riggsa pilnowała, by w wozie panował porządek — to było czymś zupełnie niezwykłym w porównaniu z bezprzykładnym niechlujstwem macochy. Potem Fanny szła na łąkę i pilnowała bramy, by nikt obcy nie prześlizgnął się do obozu. W świecie jakim musiałyśmy żyć, przestępczość była na bardzo wysokim poziomie. Niektórzy, aby wytrwać w tych czasach, musieli kraść wartościowe rzeczy i sprzedawać je na czarnym rynku, by móc wyżywić siebie oraz rodzinę. Niestety, mnie także to nie ominęło. Jeszcze gdy mieszkałyśmy w wozie ojca, a raczej obcego dla mnie człowieka, robiłam wszystko, byleby przeżyć. Nie zniżyłam się jednak do poziomu, bym oddawała swoją godność na ulicy, jak to robiła moja własna siostra. Nie byłam dziwką.

Dni mijały, a my nadal nie wróciliśmy do głównej siedziby hodowcy. Nie wiedziałyśmy, co za pokaz ma zamiar stworzyć i dlaczego nie chce, bym tresowała niesfornego kuca, który był zbyt dziki, by ktokolwiek mógł na nim jeździć. Zapytałam Dariusa, co planuje z nim zrobić. Nie było sensu go trzymać i karmić, gdy koń nie pozwalał się dotknąć. On wzruszył tylko ramionami i stwierdził, że sprzeda go gdy tylko dojedziemy do kolejnej dzielnicy. Zastanawiałam się też, po jakie licho w ogóle go kupował? Dobrze wiedział, że kuc jest dziki i płochliwy. Czyżby to był tylko pretekst, by zdobyć mnie i Fanny? Nie wiedziałam co o tym sądzić.

Darius dbał o swoje konie. Gdy jedna z klaczy zachorowała, zarządził postój, a sam zajął się jej opieką. W tym samym dniu jeden z kucyków doznał kontuzji i tym razem to ja miałam się nim opiekować. Konik był bardzo niespokojny i obolały, ale mimo wszystko posłuszny. Miał jasną sierść w brązowe plamy, ale w jego ciemnych oczach widziałam błaganie o pomoc. Biedaczek podczas naszej podróży nadepnął na wystający gwóźdź, który wbił mu się dość głęboko w podeszwę kopyta. Kucyk męczył się niemal cały dzień, dopóki David nie zorientował się, że konik kuleje, a z jego ranki płynie krew. Gwóźdź został usunięty, a miejsce przetarto specjalną maścią, którą Darius nabył u znachorki. Podobno miała działać przeciw grzybiczo, ale pozostawiała po sobie ohydny zapach.

Niestety klacz, która przeleżała pod drzewem cały wieczór, na drugi dzień już nie wstała. Zwierzę umierało powoli i w bólach, jednak Darius był przy niej cały czas. Gdy koń został pogrzebany, ruszyliśmy w dalszą drogę. Dzielnica Trost była całkiem niedaleko.

Fascynowało mnie błyskawiczne tempo, z jakim przenosiliśmy się z jednego miasta do drugiego. Nigdy nie zostawaliśmy na dłużej niż dwa dni w jednym miejscu, wiecznie podążaliśmy przed siebie. Darius twierdził, że nie ma sensu przebywać w dzielnicy dłużej niż to konieczne, zwłaszcza wtedy, gdy chętnych na kupno lub wymianę koni brak. Miał rację i nie miałam zamiaru się z nim sprzeczać. Byłam jeszcze niedoświadczonym dzieciuchem, gdy on wyrośniętym i słynnym na całe społeczeństwo hodowcą.

Imponowało mi to, że Darius podróżował samotnie i nie przejmował się przestępcami, którzy mogli napaść jego obóz w środku nocy. On sam uważał, że nie potrzebuje ochrony, która tylko by mu przeszkadzała i przynosiła same straty. Żandarmeria słynęła z hucznych popijaw, a na to szkoda było Dariusowi pieniędzy i czasu. Wolał podróżować sam, w towarzystwie swojego wyrośniętego syna. Sam David w jego obecności był milczący, ale pokazywał swoją naturę, gdy tylko ojca nie było w pobliżu. Nie znosiłam wtedy jego zachowania. Był równie bezczelny, co moja siostra.

