wróć do spisu opowiadań


"Z ciemności do mnie wrócisz" autorstwa Sol Wiedźmy
"Z ciemności do mnie wrócisz"
Sol Wiedźma
15 czerwca 2013


********************
Rozdział 1
********************


Ciemność… wszędzie była tylko ciemność. Otaczała wszystko niczym czarna, lepka smoła. Nie mogła się ruszać, oddech miała krótki i urywany. Zaczynało brakować jej tchu.

- Kiedy to się skończy – pomyślała, zamykając ciężkie powieki. – Eren – wyszeptała – ja nadal żyję.

*****


- Eren… Eren… EREN! – turkusowe oczy otworzyły się i spojrzały z przerażeniem w sufit. Chłopak usiadł na łóżku gwałtownie, ciężko oddychając – Znowu ten sen – mruknął i potarł zmęczone oczy po czym wygramolił się z łóżka. Chciało mu się pić, więc skierował ciężkie kroki do kuchni. Mdłe światło żarówki rozświetlało ponure i skromnie urządzone pomieszczenie. Eren nalał wody do szklanki i usiadł przy prostym drewnianym stole. Blat był starty, ale czysty. Ręką przesunął po gładkiej powierzchni mebla i zamyślił się miarowo bębniąc palcami w blat. Nie tak dawno rozmawiał z Mikasą i Armin’em o tym nieustannie powtarzającym się śnie. Przerażającym śnie o dziewczynie, uwięzionej w mroku. Od siedmiu lat ciągnął się za nim ten koszmar, przez który nie mógł zaznać spokoju.

- Siedem lat – powiedział głośno jakby do niewidzialnego rozmówcy – Zniknęłaś siedem lat temu i nikt nie wie gdzie jesteś – odstawił z hukiem pustą szklankę i wstał od stołu. Odwrócił się w stronę okna. Noc była czarna, na niebie nie było widać ani jednej gwiazdy. Jedynie przez gęste chmury przebijało się delikatnie światło księżyca. Chłopak zapatrzył się w to nikłe światło, które budziło wspomnienia, szczęśliwe wspomnienia lat dziecięcych, kiedy jeszcze było ich pięcioro w paczce przyjaciół. Wszystko zmieniło się „Tego dnia”. Wtedy właśnie zniknęła ich przyjaciółka, osoba, której mógł powierzyć wszystko – Bellinda Elistrand. Po policzku Eren’a spłynęła samotna łza, którą otarł nerwowym ruchem, ale na niewiele się to zdało. Kolejne łzy zaczęły cisnąć mu się do oczu. Zacisnął pięści wściekły na siebie, że się rozkleja, ale tęsknota i żal rozrywały mu serce. Nie spodziewał się, że straci osobę, która znaczyła dla niego praktycznie wszystko, a patrząc każdego dnia na jej brata bliźniaka żadna rana nie potrafiła się zabliźnić czy choć trochę przestać boleć.

- Eren. Co ty tu robisz w środku nocy? – odwrócił się gwałtownie natrafiając na czujne spojrzenie Mikasy – swojej przybranej siostry.

- Ja… hm… pić mi się chciało – wymamrotał wskazując na pustą szklankę na stole. Spojrzenie czarnowłosej nie zmieniło się. Uważnie obserwowała brata i w końcu spytała:

- Znowu wrócił ten sen? Śniła ci się ona, mam rację?

- Uhm – mruknął niewyraźnie i uciekł spojrzeniem w bok – Myślisz, że ten sen… może mieć coś wspólnego z Bell?

- Eren… - Mikasa ze współczuciem popatrzyła na brązowowłosego chłopaka – Bell zaginęła siedem lat temu, prawdopodobnie nie żyje, pogódź się z tym i… - nie dokończyła widząc jego stalowe, zacięte spojrzenie.

- Uwierzę, że ona nie żyje kiedy znajdę jej ciało i złożę w grobie- wycedził przez zaciśnięte zęby i wyminął siostrę – Wracam do siebie, zgaś światło – dodał i wyszedł. Dziewczyna została sama. Westchnęła ciężko i usiadła na krześle. Zapatrzyła się w jeden punkt na surowo białej ścianie. Jej myśli gnały jak szalone.

- A co jeżeli Eren ma rację? – zastanawiała się w duchu – Co, jeśli ty nadal żyjesz i potrzebujesz naszej pomocy, a my nie wiemy gdzie jesteś… - potrząsnęła głową – Nie, to niemożliwe… siedem lat… gdybyś żyła, już dawno byłabyś z nami – powiedziała cicho i wstała kierując się do wyjścia. Zatrzymała się w progu i omiotła spojrzeniem całe pomieszczenie. Wszystko było na miejscu, prócz samotnie stojącej na stole szklanki. Zgasiła światło i wyszła. Pierwsze krople deszczu uderzyły o szybę. Zaczęło padać…

********************
Rozdział 2
********************


- Słyszę, jak bije twoje serce… – cichy szept rozległ się w umyśle Eren’a. Przystanął zaskoczony i oparł się o ścianę bliżej nieokreślonego budynku. Zamrugał oczami i przeczesał mokre od deszczu włosy. Deszcz padał niemiłosiernie od dwóch dni, skutecznie uniemożliwiając przeprowadzenie Ceremoniału Wojskowego. Od miesiąca termin był ciągle przekładany, dziś zapowiadało się na to samo. Eren z utęsknieniem wyczekiwał tej uroczystości. Krążyły bowiem wieści, że on, Mikasa, Armin i Ross mają dostać odznakę porucznika. A dziś, kiedy już wszystko prawie doszło do skutku… pogodę trafił szlag. Skrzywił się na samą myśl o kolejnej „przekładance terminowej” i westchnął niezadowolony, patrząc w zachmurzone niebo.

- Ja żyję… Eren – ponownie ledwo słyszalny głos rozległ się w jego głowie.

- Cholera – warknął – Co to ma być – zdezorientowany rozejrzał się wkoło, ale nikogo nie zauważył.

- Ereeen Yeageeeer! – rozległ się wrzask i po chwili można było dostrzec wznoszące się tumany kurzu. To Ross pędził w stronę brązowowłosego z prędkością wygłodniałego jaguara.

- STÓJ! ANI KROKU DALEJ, BO ZABIJĘ! – ryknął chłopak i na wszelki wypadek cofnął się dwa kroki do tyłu. Rosslyn Elistrand – brat bliźniak zaginionej siedem lat temu Bell. Słynący z gadulstwa i bycia po prostu wszędzie, zatrzymał się gwałtownie i runął jak długi, prosto pod nogi Eren’a.

- Ty naprawdę jesteś głupszy niż ustawa przewidziała – skwitował Yeager na powitanie, patrząc z politowaniem na przyjaciela, który podnosił się z ziemi.

- Każdemu może się zdarzyć przewrócić – oparł Ross próbując wyczyścić koszulę z błota.

- Tobie zdarza się średnio dziesięć razy dziennie – mruknął – Czego chcesz, nie widzisz, że jestem… zajęty?

- Przestało padać… Ceremoniał Wojskowy, czas zacząć – oznajmił uroczyście Ross i wyszczerzył zęby w uśmiechu, tak charakterystycznym dla niego. Eren spojrzał w niebo. Faktycznie, deszcz ustał. Na jego twarzy pojawił się nikły uśmiech. Może jednak zostanie dziś porucznikiem? Nabrał powietrza w płuca i wypuścił je z głośnym świstem.

- No to idę na dziedziniec – oznajmił i odwrócił się, by odejść, ale Ross go zatrzymał.

- Coś cię gryzie, prawda? – Eren stanął w półkroku i zagryzł wargi, ale nie odpowiedział – Znowu ten sen? – dopytywał Ross.

- Potem pogadamy, a teraz chodź, bo się spóźnimy – odpowiedział i ruszył przed siebie.

- Idź sam, ja dojdę – Eren odwrócił głowę, spoglądając uważnie na przyjaciela – Koszula – wyjaśnił, wskazując na ubłocone ubranie – Yeager kiwnął głową na znak, że rozumie i oddalił się. Ross wpatrywał się w oddalającą się sylwetkę najlepszego kumpla aż ten całkiem znikł mu z oczu. Westchnął ciężko i skierował się w stronę domu. Jego głowę zaprzątały myśli o siostrze.

- Bell… wiem, że żyjesz… Awatar nie umiera, nie wypełniając misji, a ty musisz pomóc ludzkości – powiedział cicho do siebie, bez świadomości, że nie jest sam. Zza chmur wyjrzały pierwsze promienie słońca…

********************
Rozdział 3
********************


- Wstawaj! – mężczyzna w masce zaczął szarpać wątłym, dziewczęcym ciałem – Rusz się, powiedziałem ci coś!

- Nie… nie mam… siły – wyszeptała i zadrżała z chłodu, jaki panował w ciemnej, wilgotnej celi. Usta mężczyzny, widoczne przez otwór w masce, wykrzywił ironiczny uśmieszek.

- Nie masz siły… mówisz? – zaśmiał się pod nosem, zbliżając do przestraszonej dziewczyny. Wyciągnął w jej kierunku wielką, brudną rękę i jednym szarpnięciem rozerwał górę i tak już nędznie wyglądającej sukienki – To może znajdziesz siłę na małe „co nieco” – obnażył w obleśnym uśmiechu żółte zęby, zbliżając się co raz bardziej. Poczuła jego cuchnący alkoholem oddech i trzymając rozdartą sukienkę, odepchnęła go i skuliła pod ścianą.

- Co, nie podoba ci się? – zapytał drwiąco, dalej znajdując się niebezpiecznie blisko. Po chwili wyciągnął obie ręce w jej stronę i przygniótł do ściany.

- Przestań! – krzyknęła przerażona – Zostaw mnie… to boli! EREN! POMÓŻ MI!

*****


Eren osunął się na kolana, na środku placu apelowego. Krzyk, jaki rozległ się w jego głowie, przyprawił go o dreszcze. Oddychał szybko i nieregularnie. Stojący obok niego przyjaciele nie wiedzieli co mają zrobić. Przecież przed chwilą wszystko było dobrze. Ich przyjaciel stał z nimi i cieszył się z wojskowego awansu na porucznika.

- Eren… wszystko w porządku? – spytała Mikasa, patrząc na brata z troską. Ross i Armin pomogli mu wstać. On sam czuł, że nogi ma jak z waty i nie da rady samodzielnie zrobić kroku. Spojrzał na nich z rozpaczą. W oczach błyszczały mu łzy.

- Ona żyje – wyjąkał – Ktoś chce ją skrzywdzić… ja muszę ją znaleźć! – próbował się wyrwać i biec, ale zakręciło się mu w głowie. Byłby upadł, gdyby nie stojąca obok Mikasa. Chwyciła go pod ramię nie pozwalając upaść.

- O czym ty mówisz? - O Bell… ona żyje, Mikasa ja nie kłamię! – spojrzał na nią z rozpaczą – To już nie są sny… tylko wizje.

- Jeżeli prawdą jest to, co powiedział mi Ross i Bellinda naprawdę jest Awatarem, to mogło się między wami utworzyć jakieś… telepatyczne połączenie – w takich sytuacjach logiczne myślenie Armin’a było na wagę złota. Yeager zaskoczony spojrzał na przyjaciela, a potem przeniósł wzrok na brata zaginionej przyjaciółki.

- O czym on mówi? – zapytał cicho, ale Ross uparcie wpatrywał się w czubki swoich butów i milczał. Zagryzł wargi i zacisnął pięści, by nie dać upustu emocjom. Od lat ukrywał ten fakt o swojej siostrze, ale dziś, gdy poszedł przebrać koszulę, musiał akurat zacząć gadać sam do siebie, nie wiedząc, że Armin jest w ich wspólnym domu i wszystko słyszy…

*****


- Więc Bell jest Awatarem? – usłyszał cichy głos za sobą. Odwrócił się przestraszony i spojrzał wprost w niebieskie oczy Armin’a Arlert’a.

- Nie powinieneś być na placu apelowym? - spytał Ross, chcąc uniknąć odpowiedzi.

- Nie zmieniaj tematu… odpowiedz – stanowczość w jego głosie nie wróżyła niczego dobrego. Eren i Mikasa i tak się dowiedzą, nie było więc sensu dalej tego ukrywać. Westchnął ciężko i rzucił brudną koszulę w kąt.

- Tak… Bell jest Awatarem… jest wcieleniem Boga, prawowitą następczynią tronu, który przywłaszczył sobie ten kretyn Maito, podejrzewam, że to on stoi za jej zniknięciem…

*****


- Zadałem pytanie… - warknął Eren – ODPOWIEDZ DO CHOLERY!

- A co mam ci powiedzieć! – Ross spojrzał mu w oczy, po jego policzkach spływały łzy – Tak jak słyszałeś, Bell jest Awatarem, dlatego znikła siedem lat temu… porwał ją ten, który boi się utraty władzy nad ludźmi… porwał ją sam król, bo jak wiadomo, jeśli wśród ludzi zjawi się Awatar, król ma obowiązek oddać mu koronę i władzę.

- Czyli innymi słowy mówiąc, to Bell jest królem i jej należy się tron? – zapytała Mikasa, trzymając Eren’a w stalowym uścisku, bo ten zaczął się wyrywać chcąc rzucić się na Ross’a.

- Wiedziałeś o tym, ty skurwysynu! – ryknął Yeager – Wiedziałeś i nic nie powiedziałeś! Ona cierpi! Twoją siostrę trzymają w jakiejś brudnej, zimnej celi, a ty wiedząc kim ona jest, trzymasz to dla siebie! A może ty za tym stoisz co?!

- Eren… ja… - miedziano-brązowe włosy chłopaka opadły mu na twarz – Ja nie wiedziałem, że robię źle… - wyszeptał – Chciałem wam powiedzieć, ale nie wiedziałem jak – Eren zszokowany wpatrywał się w przyjaciela.

- Nie- wie-dzia-łeś? – wykrztusił – Porwali ją siedem lat temu, trzymają w zamknięciu, a ty masz czelność mówić, że nie wiedziałeś, jak nam o tym powiedzieć!!! – rozpacz rozrywała mu serce – Co z ciebie za brat! Bell nic dla ciebie nie znaczy?!

- Uspokój się – powiedział spokojnie Armin – Oboje się uspokójcie. Kłótnią czy bójką niczego nie załatwicie i nie rozwiążecie żadnego problemu.

- Armin ma rację – przytaknęła Mikasa puszczając brata. Chłopak poprawił rękawy munduru i wbił stalowy wzrok w Rosslyn’a.

- Jeżeli ją skrzywdzili… jeżeli któryś z tych bydlaków, którzy ją porwali odebrał jej godność… ty za to odpowiesz, to twoja wina – oznajmił nieswoim, obcym głosem. Ross zwiesił ramiona w geście skruchy. Wiedział, że nawalił na pełnej linii, wiedział, że Eren nigdy mu tego nie daruje. Bell znaczyła dla niego więcej niż ktokolwiek inny. Czasami można było odnieść wrażenie, że jest całym jego światem, za który odda życie…

********************
Rozdział 4
********************


Eren szedł uliczkami miasteczka. Od jego kłótni z Ross’em minął miesiąc. Od tamtego czasu nie potrafił z nim normalnie rozmawiać. Wydusił z niego wszystko co wiedział o Bell i jej zdolnościach. Jeśli bycie Awatarem można nazwać zdolnością. Dla niego było to jak kara, na którą nikt nie zasłużył. Wielką niewiadomą była moc, jaką Bellinda może posiadać, a która jak dotychczas nieznacznie się uaktywniła. Na pewno potrafiła czytać w myślach i kontaktować się telepatycznie z kim chciała, ale nic więcej nie wiedzieli. Poza tym od miesiąca nie pojawiała się w jego snach, wizje też zniknęły. Westchnął ciężko i skręcił w prawo. Zatrzymał się po chwili przed ciężkimi, dębowymi drzwiami.

- Więc to tu mieszka kapitan Levi – powiedział do siebie i zapukał. Drzwi otworzyła służąca, dygnęła i wpuściła go do środka.

- Pan Levi czeka w salonie – poinformowała i bezszelestnie oddaliła się w cień. Eren rozejrzał się w koło i zmarszczył brwi. Wszystko było tak czyste, że aż oślepiało swym lśnieniem. Pokręcił głową z niedowierzaniem i mruknął po nosem:

- Pedant do potęgi – i ruszył do salonu. Levi siedział rozwalony na miękkiej kanapie i czytał jakąś książkę. Eren usiadł w fotelu naprzeciwko kapitana i wyjął mu książkę z rąk.

- „Sto sposobów na idealny porządek” – przeczytał na głos tytuł. – Jesteś pewien, że dobrze się czujesz, czy żółć ci na mózg siadła ? – zapytał, patrząc uważnie na czarnowłosego młodego mężczyznę ze znudzonym wyrazem twarzy.

- Dawno w łeb nie dostałeś? – spytał spokojnie kapitan i odebrał z rąk Eren'a swoją własność.

- Ja tylko grzecznie pytam – oburzył się młody porucznik. – Podłogę to chyba liżesz, tak się błyszczy.

- Prosisz się o śmierć – oznajmił lodowatym głosem Levi i ułożył się wygodniej na kanapie. – Po co przyszedłeś?

- Zapytać czy nam pomożesz – powiedział Eren, wbijając wzrok w kapitana – przyjaciela. Ten, nieco zaskoczony zapytał:

- Pomóc wam? W czym? - Odnaleźć Awatara, jest nim… - nie skończył, bo Levi wpadł mu w słowo.

- Bellinda Elistrand, ale ona z tego co mi wiadomo, nie żyje od siedmiu lat – kapitan popatrzył na Eren’a. – Skąd w ogóle wiesz, że była ona Awatarem?