Cały czas poznawałam ten fach. Cały czas uczyłam się miłości do kontrastu, jaki dzielił ciężkie życie, a magię hodowli koni. I cały czas przyzwyczajałam się do owacji zachwytu, gdy udało mi się wytresować nieposłusznego konia lub tego poczucia siły, jaką czerpałam się z przebywania w samym centrum uwagi innych kupców, gdy zmuszałam kucki do szalonego biegu lub spokojnego truchtu. Wszystkie były mi bardzo posłuszne, co wprawiło niektórych w zaskoczenie. Wielu z nich zapragnęło poznania sztuki, jaką wykorzystałam do wytresowania koników. Zbywałam ich półsłówkami, wiedząc, że całą brudną robotę odwalił Darius. Kucyki były mu posłuszne jak pies, na sam jego widok parskały radośnie. Ja tylko dopracowałam kilka innych sztuczek, które koniki dość szybko pojęły. Nierzadko pojawiały się tłumy gapiów, chcących oglądać przedstawienie, ale ochroniarze bogatych kupców szybko ich przepędzały.

Myśmy się uczyły, a Darius tymczasem planował. Zawsze, gdy w pobliżu nas ktoś inny dawał przedstawienia, szedł je obejrzeć. Zakładał wtedy swoją elegancką marynarkę, brał najlepszego ogiera i pokonywał na nim nawet dwadzieścia mil, chcąc zobaczyć widowisko.

— Powinnaś mieć specjalny kostium do jazdy — powiedział do Fanny któregoś dnia. Od dzielnicy Trost dzieliło nas ledwo kilkadziesiąt mil. — Odpowiedni kostium i będziesz sama dosiadała konia.

Dał Fanny kilka złotych monet na kupon prawdziwego aksamitu, a ona w ciągu dwóch wieczorów uszyła z niego kostium, pracując przy świetle świecy tak długo, aż oczy jej nie mętniały ze zmęczenia. Gdy David znów posadził ją za sobą na koniu, fałdy przepięknej niebieskiej spódnicy spływały po lśniącym boku Karo, a sama Fanny rzucała uśmiechy spod niebieskiego kapelusza. W następnej wsi zebraliśmy więcej pieniędzy niż kiedykolwiek. Piękność na koniu przyciągnęła bogatych kupców, którzy nagle zapragnęli handlu z Dariusem Riggsem. Tłum gapiów obrzucił nas monetami i zebranymi kwiatami, zachwycając się nad urodą mojej siostry. Ja ukryłam się za jej plecami, chcąc wtopić się w tło.

— Publiczność lubi dziewczęta — oświadczył Darius tamtego wieczora podczas kolacji. — Chcę, żebyś uczyła się sztuczek, które dla ciebie zaplanowałem, Elso. A ty Fanny będziesz jeździła razem z Davidem i zachwalała nasz przyjazd. Przy bramie masz być dalej ubrana w kostium.

— A w co ja się ubiorę? — spytałam.

Darius przyjrzał mi się krytycznie. Męczyło mnie codzienne szczotkowanie masy gęstych moich brązowych włosów, więc zaczęłam wycinać z nich kołtuny i zaplątane ziarna traw. Fanny zwymyślała mnie na widok nierównych zębów i obcięła mnie na pazia, jak wiejskiego parobka. Włosy zawsze miałam w nieładzie, przez wyglądałam jak czarownica. Mimo dostatniego życia u Dariusa nie przytyłam, ale za to wyrosłam. Byłam szczupła i niezdarna jak młody źrebak, podczas gdy Fanny nabrała postury i okrągłych kształtów młodej kobiety.

— A żebym to ja wiedział — zaśmiał się Darius. — Chętnie bym cię ubrał w kostium pierrota za kilka miedziaków. Z tymi kudłami wyglądasz jak zagubiona klaczka. Jeśli chcesz wyrosnąć na równie ładną jak twoja siostra, to chyba musisz się pośpieszyć!