- Nie „była” tylko „jest”, to po pierwsze – oznajmił twardo Yeager. – Po drugie zaginęła siedem lat temu, a nie umarła, po trzecie porwał ją Maito, nasz król i trzyma w brudnej, zimnej celi, po czwarte Bell jest siostrą bliźniaczką Ross’a i po piąte… jest moją przyjaciółką z czasów dzieciństwa, a może nawet kimś więcej tylko… - urwał nie kończąc zdania. Levi przypatrywał się uważnie chłopakowi i po chwili uśmiechnął się nieznacznie pod nosem.

- Tylko co ? – zapytał, a w jego oczach pojawił się o dziwo, figlarny błysk. Eren spojrzał na niego, a na jego twarzy wykwitł rumieniec, koloru dorodnej piwonii.

- Ja… ja… to znaczy… ja… yyyy… TYLKO MUSZĘ JĄ ODNALEŹĆ, BY SIĘ O TYM PRZEKONAĆ! – wyrzucił z siebie, rumieniąc się jeszcze bardziej.

- Nie prościej powiedzieć, że zabujałeś się w niej jeszcze jako dzieciak? – spytał Levi wachlując się trzymaną w ręce książką.

- Nie! Tak! To znaczy… nie wiem – wyjąkał, plącząc się we własnych wypowiedziach. Na czoło wystąpiły mu kropelki potu, twarz paliła żywym ogniem z zawstydzenia. Spuścił głowę wpatrując się w swoje dłonie, zaciśnięte na kolanach.- Nie wiem czy będzie mnie chciała – wymamrotał pod nosem, bardziej do siebie niż do Levi’ego. Czarnowłosy dalej uparcie wachlował się książką, a na jego zazwyczaj ponurej twarzy błąkał się uśmiech. Po chwili nie wytrzymał i wybuchł głośnym, niekontrolowanym śmiechem. Uspokoił się dopiero po dłuższej chwili. Nie śmiał się tak, od kiedy skończył dziesięć lat. Wstał z kanapy i podszedł do siedzącego nieruchomo Eren’a. Położył mu dłoń na ramieniu i powiedział:

- As jest z ciebie nie do podrobienia, ale nie przekonasz się co do niej czujesz, jeśli dalej będziesz siedział tu, jak słup soli i wpatrywał się tępo w bliżej nieokreślony punkt.

- Ty… ty się śmiałeś – powiedział, patrząc na kapitana, jak na przybysza z kosmosu.

- To takie ludzkie, prawda? – Levi poklepał go po ramieniu – Mam znajomości, dowiem się co i jak. Bądź spokojny, znajdziemy twoją dziewczynę – popatrzył na chłopaka uważnie. Yeager kiwnął głową na znak, że zrozumiał i wstał z fotela. Ruszył w stronę wyjścia jak lunatyk. Udało mu się uzyskać pomoc kapitana, wiedział, że dzięki niemu odnajdą Bell bardzo szybko. Gdy drzwi się za nim zamknęły Eren odetchnął głęboko i oparł się o ścianę domu. Nie przewidział dzisiejszego rozwoju „wypadków”. Mógł tylko liczyć na dyskrecję i dobre serce kapitana, że nikomu nic nie powie, bo jeśli tak, to będzie się mógł pożegnać ze spokojem.

- Poruczniku Yeager… jesteś skończonym idiotą… zakochanym idiotą – powiedział do siebie i spojrzał w niebo wprost na samotnie wędrującą chmurkę. – Bell… czy pamiętasz co sobie obiecaliśmy?

********************
Rozdział 5
********************


Ross leżał na łóżku i tępo wpatrywał się w sufit. Koc i poduszka leżały rzucone byle jak na podłodze, a ubrania zmięte i wygniecione w rogu łóżka. Nie wychodził z pokoju od wielu dni. Nie potrafił spojrzeć w oczy przyjaciołom, nie potrafił rozmawiać o siostrze, nie chciał o niej rozmawiać, nie chciał by ją odnaleźli. Wracały wspomnienia, ze zdwojoną siłą powracało to, o czym pamiętać nie chciał, co pragnął wymazać z pamięci. Nie powiedział im prawdy, nie przyznał się, że to on, siedem lat temu, wydał swoją siostrę królowi. Nie chciał, by kiedykolwiek spełniła się obietnica, jaką złożyli sobie Eren i Bell. Nienawidził ich za to. Nienawidził tego, że są ze sobą tak blisko, jakby byli rodziną. Bell była jego siostrą, jego bliźniaczką, ale nigdy nie traktowała go tak, jak Eren’a. Łzy spłynęły mu po policzkach. Zagryzł wargi i zacisnął pięści, gniotąc i tak już wymięte, prześcieradło.

- Nie chcę cię tu, słyszysz Bell? NIE CHCĘ BYŚ WRÓCIŁA! – rozpaczliwy szloch wyrwał się z jego piersi. Podniósł się i uderzył pięścią w materac łóżka. – Nie przychodź do mnie w snach, nie pomogę ci, nic im nie powiem – wargi wykrzywił mu okrutny uśmiech. – Myślisz siostrzyczko, że nie wiedziałem, iż Armin jest w domu? Mam swoją misję i wypełnię ją do końca, a ty sczeźniesz w tej swojej celi, nigdy cię nie znajdą, już nigdy nie ujrzysz światła dziennego i co najważniejsze, ta wasza żałosna obietnica nigdy się nie wypełni – chrapliwy śmiech wydobył się z jego krtani. Przekrwione oczy skierował w kierunku okna. Ta noc mu sprzyjała. Księżyc przysłoniły ciężkie, deszczowe chmury.

*****


- Eren! – drobna dziewczynka z rozwianymi miedziano-brązowymi włosami, biegła w jego kierunku. Odwrócił się w jej stronę z uśmiechem, czekając, aż dobiegnie. Gdy tylko znalazła blisko niego, zarzuciła mu ręce na szyję. Delikatnie objął ją w pasie i okręcił dookoła. Roześmiała się perliście i spojrzała mu w oczy.

- Eren, uplotłam ci wianek – oznajmiła radośnie i wyciągnęła z koszyka owo kwiatowe cudo.

- W-wianek? – zdziwił się chłopiec. – To dla dziewczyn – skrzywił się, na widok splecionych ze sobą stokrotek.

- To wianek przyjaźni! – oburzyła się dziewczynka, a jej spojrzenie spochmurniało. – Ale skoro nie chcesz, to dam go Armin’owi! – założyła ręce na piersi, wpatrując się wyczekująco w przyjaciela. Eren westchnął i roześmiał się, na widok jej naburmuszonej miny.

- Co cię tak śmieszy? – zapytała, patrząc na niego spod byka.

- Ty, mała wróżko – odpowiedział i pociągnął ją delikatnie za kosmyk włosów.

- Hej, to ja tu jestem starsza!

- Ale tylko o dwa miesiące, poza tym… i tak jesteś taka… tycia wróżka – uśmiechnął się zadziornie i nim zdążyła coś odpowiedzieć, cmoknął ją w policzek, zabrał z rąk wianek i założył sobie na głowę. – A teraz mnie złap, to może oddam ci ten wianek dla Armin’a – ze śmiechem odwrócił się i pobiegł w dół do jeziorka. Bell – bo właśnie tak miała na imię dziewczynka – stała nieruchomo i patrzyła na oddalającego się przyjaciela. Na jej twarzy wykwitł rumieniec.

- E-Eren – wyszeptała do siebie, przykładając dłoń do policzka, w który ją pocałował.

- No idziesz czy nie! – krzyknął chłopak z oddali. Bell odwróciła głowę w stronę skąd dochodził jego głos. Machał do niej, trzymając drugą ręką wianek na głowie. Słyszała jego radosny śmiech.

- Tak, już idę! – odkrzyknęła i ruszyła w jego stronę. Godzinę później, cudem udało się jej go w końcu złapać. Oddychając ciężko, usiadła pod rozłożystym dębem. Eren usadowił się obok niej i objął ramieniem.

- Chciałbym, żeby tak było zawsze – powiedział nagle. Spojrzała na niego zaskoczona i zapytała:

- To znaczy jak?

- Żebyśmy zawsze byli razem… - odpowiedział, patrząc w niebo. Słońce chyliło się ku zachodowi, lekki wietrzyk owiewał im twarze.

- Przecież będziemy razem – zauważyła. – Jesteśmy przyjaciółmi… prawda? – pociągnęła go za rękaw koszulki, by na nią spojrzał. Eren dopiero po chwili odwrócił twarz w jej stronę, ich spojrzenia się skrzyżowały.

- Bell… - zaczął – obiecaj mi… obiecaj mi, że jak dorośniemy, to za mnie wyjdziesz – bursztynowe oczy Bell, rozszerzyły się z zaskoczenia.

- Eren – wyszeptała.