— A gdyby tak przebrać ją za chłopca? — rzucił nagle David. Wycierał swoją miskę kawałkiem chleba, a on uśmiechnął się do mnie porozumiewawczo. — Tylko bez urazy, Elso. Powinna włożyć jedwabną koszulę, obcisłe białe bryczesy i wysokie buty. Popatrz, jak w moich starych spodniach, tato! Zupełnie nie przypomina kobiety, ale na arenie będzie to pasowało. I mogłaby wykonywać razem ze mną popis akrobacji na koniu. — David odsunął swoją miskę na bok. — Hej! — wykrzyknął z przejęciem.

— Pamiętasz ten pokaz, podczas którego ktoś wychodził z tłumu? Na tych przedstawieniu, które oglądaliśmy na jednej z małych wiosek w okolicy Karanese? Właśnie wpadłem na pomysł, by zrobić podobny. Ja mógłbym wychodzić z tylnego rzędu, udając, że jestem pijany. Rozumiesz, dosiąść konia i zrzucić Elsę na ziemię.

— Znowu mam spadać — podsumowałam ponuro. — Wystarczyło mi tego, jak ujeżdżałam konie dla taty.

— Będziesz udawała, że spadasz — wyjaśnił David i spojrzał na mnie ciepło. Od pewnego czasu jego zachowanie wobec mnie bardzo się zmieniło. Nie wiem jednak czy na lepsze, czy na gorsze. — To nie będzie bolało. A potem będziesz mogła dosiąść dużego konia i zrobić pokaz jazdy na oklep.

Darius spojrzał na mnie badawczo.

— Jazda na oklep w bryczesach. Jazda w połączeniu z błaznowaniem. Strój do konnej jazdy. Będziesz wyglądała lepiej niż w kobiecym stroju. Dwa pokazy i tylko częściowa zmiana kostiumu. — Pokiwał głową. — Chciałabyś to robić, Elsa? — spytał. — Zapłacę ci…

— Ile? — podjęłam natychmiast.

— Dwadzieścia srebrnych monet za przedstawienie, złota moneta za jeden wieczór — powiedział.

— Złotą monetę za przedstawienie — wypaliłam z miejsca.

— Złota moneta za cały dzień, nawet jeśli nie będziemy dawać przedstawienia — zaproponował, a ja wyciągnęłam brudną rękę ponad stołem i dobiliśmy targu.

Już następnego dnia rozpoczęłam naukę. Nieraz obserwowałam, jak David wskakuje i zeskakuje ze grzbietu wielkiej, łaciatej klaczy i dość często na niej jeździłam. Nigdy jednak nie próbowałam na niej stanąć. Darius kazał cwałować jej wokół pola, a ja jeździłam na niej na oklep razem z Davidem. Potem on stawał i próbował mi pomóc się wyprostować. Krok klaczy, gładki i spokojny, sprawiający, że na jej grzbiecie siedziało się jak w bujanych fotelu, nagle wydawał się nerwowy, jakby to był wóz podskakujący na bruku. Bezradnie szlochając, spadłam najpierw z jednego boku, później z drugiego. A pewnego razu, zarobiwszy wiązankę przekleństw i cios w ucho od Davida, pociągnęłam go ze sobą na ziemię.

Darius zarządził przerwę w lekcji, kiedy udało mi się wreszcie podnieść i ustać przez kilka sekund.

— Jutro zrobisz to samo — powiedział, jak zawsze skąpy w pochwałach. — Było nieźle.