- Obiecaj! – delikatny rumieniec pojawił się na jego policzkach. – Chyba, że mnie nie… - nie zdążył skończyć, ponieważ Bell zarzuciła mu ręce na szyję, przytulając się do niego.

- Obiecuję Eren, obiecuję – żadne z nich nie wiedziało, że zza krzaków obserwuje ich para bystrych, bursztynowych, pełnych nienawiści, oczu…



********************
Rozdział 6
********************


Bell siedziała pod zimną ścianą w celi. Pustym spojrzeniem wpatrywała się w kraty, przez które wpadały pojedyncze promienie słońca. Niewiele jednak dawały. W cuchnącym zgnilizną pomieszczeniu, panował nieprzyjemny półmrok. Nie wiedziała ile czasu upłynęło od dnia, w którym została porwana. Jedynie dzięki zmianom, jakie zachodziły w jej ciele, była pewna, że nie minęły miesiące lecz lata. Spojrzała na swoje ręce. Nadgarstki skuwały ciężkie kajdany, przyczepione łańcuchami do ściany. Sukienka, którą na sobie miała, była brudna, poszarpana i za duża. Jedzenie jakie dostawała, ledwo można było przełknąć. Zresztą i tak niewiele tego było. Zdawała sobie sprawę, że musi wyglądać jak kościotrup. Po chwili usłyszała szczęk zamka. Obróciła głowę w stronę żelaznych drzwi celi, które z głośnym skrzypnięciem, otworzyły się. Stanęła w nich niespecjalnie wysoka, męska postać, trzymając w ręku sporych rozmiarów kandelabr. Nieznajomy odprawił strażnika, który stał za nim, leniwym machnięciem ręki. Kiedy drzwi zatrzasnęły się, podszedł do drewnianego stołu, który się tam znajdował i postawił ciężki świecznik. Usiadł na jednym z dwóch, stojących obok krzeseł i ściągnął z ramienia , dość sporych rozmiarów, wiązany worek i położył na ziemi. Bell wpatrywała się w niego nieco zaskoczona, ale nic nie mówiła. Gość, bo tak w myślach nazwała owego mężczyznę, jak gdyby nigdy nic, wyciągnął z worka czystą sukienkę i rzucił nią w stronę dziewczyny.

- Przebierz się, bo nie mogę na ciebie patrzeć – powiedział i zaczął wyjmować resztę rzeczy.

- Nie dam rady… kajdany – wyjąkała i drgnęła przestraszona, gdy nagle wyrósł przed nią niczym góra lodowa. Wyciągnął z kieszeni klucz uniwersalny i rozkuł ją. W czasie gdy Bell przebierała się, ten zastawił stół różnymi przysmakami. Gdy skończył spojrzał w jej stronę. Stała dwa kroki od niego, ubrana w czystą i zdecydowanie cieplejszą sukienkę. Przyjrzał się jej od stóp do głów, westchnął i wyciągnął z worka ostatnią rzecz – buty. Założyła je i lekko się uśmiechnęła. Pasowały jak ulał. Popatrzyła mu w oczy i zapytała cicho:

- Kim jesteś?

- Siadaj i jedz – rozkazał, nie odpowiadając na jej pytanie, ale po chwili dodał, łagodniejszym tonem. – Zjesz, to wszystko ci wyjaśnię. Niepewnie usiadła na drugim krześle, obok niego i nieśmiało wyciągnęła rękę po chleb. Czuła na sobie świdrujące spojrzenie, czarnych oczu nieznajomego.

- Nie zachowuj się jak wystraszone kociątko, tylko jedz to na co masz ochotę, to wszystko jest dla ciebie. – Uśmiechnął się i podsunął jej bliżej słoik z dżemem. Dziewczyna zaczęła jeść. Pół godziny później odsunęła od siebie talerz, zjadła stanowczo zbyt dużo.

- Dziękuję – wymamrotała i wytarła usta ściereczką. – Było pyszne. A teraz powiedz, kim jesteś?

- Nazywam się Levi i jestem przełożonym twojego chłopaka – odpowiedział, patrząc na nią uważnie.

- Mojego… chłopaka? – Zamrugała oczami, zdziwiona. – Ale ja n…Eren! Jesteś jego szefem? Dlaczego on nie przyszedł, tylko ty? – Wbiła w niego wzrok, wyczekując odpowiedzi.

- Bo musiałbym upaść na głowę, żeby go tu wysłać – skwitował krótko i założył ręce na piersi. – Co pamiętasz z dnia, w którym zostałaś porwana? – zapytał. Bell posmutniała i odwróciła głowę w drugą stronę, nie patrząc na Levi’ego. – No, słucham moja panno, co pamiętasz? – Ujął ją za podbródek i odwrócił w swoją stronę, patrząc w oczy. – Jak na świętej spowiedzi, wszystko mi opowiesz, co się wydarzyło siedem lat temu. – Dziewczyna chwyciła go za rękę i lekko ścisnęła. Z jej oczu pociekły łzy.

- Siedem lat – wyszeptała. – Więc mam siedemnaście lat. Nie wiedziałam o tym. – Opuściła głowę, jej ramiona trzęsły się od cichego łkania. Czarnowłosy siedział jak skamieniały, nie bardzo wiedząc, co powinien zrobić. Westchnął głośno i po chwili, objął szczupłe ramiona Bell, przytulając ją do siebie. Cała ta sytuacja wprawiała go w zakłopotanie. Nie znosił patrzeć, kiedy kobieta płacze.

- Ross – powiedziała zduszonym głosem – To Ross, wydał mnie królowi siedem lat temu, ale proszę, nie róbcie mu krzywdy. – Odsunęła się od niego i otarła łzy wierzchem dłoni. – Był zazdrosny o Eren’a i nasze relacje, nie chciał byśmy się pobrali, jak dorośniemy. – Uśmiechnęła się przez łzy i dodała. – To może wydawać się głupie, ale obiecaliśmy sobie z Eren’em, że pobierzemy się gdy dorośniemy, nie wiedzieliśmy, że Ross nas obserwuje i wszystko słyszy. Dzień później przyszli do naszego domu strażnicy króla i zabrali mnie siłą. Do dziś pamiętam śmiech brata, kiedy krzyczałam, by mi pomógł. Potem już była tylko ta cela… Kapitan słuchał jej opowieści z niedowierzaniem. Ciężko mu było przyjąć do wiadomości, że Ross wydał własną siostrę królowi, który za wszelką cenę chciał zatrzymać koronę dla siebie. Potarł oczy palcami i pokręcił głową. Potem zbliżył się do dziewczyny tak, że ich nosy prawie się stykały.

- Słuchaj teraz uważnie co ci powiem – powiedział półgłosem. – Mamy mało czasu, zaraz przyjdzie tu strażnik, bo kończy się czas wizyty. Eren miewał sny… - Bell wpadła mu w słowo.

- Wiem, to jedna z moich zdolności Awatara, prosiłam go o pomoc, nie rozwlekaj tego, mów o co chodzi, bo czuję się niezręcznie kiedy jesteś tak blisko.

- Dzięki pewnym znajomościom dowiedziałem się gdzie jesteś. Eren też już o tym wie, ale nie mogłem go tu puścić, bo wszystko by diabli wzięli, przez ten jego wybuchowy charakter. Kilka dni temu król uznał, że nie jesteś już żadnym zagrożeniem, a twoje moce Awatara nie ukształtowały się w pełni i może cię sprzedać albo pojedynczemu klientowi, albo do domu publicznego. Postanowiłem udawać klienta zainteresowanego kupnem ciebie i jestem tu dziś, by sprawdzić jakość „towaru”.

- To okrutne…

- Nie, takie są realia dzisiejszego świata, a handel żywym towarem rozkwita – skwitował. – Wracając do meritum, kiedy przyjdzie strażnik, pocałuję cię, a ty bez żadnych protestów zarzucisz mi ręce na szyję i grzecznie oddasz pocałunek, rozumiemy się? Tu nikt nie ufa zwiadowcom, a ja muszę ich przekonać do sprzedania cię, właśnie mi. – Bell patrzyła na niego, czerwona jak piwonia, ale pokiwała głową na znak, że zrozumiała. – A i jeszcze jedno, bo byłbym zapomniał. Oczywiście, jesteś dziewicą?

- Nie wypada o to pytać! – zawołała oburzona i jeszcze bardziej się zaczerwieniła.

- Odpowiedz. – Jego spojrzenie było nieustępliwe. Dziewczyna uciekła wzrokiem w bok i wyjąkała:

- T-tak, jestem. – Kamień spadł kapitanowi z serca, nikt jej nie zgwałcił więc z powodzeniem mógł podwoić stawkę, a król pazerny na pieniądze, na pewno od razu zgodzi się na sprzedanie jej. Po chwili szczęknął zamek w drzwiach. Levi przyciągnął dziewczynę do siebie dość gwałtownie, sadzając ją sobie na kolanach. Rzucił jej ostrzegawcze spojrzenie i przyłożył usta do jej warg. Bell zrobiła tak jak jej wcześniej kazał. Objęła go i oddała pocałunek. Smakował kawą i cynamonem. Pięć minut później znów została skuta kajdanami i usiadła pod zimną ścianą. Levi na odchodnym szepnął jej do ucha:

- Nie bój się, jutro cię stąd zabierzemy. – Została sama, jej myśli wypełniała tylko jedna osoba.