Akurat! Jeszcze nigdy nie czułam się tak upokorzona. Po raz pierwszy straciłam wiarę we własne siły. Razem z Davidem poszliśmy nad rzekę, rozebraliśmy się do przepoconych koszul i brodziliśmy w wodzie, żeby ochłodzić siniaki i temperamenty. Płynęłam na plecach i patrzyłam w niebieskie niebo. Mimo że nastał już wrzesień, panował taki upał jak w środku lata. Ciało miałam spalone od słońca. Wybiłam nogą fontanny, a potem bez zażenowania przyjrzałam się swoim stopom z brudem wżartym wokół paznokci. Przekręciłam się na brzuch i zanurzyłam twarz, po czym zanurkowałam, czując jak woda przedziera się przez moje włosy do samej czaszki. Gdy przeszył mnie dreszcz, wypłynęłam na powierzchnię, wymachując nogami, parskając i otrząsając mokre włosy z twarzy. David wyszedł z wody już wcześniej, leżał na trawie w bryczesach i obserwował mnie.

Wyszłam na brzeg, cała ociekająca wodą. Czułam chłód oblepiającej mnie koszuli; oczy Davida śledziły kropelki wody skapujące z moich drobnych piersi, sterczących pod cienką, przemoczoną tkaniną, aż do samego krocza wyznaczonego przez ukrytą pod ubraniem ciemną plamę brązowych włosów.

— Nie przeszkadza ci, że pracujesz ciężko jak chłopak, mimo że jesteś już prawie kobietą? — spytał pozornie obojętnym tonem.

— Nie — rzekłam. — Wolę, jak ty i twój ojciec traktujecie mnie jak chłopca.

David uśmiechnął się jakby namiętnie.

— To nie dziwi, jeśli chodzi o mojego ojca. Ale co ze mną? Czy nie wolałabyś, bym patrzył na ciebie jak na młodą kobietę?

Stawiałam pewne kroki stwardniałymi stopami po ostrych kamieniach leżących na brzegu rzeki, podniosłam swój kaftan i narzuciłam go na siebie. Nadal miałam nagi tyłek, jednak nigdy nie czułam się nieswojo pod wpływem dwuznacznych uśmieszków Davida i zupełnie się nie przejęłam jego nagłym zainteresowaniem mną.

— Nie — odparłam spokojnie. — Widziałam, jak odnosisz się do kobiet.

Słysząc tę uwagę, machnął ręką, jakby odprawiał je w dół rzeki.

— Kobiety! — powiedział lekceważąco. — To zwykłe wiejskie ladacznice. Ciebie bym tak nie potraktował. O ciebie warto się starać, Elsa. Mimo tych śmiesznych przykrótkich spodni i koszul. Chętnie bym ci pokazał, jakie masz szczęście, że urodziłaś się kobietą. Chcę żebyś zapuściła dla mnie włosy.

Odwróciłam się i spojrzałam na niego ze szczerym zdumieniem.

— Dlaczego? — spytałam.

Wzruszył ramionami.

— Nie wiem — odparł. — W ogóle na mnie nie patrzysz. Nigdy mi się uważnie nie przyjrzałaś. Cały dzisiejszy ranek obejmowałem cię ramionami, a ty tuliłaś się do mnie, żeby nie spaść. Cały ranek przyciskałaś się do mnie z całej siły, a ja czułem twoje ciało i pragnąłem go! A potem rozebrałaś się w mojej obecności i weszłaś do wody, jakbym nie był mężczyzną, tylko koniem!

Wstałam i wciągnęłam bryczesy. Bawiło mnie jego zachowanie. On naprawdę myślał, że będę jedną z ladacznic, które się za nim uganiają? Bardzo się pomylił!

— Czy pamiętasz, co twój ojciec powiedział Fanny i mnie tamtego pierwszego wieczora? — spytałam. — Bo ja tak. Zabronił jej się zbliżać do ciebie. Powiedział jej i mnie tak samo, że chce cię dobrze ożenić i jeśli zostanie twoją kochanką, to wyrzuci ją z wozu na drodze. Od tamtego wieczora ona ani razu na ciebie nie spojrzała i ja też.

— Ona?! — wyrażał się takim tonem jak o dziewczętach ze wsi. — Wystarczy, że gwizdnę, a zaraz przybiegnie. Wiem o tym doskonale. Ale ty mi nie mów, że chcesz zadowolić mojego ojca i dlatego o mnie nie myślisz, bo w to nie uwierzę.

— Tak nie jest — powiedziałam zgodnie z prawdą, puszczając mimo uszu jego zarozumiałość. — Powód jest całkiem inny. Nie myślę o tobie, bo mnie po prostu nie interesujesz. To prawda, nie myślę o tobie więcej niż o koniach. — Przypatrywałam mu się przez chwilę, a potem jakiś diabeł pokusił mnie, żeby powiedzieć ze śmiertelnie poważną miną: — Właściwie mam lepsze zdanie o Karo niż o tobie.

Przez chwilę patrzył na mnie z niedowierzaniem, po czym jednym zgrabnym ruchem zerwał się na równe nogi i ruszył przed siebie.

— Cyganicha — mruknął pod nosem i zostawił mnie samą. Siedziałam na brzegu rzeki, patrzyłam jak promienie słońca odbijają się od jej fal. Gdy David odszedł tak daleko, że nie mógł mnie usłyszeć, roześmiałam się na cały głos.

— Nie wstyd ci? — usłyszałam za sobą cichy szept. Zbladłam.

— Co ty tu robisz? — wysyczałam wściekła. Jeszcze tylko jego mi tutaj brakowało!

— Ciebie też chciałbym o to zapytać. — Levi usiadł obok mnie. Starałam się na niego nie patrzeć. Nie dość, że mnie porzucił, to jeszcze śledził! Parszywy drań. Mimo to serce biło mi jak szalone. — Kompletnie ci odbiło? Zadawać się z takim frajerem…

— Odwal się — burknęłam. — Teraz mam całkiem inne życie i mało mnie obchodzi zachowanie tego napaleńca.

— Jeśli chcesz, mogę go załatwić.

— Zwariowałeś?! — odwróciłam się do niego gwałtownie, by po chwili zamilknąć na dobre. Zdębiałam. — COŚ TY ZROBIŁ Z WŁOSAMI?! — wrzasnęłam. Spojrzał na mnie zdziwiony.

— Obciąłem je — odpowiedział spokojnym tonem.

— Obciąłeś? To wygląda jakbyś miał łysinę i próbował ją zasłonić tandetną peruką! — Chwyciłam za kilka kosmyków i sprawdziłam, czy aby na pewno są prawdziwe. Lekko je pociągnęłam. Chłopak nawet się nie skrzywił.

— Poważnie? — Jego głos także się zmienił. Nie był już taki jak przedtem. Wydoroślał.

— I jeszcze ten mundur — przyjrzałam mu się krytycznie. On tylko wzruszył ramionami.

— Na pewno lepsze to niż przykrótkie spodnie i stare koszule — rzekł kpiąco. Zerwałam się na równe nogi, nie chcąc go już więcej słuchać.

— Wiem po co tutaj przyszedłeś. Ty tak łatwo się nie poddajesz. Już ci powiedziałam, co myślę o twojej propozycji! — wykrzyknęłam. Nie byłam głupia. Skoro mnie śledził, to tylko w jednym celu. By zaciągnąć mnie do wojska. Dlaczego to robił? Nie miałam pojęcia. Nie zamierzałam jednak poświęcać swojego cennego życia dla czegoś tak głupiego jak walka z tytanami.

— Widzę, że już się domyśliłaś.

— Nie rób ze mnie kretynki. Jeśli to jest twój jedyny cel dzisiejszej wizyty, to lepiej już jedź. Twoi przełożeni nie będą zadowoleni z faktu, że uciekłeś z obozu treningowego — rzekłam. Chwyciłam wszystkie swoje rzeczy i już miałam odejść, kiedy zagrodził mi drogę. Cofnęłam się o kilka kroków, tracąc niemal równowagę, gdy poślizgnęłam się o mokry kamień.

— Elsa, posłuchaj mnie! Ten człowiek jest niebezpieczny! — W jego oczach zabłysła determinacja. Zmrużyłam gniewnie oczy, niczego już nie rozumiejąc.

— O kim ty mówisz do diabła?

— Nie udawaj, że nie wiesz! Ten Darius Riggs wcale nie jest taki dobry, jak ci się wydaje! Nie ma zbyt pochlebnej opinii w Troście.