- Eren… już jutro znów cię zobaczę. – Bursztynowe oczy zalśniły w ciemności…

*****


Levi wracał do domu okrężną drogą. Przez pewien czas śledzili go strażnicy króla, ale gdy zaczęło padać, dali sobie spokój. Mokry, głodny, ale zadowolony, bo król połknął haczyk otworzył drzwi wejściowe. Ledwo przestąpił próg, a napadła na niego cała zgraja młodzieży.

- I co udało się? – Eren wpatrywał się w niego wyczekująco. Mikasa i Armin też uważnie się mu przyglądali, czekając co odpowie. Connie, Jean i Sasha stali nieco na uboczu, ale widać było, że też są ciekawi, jak mu poszło. Westchnął zrezygnowany i zdjął mokry płaszcz oraz buty. Nie odpowiadając, ruszył do kuchni gdzie przy stole siedziała Hanji Zoe, zajadając się piernikami i popijając herbatę.

- I jak ci poszło? – zapytała, patrząc na niego – Było buzi buzi? – Wyszczerzyła zęby w uśmiechu, a Eren, który stał obok spochmurniał.

- Wszystko poszło zgodnie z planem – odpowiedział kapitan i wskazał na Sashę. – Kawa z cynamonem dla mnie. – Dziewczyna kiwnęła głową i wzięła się do roboty. – Jutro twoja dziewczyna będzie z tobą – powiedział patrząc na Yeager’a, którego twarz przypominała chmurę gradową.

- Całowałeś Bell…

- Taki był plan, przestań się wściekać. – Armin położył dłoń na ramieniu przyjaciela.

- Powinieneś się cieszyć, że Levi dowiedział się co chcą z nią zrobić. – Przypomniała mu Mikasa – Gdyby nie on, Bell zostałaby sprzedana jakiemuś zwyrodnialcowi i kto wie, co by się z nią stało.

- To skoro już wszystko jasne, to może omówimy plan działania na jutro? – zaproponował Jean i usiadł przy stole. Reszta poszła za jego przykładem i wszyscy pogrążyli się w rozmowie. Nikt nie zamknął uchylonego okna, nie wiedzieli, że Ross ich obserwuje i słyszy każde słowo…

********************
Rozdział 7
********************


Eren obudził się nad ranem z tępym bólem głowy. Wygrzebał się z łóżka i poszedł do łazienki. Stanął przy umywalce, odkręcił kran i opłukał twarz zimną wodą. Rozejrzał się wkoło. Błękitne kafelki lśniły czystością. Na lustrze nie było ani jednej smugi. Westchnął i uśmiechnął się pod nosem. Wszyscy nocowali dziś u Levi’ego. Gdy skończyli układać plan ratowania Bell, było już tak późno, że kapitan zlitował się i pozwolił zostać im na noc. Chłopak wytarł twarz i ręce w puchaty ręcznik, który wisiał koło umywalki. Wyszedł, gasząc światło. Wiedział, że już nie zaśnie, więc nie było sensu wracać do sypialni, dlatego zszedł na dół, do kuchni. Mimo, iż godzina była bardzo wczesna, zastał tam siedzącego przy stole Levi’ego, który delektował się aromatyczną kawą z cynamonem. Usiadł naprzeciwko niego, a służąca, która krzątała się po kuchni, przygotowując śniadanie, zapytała:

- Życzy pan sobie kawę czy herbatę, poruczniku Yeager?

- Herbatę, Emmo. – Uśmiechnął się przyjaźnie do młodej dziewczyny. Ta lekko się zarumieniła i przez nieuwagę upuściła nóż, do krojenia pomidorów. Levi rzucił jej ponure spojrzenie, ale nie skomentował tego. Odezwał się natomiast do Eren’a:

- Wyglądasz jak trzy ćwierci do śmierci.

- Tak też się czuję – odpowiedział chłopak i utkwił wzrok w porcelanowej cukierniczce, która stała na środku stołu. Kapitan uważnie się mu przyglądał. Chłopak wyglądał na chorego. Cienie pod oczami, mocno kontrastowały z jego bladą twarzą.

- Zostaniesz dziś w domu – oznajmił po chwili i odstawił pustą filiżankę po kawie, na stół.

- C-co?! – Chyba miał jakieś omamy słuchowe, albo kapitan się przejęzyczył.

- Dobrze usłyszałeś – powiedział. – Nie zaryzykuję, że spieprzysz akcję, bo jesteś chory.

- Nie jestem chory! – wrzasnął brązowowłosy. – Boli mnie tylko głowa, niedługo przejdzie, więc nie proś mnie bym… - Gdyby spojrzenia zabijały, Eren prawdopodobnie już byłby martwy.

- To nie była prośba, to rozkaz. – Kapitan zmarszczył brwi, obserwując młodego porucznika. Na twarzy chłopaka malowała się wściekłość, rozumiał go, ale nie mógł pozwolić mu walczyć. Ryzyko, że zasłabnie w trakcie było małe, ale lepiej dmuchać na zimne. Eren wstał od stołu i nie zwracając uwagi na to, że Emma podała mu herbatę, wyszedł z kuchni.

*****


Po południu, ekipa ratunkowa zaczęła się przygotowywać, do wyruszenia na zamek. Mikasa z wielką dokładnością czyściła miecz, a Armin ładował podręczną broń palną. Jean i Sasha dostali za zadanie osiodłanie koni, natomiast Connie robił za chłopca na posyłki. Biegał po całym domu szukając tego, czego akurat Hanji Zoe znaleźć nie mogła. Levi przyglądał się temu, ze znudzonym wyrazem twarzy i polerował guziki od munduru. Wśród nich brakowało tylko Eren’a, który z rozkazu kapitana, musiał niestety zostać w domu. Leżał więc na łóżku w swojej sypialni i próbował nie myśleć o tym, że dostał areszt domowy, tylko dlatego, że boli go głowa i ma gorączkę. Dużo łatwiej pogodziłby się z takim rozkazem, gdyby nie chodziło o Bell i zazdrość, która zżerała go od środka. Nabrał powietrza w płuca i wypuścił je powoli. Usiadł na łóżku opierając się na poduszkach. Spojrzał w okno. Dzień był ciepły i słoneczny. Przy takiej pogodzie walczyło się dużo lepiej, niż przy lejącym, jak z cebra, deszczu.

- Aaaa… psik! – Kichnął głośno i pociągnął nosem. – Cudownie, jak nie urok, to sraczka. – Sięgnął po chusteczkę i wydmuchał nos. – Co za ironia losu. – Zrzędziłby pod nosem o wiele dłużej, gdyby nie pukanie do drzwi. – Proszę!

- Eren… mogę wejść? – zapytała Mikasa, uchylając lekko drzwi.

- Uhm… – Dziewczyna weszła do pokoju i cicho zamknęła drzwi.

- Jak się czujesz?

- Tak, jakbym się wcale nie czuł – powiedział i spojrzał na nią ponurym wzrokiem.

- Zrozum… Levi nie chciał źle, on się po prostu o wszystkich troszczy, choć tego nie okazuje. – Uśmiechnęła się i chwyciła brata za rękę. – Jesteś przeziębiony, a lepiej…

- Nie pozwól, by coś jej się stało i… uważajcie na siebie, macie wrócić cali, razem z Bell. – Eren popatrzył na siostrę wyczekująco.

- Wrócimy, obiecuję. – Uścisnęła jego dłoń i wyszła z pokoju. Chłopak został sam. Zacisnął pięści i powiedział do siebie.

- Wszyscy jesteście moją rodziną, musicie wrócić…

********************
Rozdział 8
********************


- Arlert, będziesz robił za moją prawą rękę – powiedział młody kapitan. – Przekażesz pieniądze królowi w moim imieniu, a ja tymczasem pójdę do lochów, by zabrać Bell.

- A co ze strażnikiem? – zapytał blondyn, zaciskając dłoń na rękojeści miecza.

- To tępak, uwierzy we wszystko co mu się powie – odpowiedział Levi i spojrzał na swoją drużynę. – Macie na siebie uważać, Ackerman przejmuje dowodzenie na czas mojej nieobecności, zrozumiano?

- TAK JEST!