— Nie wiedziałam, że wierzysz w plotki! — zadrwiłam. — Słuchaj, Levi. Na mnie już czas. Fanny będzie się niepokoić. Wracaj do obozu kadetów, ale beze mnie. Nie chce być żołnierzem, rozumiesz?

— Jak chcesz — odparł obrażony i zagwizdał. Z krzaków wyskoczył koń o ciemnej maści. — Gdybyś jednak zmieniła zdanie, wiesz gdzie mnie szukać.

— Nie wyobrażaj sobie nazbyt wiele — warknęłam i odeszłam. Nie odjechał od razu. Nadal czułam jego świdrujący wzrok na swoich plecach. Do obozu wróciłam jeszcze przed zmrokiem, w bardzo złym humorze.

David nie żywił urazy za zniewagę z wczorajszego wieczoru. Następnego dnia trzymał mnie równie silnie i troskliwie jak poprzedniego. To była moja wina, że spadałam z konia coraz częściej i to ja zawiniłam, gdy stracił równowagę, spadł z konia i mocno uderzył się w głowę.

— Niezdarna dziewucha! — zbeształ mnie Darius i dał mi w ucho lekkiego kuksańca, od którego zakręciło mi się w głowie. — Czemu nie odchylisz się w tył i nie pozwolisz, żeby David się przytrzymywał tak jak wczoraj? On ma doświadczenie, umie utrzymać równowagę. Pozwól, żeby cię trzymał. Nie staraj mu się wyrwać i stój o własnych siłach!

David trzymał się za głowę, ale słysząc to, podniósł wzrok i uśmiechnął się do mnie ze smutkiem.

— O to właśnie chodzi? — spytał otwarcie. — Nie chcesz się na mnie oprzeć?

Skinęłam głową. Jego czarne oczy uśmiechnęły się do moich zielonych.

— Oh, zapomnij o tym! — powiedział o tamtym. — Zapomnij, że w ogóle to powiedziałem! Nie mogę spadać z konia cały ranek! Przygotujmy się na ten numer, dobrze?

Darius popatrzył się na nas dwoje.

— Czy wyście się o coś pokłócili? — spytał.

Obydwoje milczeliśmy.

Oddalił się od nas o trzy kroki, potem obrócił się i podszedł z powrotem. Miał kamienną minę.

— Posłuchajcie teraz oboje — powiedział. — Powiem wam to tylko jeden raz i więcej nie powtórzę. Nieważne, co się dzieje poza areną czy nawet za parawanem. Na arenie, na końskim grzbiecie macie pracować. Nie obchodzi mnie, czy po występie ruszycie na siebie z nożami. Pracę dla mnie macie traktować poważnie.

Skinęliśmy głowami. Darius potrafił robić wrażenie.

— Spróbujcie jeszcze raz — powiedział, trzasnął z bata i kazał klaczy cwałować.

David wskoczył na jej grzbiet, a potem wyciągnął rękę, żeby mnie złapać i usadzić przed sobą. Przytrzymawszy się skórzanego rzemienia, wstał na nogi, ślizgając bosymi stopami po spoconym białym grzbiecie. Poczułam, jak jego silna dłoń chwyta mnie pod pachą i wstałam niezgrabnie, uginając kolana. Potem cały czas słysząc, jak Darius zachęca mnie i jednocześnie wyklina wrzaskami, wyprostowałam kolana, pochyliłam się w stronę Davida i pozwoliłam, żeby jego ciało posłużyło mi za oparcie. Objechaliśmy całą polanę bez upadku, a potem David pozwolił mi zeskoczyć ze krzykiem triumfu i sam fiknął kozła, żeby stanąć na ziemi.

— Dobra robota! — pochwalił nas Darius. Jego rumiana twarz promieniała z zadowolenia. — Oboje zrobiliście to jak trzeba! Jutro ma być tak samo!

Przytaknęliśmy. Pokonałam własne słabości!

Ciąg dalszy nastąpi...

Dodano: 29.06.2013



comments powered by Disqus

Do góry

Do góry