W drodze na zamek byli już od godziny. Przez cały ten czas kapitan udzielał im wskazówek i pouczeń. Eren został w domu razem z Hanji Zoe. Ktoś tego narwańca musiał pilnować, żeby nie zrobił jakiejś głupoty, której gorzko by potem żałował. Jego oburzenie i złość na nikim nie wywarły specjalnego wrażenia, natomiast samego Eren’a skutecznie osłabiły. Mikasa z pomocą Jean’a, wpakowała brata ponownie do łóżka i zabroniła mu wstawać, bo jeśli się nie posłucha, to nie zobaczy Bell, póki całkowicie nie wyzdrowieje. Burcząc pod nosem, coś o podłych szantażystach, nakrył się kołdrą po same uszy i z wielkim niezadowoleniem oznajmił, że będzie grzeczny, zostanie w łóżku i nawet wypije ohydną, ziołową herbatkę, tylko mają go zawołać jak wrócą, bo chce zobaczyć Bellindę. Na wspomnienie sytuacji sprzed godziny, Mikasa uśmiechnęła się pod nosem i przyspieszyła kroku. Niebo przysłoniły ciężkie, deszczowe chmury.

- Jeśli będziemy się wlec, to dotrzemy na zamek wyglądając jak zmokłe kury – powiedziała i spojrzała na przyjaciół.

- Ale ja nie mam siły. – Sasha popatrzyła na nią z wyrzutem. – Nie dałaś mi dokończyć obiadu. – Jean i Connie zachichotali pod nosem, ale widząc wzrok kapitana Levi’ego, natychmiast przestali.

- Nastrój, jak na pogrzebie – mruknął Connie i podrapał się po głowie. – Daleko jeszcze?

- Nie – odpowiedział Levi. – Spójrz przed siebie, już widać nasz cel. – Oczy całej drużyny zrobiły się wielkie, jak talerze. Zamek był potężny, otoczony fosą i warownym murem. Na szczycie jednej z wież, powiewała chorągiew z królewskim herbem – skrzyżowane ze sobą miecze, wokół których owijały się węże. Jean skrzywił się na jego widok.

- Co się stało? – spytał Armin, idący obok.

- Nic. – Zmrużył oczy, wypatrując strażników. – Nie powinniśmy się tu rozdzielić? – Kapitan popatrzył na niego i odpowiedział:

- Tak, tutaj się rozdzielimy. Do lochów prowadzi jeszcze jedna, inna droga i właśnie nią się udam. Wy zaś idziecie razem, uważajcie i bądźcie czujni, tu nikomu nie można ufać. Macie godzinę, potem spotykamy się tutaj i wracamy do domu.v - Mimo wszystko muszę zapytać. – Armin popatrzył uważnie na Levi’ego. – Co, jeśli plan się nie powiedzie? – Kapitan nie odpowiedział. Zmarszczył brwi i ruszył w swoją stronę, zostawiając ich samych.

- To znaczy, że mamy robić wszystko, by się udało. – Mikasa położyła dłoń na ramieniu przyjaciela. – Jesteśmy najlepsi, poradzimy sobie. – Armin przytaknął jej kiwnięciem głowy. Cała piątka ruszyła do głównej bramy.

*****


Levi szedł szybkim krokiem w stronę lochów. Spodziewał się, że zapomniana droga, która tam prowadzi, będzie zarośnięta, a tymczasem gałęzie były pocięte, ścieżka wydeptana. Nie podobało mu się to. Ktoś już tędy wcześniej szedł. Miał złe przeczucia. Rozglądał się wkoło uważnie, ale nikogo nie zauważył. Skręcił w lewo. Jego oczom ukazała się stara, nieco zardzewiała brama, od tylnego wejścia do lochów. Przy niej nigdy nie było strażnika, więc nie miał problemu z wejściem. Ciemny korytarz, cuchnący wilgocią, rozświetlało nikłe światło pochodni, przyczepionych do ścian na metalowych obręczach. Czarnowłosy zdjął jedną z nich i ruszył przed siebie, oświetlając drogę. Gdy doszedł do rozwidlenia dróg przystanął, zastanawiając się, w którą stronę skręcić. Po chwilowej analizie poszedł w prawo i był to strzał w dziesiątkę. Po pięciu minutach znalazł się pod celą, w której przetrzymywano młodą Awatar. Czuł, jak serce łomocze mu z niepokoju. Pod celą nie było strażnika, coś było nie tak. Ostrożnie zbliżył się do żelaznych drzwi celi. Były uchylone. Zajrzał do środka. Bell siedziała przy drewnianym stole, była rozkuta, a za nią, trzymając dłonie na jej ramionach, stał… Oczy kapitana rozszerzyły się ze zdziwienia. Za dziewczyną stał jej brat bliźniak – Ross. Chłopak gładził ramiona siostry. Twarz ukrył w jej włosach.

- Zabiję go, wiesz? – Wyszeptał jej do ucha. – Bo mi ciebie zabrał, siostrzyczko. Przebiję go mieczem na wylot, gdy tylko się tu zjawi. Nigdy nie traktowałaś mnie tak, jak jego. Jesteśmy bliźniętami, ale ty zawsze wolałaś tego śmiecia. Ze mną nigdy nie byłaś tak zżyta, odtrącałaś, zostawiałaś samego.

- To nieprawda. – Łzy spływały jej po policzkach. – Coś sobie uroiłeś, odsunąłeś się od nas sam, nie chciałeś z nami spędzać czasu, tylko szlajałeś się po ulicach Shiganshiny z bandą Tony’ego i dokuczałeś innym. To oni nabili ci głowę głupotami, że Eren jest twoim wrogiem, że zabrał ci siostrę, a ty ich słuchałeś. A na sam koniec, gdy podsłuchałeś co sobie obiecaliśmy z Eren’em, wydałeś mnie królowi. Zdradziłeś, że jestem Awatarem wiedząc, że król mnie poszukuje, bym nie upomniała się o swoje dziedzictwo, kiedy przyjdzie na to czas. Siedem lat spędziłam w zamknięciu, ale dziś to się skończy. – Ross w jednej chwili stanął przodem do Bell i uderzył ją w twarz. Nachylił się nad nią i ryknął:

- DO KOŃCA SWOICH DNI ZOSTANIESZ W TEJ CELI, A EREN ZGINIE Z MOJEJ RĘKI! ZARŻNĘ KAŻDEGO KTO… - Levi, wykorzystując chwilę nieuwagi chłopaka, podbiegł i zdzielił go łokciem w tył głowy, pozbawiając przytomności. Bell krzyknęła przestraszona i spojrzała na kapitana. Wstała z krzesła i rzuciła się w jego ramiona. Płacz targał jej wychudzonym, wątłym ciałem. Czarnowłosy pogładził ją po głowie i delikatnie odsunął od siebie.

- Trzęsiesz się jak galareta. – Zauważył i wyciągnął z kieszeni chusteczkę. Otarł jej łzy i posadził na krześle. – Dodatkowo wyglądasz, jak trzy ćwierci do śmierci. – Uśmiechnął się i zdjął pelerynę. Zarzucił ją na ramiona Bell i szczelnie opatulił. Następnie ukucnął przy nieprzytomnym chłopaku i związał mu ręce na plecach sznurkiem, który na całe szczęście miał przy sobie.

- Gdzie Eren? – zapytała cicho.

- W domu, umiera z tęsknoty za swoją narzeczoną.

- To dlaczego nie przyszedł z tobą?

- Ma gorączkę, a przez nią mógłby zasłabnąć i schrzanić akcję – odpowiedział mężczyzna, sadzając pod ścianą nieprzytomnego Ross’a.

- Jest chory? – Zmartwienie pojawiło się na twarzy Bell.

- Tak, z miłości do ciebie.

- Zawsze jesteś taki ironiczny, kapitanie Levi?

- Cóż, jak widać, taki już mój urok. – Rzucił jej beznamiętne spojrzenie.

- Nie szkodzi i tak cię lubię. – Popatrzyła mu w oczy i wstała z krzesła. – Za tą maską obojętności, kryje się człowiek wrażliwy i martwiący o przyjaciół, jak mniemam.

- Psychologiczną analizę zostaw sobie na deser, a teraz chodź! – Burknął i chwycił ją za rękę, ciągnąc do wyjścia. Dziewczyna wyrwała się z jego uścisku i uklęknęła przy bracie.

- Nie zapominaj o nim! Nie zostawię go tutaj, to mimo wszystko mój brat! – krzyknęła. – Musimy go zabrać. – Prawe oko kapitana zaczęło niebezpiecznie drżeć, zdradzając, że jego anielska cierpliwość jest na wyczerpaniu. Zacisnął zęby i klnąc w duchu, chwycił Ross’a za ubranie, przerzucając go sobie przez ramię, jak worek ziemniaków. Jedną ręką przytrzymywał nieprzytomnego, a drugą chwycił Bell za nadgarstek i trzymając w stalowym uścisku, ruszył do wyjścia.

*****


Mikasa z resztą drużyny od dziesięciu minut czekali w umówionym miejscu. Na zamku wszystko poszło zgodnie z planem, a nawet lepiej. Król nieco podejrzanie patrzył na wysłanników Levi’ego, ale ostatecznie przyjął pieniądze i wręczył klucz do celi Bell. Zażądał jedynie, by zabrali ją tylnym wyjściem z lochów, ponieważ nie chce, by kręcili się po zamku. Informację tę przyjli z wielką ulgą i prędko udali się w miejsce spotkania. Cały czas uważali, by nikt ich nie śledził, ale na szczęście nic takiego nie miało miejsca. Pozostawało im mieć tylko nadzieję, że kapitan nie napotkał żadnych trudności.

- Spóźnia się. – Jean nerwowo tupał nogą. – Coś się musiało stać, to byłoby z byt piękne, żeby było prawdziwe. Za łatwo nam poszło.

- Przestań, nawet tak nie myśl! – krzyknął Armin i spojrzał na niego ze złością. Te czarne myśli przyjaciela doprowadzały go do szału.

- Ale ja tylko…

- Hej, zobaczcie kto idzie. – Connie uśmiechnął się, patrząc w prawo.

- To kapitan! – Ucieszyła się Sasha, podskakując w miejscu. – Ale.. co on niesie. – zmrużyła oczy. – To Bell?

- Nie, Bell idzie obok. – Głos Mikasy był lekko zachrypnięty. Patrzyła na zbliżającą się do nich przyjaciółkę z dzieciństwa. Trzymała Levi’ego za rękę i patrzyła w bok. Jej wzrok był utkwiony w osobie, którą czarnowłosy niósł na ramieniu. Gdy zatrzymali się odwróciła głowę i spojrzała wprost na wyszczerzoną w uśmiechu, gębę Connie’go.

- Zęby ci wyschną, jak się tak szczerzyć będziesz – powiedział Jean i odepchnął kolegę na bok. – Miło, że w końcu jesteś z nami, nazywam się Jean Kirschtein.

- A ja Sasha Braus! - Wykrzyknęła radośnie szatynka, stojąca obok Jean'a.

- Skończyliście z tą prezentacją? – zapytał Levi, patrząc na nich. – Skoro tak, to weźcie tą miernotę z mojego ramienia i uważajcie, bo jak się ocknie może chcieć uciec.

- A kto to jest? – Mikasa podeszła bliżej kapitana, natomiast Armin stanął obok Bell i objął ją ramieniem. Nie chcieli wprawiać dziewczyny w zakłopotanie, wylewnym powitaniem, dlatego ograniczyli się do minimum. Wystarczy, że wiedzieli, jak na jej widok zareaguje Eren.

- Oto pytanie za sto punktów. – Zakpił mężczyzna. – Kogo targałem na ramieniu. – Rzucił nieprzytomnego chłopaka na trawę. Cała reszta zamarła.

- T-to Ross.- Wyjąkał Armin, wpatrując się w leżącego przyjaciela.

- Co on z wami robił? – Mikasa wbiła spojrzenie w Levi’ego, oczekując odpowiedzi.

- To jest powód całego zamieszania, ale szczegóły poznacie w domu. – Podszedł do Bell i zapytał. – Dasz radę iść dalej, czy nie? – Pokręciła głową. Czuła, że nogi ma jak z waty i dalej nie pójdzie o własnych siłach. Nagle poczuła, jak unosi się w powietrze. To Levi wziął ją na ręce. – Kirschtein, Arlert, zajmijcie się tym śmieciem. Springer i Braus niech idą szybciej i powiadomią służbę, że trzeba przygotować kolację, gorącą kąpiel i czyste ubrania dla wszystkich. Ackerman, ty idziesz z nimi, przypilnuj brata, by nie zerwał się z łóżka jak oparzony, a zresztą… Ech, idźcie już…



********************
Rozdział 9
********************


Armin wpatrywał się w kapitana Levi’ego, który szedł szybko trzymając Bell na rękach. Razem z Jean’em podtrzymywali nieprzytomnego Ross’a i nieśli w kierunku domu czarnowłosego. Levi nazwał chłopaka przyczyną całego zamieszania, to nurtowało Armin’a przez cały czas. Co kapitan miał na myśli i czego dowiedzą się na miejscu?

- Armin. – Chłopak drgnął, słysząc cichy głos Bell.

- T-tak? Co się stało?

- Opowiedz mi o poruczniku Yeagerze. – Poprosiła i spojrzała na niego przez ramię kapitana. Objęła go za szyję i oparła głowę o jego ramię tak, by cały czas widzieć przyjaciela. Ten uśmiechnął się do niej i odpowiedział:

- Niewiele jest do opowiadania. Porucznik Yeager, to ciągle ten sam impulsywny, wybuchowy, energiczny, tyle że dorosły, chłopak…

- Dzieciak. – Wtrącił Levi. – To ciągle jeszcze dzieciak, który myśli, że zbawi cały świat i uratuje ludzkość przed Tytanami bez niczyjej pomocy.- Bell uśmiechnęła się słysząc te słowa, a Jean, który do tej pory ciągle milczał, powiedział:

- Eren… to osoba, która dla przyjaciół poświęci wszystko. Nigdy specjalnie za nim nie przepadałem, ale tego mu odmówić nie można.

- Nie przepadałeś – mruknął Armin. – Ty go wręcz poniżałeś, przy każdej nadającej się okazji.

- Wcale nie, ja tylko…

- Możecie przestać? – zapytała Bell i zmrużyła swoje bursztynowe oczy. Przesłanie było proste, Armin wiedział co oznacza to spojrzenie i zamilkł. Jean popatrzył na niego zaskoczony, ale nie odezwał się więcej. Levi uśmiechnął się pod nosem i powiedział:

- Powiem ci, co ja myślę o twoim narzeczonym.

- Zamieniam się w słuch.

- Hn… jest głośny, irytujący i bywa dziecinny, ale sprytu i odwagi mu nie brakuje. Nieważne jak wielki łomot dostanie, to i tak stanie w obronie słabszych. Jest uparty jak osioł i nieustannie mnie wkurza, ale dąży do celu i nie zniechęca się niepowodzeniem. Bywa też kompletnym głupkiem, zwłaszcza, jeśli chodzi o ciebie.- Armin zaczął chichotać pod nosem. Opis Eren’a jaki zaserwował Levi był strzałem w dziesiątkę. On sam lepiej by tego nie ujął.

- Cały Eren – skwitowała krótko Bell i nagle poczuła, że Levi opuszcza ją w dół. Dotknęła stopami ziemi i stanęła wyprostowana. Spojrzała na kapitana zdumiona, nie wiedząc o co chodzi. Ten delikatnie ujął ją za podbródek i odwrócił jej głowę w bok, wskazując na duży dom, w którym na dole pozapalane były wszystkie światła.

- Jesteśmy na miejscu, to mój dom. – Serce Awatar zabiło mocniej. Za chwilę spotka się z Eren’em. Potrząsnęła głową, nie mogła sobie wyobrazić spotkania, które jednocześnie napełniało ją radością i strachem.

- Co z moim bratem? – spytała cicho i podeszła do nadal nieprzytomnego chłopaka.

- Arlert i Kirschtein wiedzą gdzie go umieścić – powiedział kapitan i gestem nakazał, by zabrali Ross’a w owo miejsce. – Teraz o nim nie myśl, jutro będziemy rozmawiać, a dziś… Marsz do środka, jest zimno. – Pchnął ją lekko w kierunku drzwi. Bell nerwowo poprawiła opadające kosmyki miedziano-brązowych włosów, które opadły jej na twarz i położyła dłoń na klamce. Stała chwilę nieruchomo, wiatr rozwiewał jej długie włosy. Serce w drobnej piersi waliło jak oszalałe. Levi stał obok niej i wpatrywał się w dziewczynę uważnie. Dopiero teraz, przed wejściem do domu w świetle księżyca zauważył, że jest bardzo ładna. Wcześniej tego nie widział, nie miał czasu, by się przyglądać. Była drobniutka i malutka, niższa od niego. Miała może niewiele ponad metr pięćdziesiąt. Miedziano-brązowe włosy sięgały jej do pasa i układały w łagodne, lśniące fale. Bursztynowe oczy okalały długie i ciemne rzęsy, a mały, lekko zadarty nosek, upstrzony był drobnymi piegami. Usta miała pełne i kształtne w kolorze dojrzałej maliny. Sukienka, którą na sobie miała, była nieco za duża, ale wyraźnie odznaczała krągły biust i smukłą kibić. Kapitan zmarszczył brwi, nigdy bowiem żadna kobieta nie przyciągnęła jego wzroku na tak długo. A teraz, stoi przed drzwiami jego domu, kruche dziewczę jak z porcelany i zastanawia się czy nacisnąć klamkę, a on ma ochotę wziąć ją na ręce i wnieść do środka jak księżniczkę.

- Cholera. – Zaklął, a Bell drgnęła i spojrzała na niego.

- Levi, coś się stało?

- Nie – burknął i odwrócił głowę w bok. W tej chwili nie miał już ochoty na nią patrzeć. Nie chciał, żeby mu się w głowie poprzewracało na punkcie panny, która należała do innego. Dziewczyna zamrugała oczami, zaskoczona nagłą zmianą humoru kapitana, ale nie odezwała się więcej. Odwróciła głowę w stronę drzwi i zdecydowanym ruchem nacisnęła klamkę.

*****


Eren siedział w salonie razem z innymi. Słuchał opowieści siostry o całej misji jednym uchem. Nieustannie zerkał na zegar i nerwowo potrząsał prawą nogą. Zoe, która siedziała obok młodego porucznika nie wytrzymała w końcu i powiedziała:

- Eren… nie molestuj zegara wzrokiem, czasu i tak nie przyspieszysz.

- Bo ile można czekać?! – Zirytował się i wstał z kanapy. Nerwowo zaczął przemierzać pokój, a Connie wodził za nim wzrokiem.

- Zachowujesz się jak kura, która za chwilę zniesie jajko – powiedział po chwili i upił łyk herbaty. Yeager rzucił przyjacielowi spojrzenie, które mówiło, że właśnie kopie sobie grób, ale ten niespecjalnie się tym przejął. Brązowowłosy wrócił do swojej niekończącej się wędrówki. Reszta westchnęła ciężko i wróciła do rozmowy. Dzięki temu czas im się tak nie dłużył. Mikasa co chwilę zerkała na brata. Nie dziwiła mu się. Czekał już tak długo, a teraz każda minuta, która przybliżała go do spotkania z Bell, ciągnęła się jak godzina. Ukradkiem spojrzała na zegar, wiszący nad drzwiami pokoju. Dochodziła dwudziesta druga, a Levi’ego z Bell i chłopakami dalej nie było. Nagle do pokoju weszła Emma i zbliżyła się do czarnowłosej.

- Czy mogę na chwilę panienkę prosić? – Popatrzyła na nią znacząco. Mikasa od razu zorientowała się o co chodzi. Bell i Levi byli już w domu, ale czemu od razu do nich nie przyszli? Wstała i ruszyła za służącą.

- Mikasa, a ty dokąd? – Eren zagrodził jej drogę.

- Pomóc Emmie w kuchni – odpowiedziała spokojnie. – Wiesz, że lubię pomagać przy gotowaniu. – Ten zmarszczył brwi, ale przepuścił siostrę. Obie kobiety wyszły z salonu. Mikasa bez słowa szła za służącą, ale dla bezpieczeństwa obejrzała się za siebie. Na szczęście bratu nie przyszło do głowy by za nimi iść. Odetchnęła z ulgą i zatrzymała się przed drzwiami sypialni. Emma otworzyła je i weszły do środka. Pokój był niewielki, ale przytulny. Na brzegu dużego łóżka siedziała Bell, a Levi zajął miejsce w fotelu przed kominkiem. Czarnowłosa podeszła do kapitana i zapytała:

- Dlaczego od razu nie przyszliście do nas? Eren niedługo z tych nerwów, wydepcze ci w dywanie szlak turystyczny.

- Życzenie księżniczki z porcelany – odpowiedział wskazując na Bell, która próbowała zmiażdżyć go spojrzeniem. Mikasa odwróciła się w stronę przyjaciółki.

- Nie chcesz zobaczyć Eren’a? – zapytała jakby z wyrzutem.

- Chcę, ale nim to zrobię wolałabym się umyć i przebrać. – Awatar wstała i podeszła nich.– Mogę? – Wbiła wzrok w Levi’ego, który najwyraźniej unikał patrzenia na nią.

- Zajmijcie się nią, a ja idę do siebie. – Wstał i skierował się do wyjścia. – A potem zaprowadźcie Awatar do Yeager’a, niech się w końcu zobaczą, mi proszę nie przeszkadzać. – Zamknął cicho drzwi i już go nie było. Ackerman zamrugała oczami zaskoczona i wymamrotała:

- A tego co znowu ugryzło?

- Jest taki od chwili gdy weszliśmy do domu – powiedziała Bell. – Eren jest na dole? Czeka na mnie? Jak on się czuje? Słyszałam, że jest chory. – Mikasa zaśmiała się, słysząc ten potok słów.

- Już mu lepiej, a teraz się pospieszmy, on naprawdę nie lubi czekać, a na ciebie się naczekał stanowczo zbyt długo. – Bell kiwnęła głową. Sama już nie mogła się doczekać tego spotkania.

*****


Bell szła za Mikasą długim korytarzem. Czarnowłosa prowadziła ją do salonu gdzie siedzieli inni. Nagle się zatrzymała. Serce jej waliło jak oszalałe. Miała wrażenie, że zaraz wyskoczy jej z piersi.

- Co się dzieje? – spytała Mikasa, stając obok niej.

- Nie, nic… chyba lekki stres mnie złapał. – Uśmiechnęła się blado. – Tak dawno go nie widziałam, że nie wiem czego się spodziewać.

- To Eren, a nie jakiś magnat, więc niczego się nie obawiaj, no chyba że utraty tchu na jego widok.

- To mnie pocieszyłaś. – Zaśmiała się cicho i poszły dalej. Słychać już było ożywioną rozmowę Sashy i Hanji Zoe oraz burkliwe odpowiedzi porucznika Yeager’a, któremu dokuczał Connie. Dziewczyny zbliżyły się do drzwi, które były uchylone. Mikasa znacząco spojrzała na Bellindę i pierwsza weszła do salonu.

- Gotowałyście obiad dla całego wojska czy co? – spytał Eren, patrząc na zegar.

- Przyrządziłyśmy coś całkiem nietypowego – odpowiedziała. – Nasze danie ma dwie nogi i dwie ręce. Jest raczej drobne i malutkie, a do tego strasznie zestresowane, więc mógłbyś być milszy. A i gwarantuję ci, że nie pozwoliłbyś, by była daniem dla całego wojska. – Puściła bratu oczko, a ten zerwał się z fotela na równe nogi. W ogóle nie patrzył na siostrę. Jego wzrok był utkwiony w osobie, która stała z tyłu z niepewną miną.

- Jaka ona malutka! – Wykrzyknęła Sasha.

- Słodka! – Dodał Connie.

- Kiedy ślub? – zapytała Zoe dla odmiany, a Mikasa wymownie przyłożyła dłoń do czoła. Eren zdawał się niczego nie słyszeć. Stał jak wmurowany nie mogąc się ruszyć. Czuł jak serce kołacze mu się w piersi. Mikasa widząc sytuację dyskretnie dała znak reszcie, że powinni wyjść z salonu i zostawić ich samych. Ci przytaknęli i po cichu opuścili pomieszczenie. Chłopak drgnął słysząc dźwięk zamykanych drzwi i zamrugał oczami. Bell stała pod ścianą z opuszczoną głową nie wiedząc co robić. Była całkowicie wytrącona z równowagi. Eren się zmienił. Już nie był dziesięcioletnim chłopcem, który miał mleko pod nosem. Był dorosłym mężczyzną dobrze zbudowanym, przystojnym i dużo wyższym od niej. Usłyszała, że idzie w jej kierunku, ale nie podniosła głowy dopóki nie wyrósł przed nią niczym góra. Dopiero wtedy odważyła się spojrzeć na niego. Turkusowe oczy chłopaka błyszczały się od łez. Wpatrywała się w niego oszołomiona. Bezwiednie podniosła rękę do góry. Ich dłonie zetknęły się ze sobą. Jej – drobna i chłodna, jego – duża i ciepła. Spletli je w uścisku stojąc przed sobą bez słowa. Po chwili ich usta spotkały się w lekkim, jak skrzydła motyla, pocałunku. Niedługo potem Eren otoczył ją ramionami i mocno przytulił do siebie. Cicho zaśmiał się pod nosem.

- Co cię tak bawi? – zapytała, ukrywając twarz w jego szyi.

- Jesteś taka malutka… jak wróbelek.

- To źle?

- Ani trochę. – Wziął ją na ręce. – Gdzie twoja sypialnia?

- Obok twojej – odpowiedziała, obejmując go za szyję.

- Zaniosę cię do łóżka i jeśli pozwolisz, zostanę z tobą.

- Hm? – popatrzyła mu uważnie w oczy.

- Nic… niestosownego nie przyszło mi do głowy – powiedział szybko, widząc jej minę. – Po prostu chciałbym cię od razu zobaczyć kiedy się rano obudzę, wtedy będę pewien, że to nie sen tylko rzeczywistość. Wiesz… to że w końcu wróciłaś i ze mną jesteś. Bo to się nie zmieni, prawda?

- Co masz na myśli?

- No, że będziemy… parą. – Zaczerwienił się i spojrzał w bok. – Tak jak kiedyś.

- Tak jak kiedyś. – Westchnęła. – Dziś możesz spać obok mnie, a o reszcie porozmawiamy jutro. – Eren kiwnął głową i ruszył na górę do sypialni. Mimo iż jego serce wypełniała radość, to w umysł wtargnęła nieprzyjemna myśl, że coś może być nie tak. Zegar wybił północ…

Ciąg dalszy nastąpi...

Dodano: 29.06.2013



comments powered by Disqus

Do góry

Do góry