wróć do spisu opowiadań


"Nieoszlifowany diament" autorstwa Ayame
"Nieoszlifowany diament"
Ayame
8 lipca 2013


********************
Prolog
********************


- Poruczniku… obudź się pan – Arvid usłyszał nad swoją głową śmiały głos Shany, swojej szeregowej i zarazem bardzo dobrej przyjaciółki.

Otworzył oczy i ziewnął teatralnie, na co Shana się skrzywiła. Śmiesznym było, że to on skończył jako jej przełożony, a nie na odwrót. Dziewczyna miała w sobie tyle poczucia obowiązku, ile Arvid lenistwa. Przewrotny los zrządził, że koniec końców to właśnie jemu przypadło pełnienie funkcji porucznika u Zwiadowców, zaczynając od dnia dzisiejszego. Trochę go to bawiło. Może i wielu żołnierzy marzyło wręcz o tym, by zajść tak daleko, a jemu chciało się tylko spać. Oraz pić, ale do tego się nie przyznawał. Tę wątpliwie pozytywną cechę wyrobił sobie po spędzeniu kilku lat w Oddziale Stacjonarnym, a mówiąc dokładniej – w towarzystwie Dota Pixis’a. Niestety nie mógł nic na to poradzić. Uwielbiał smak wina, zwłaszcza czerwonego z dzielnicy Trost, być może dlatego, że przypominał mu dom. Rodzice mieli gospodarstwo z dość dużą winnicą, gdzie spędził większą część swojego dzieciństwa. Lubił wracać do tych wspomnień, zwłaszcza wtedy, kiedy robiło się bardzo nieprzyjemnie. Czyli dość często.

Arvid nie przepadał za ludźmi - podchodził do nich wszystkich z dystansem i chłodną uprzejmością. Denerwował go beznadziejny i nielogicznie skonstruowany system rządzący garstką ludzi, która przetrwała jeszcze na tym świecie.. Najsilniejsi siedzieli sobie za Siną, broniąc spasionych bogaczy, a tymczasem byli potrzebni najbardziej tutaj, na zewnątrz. Każdy każdemu utrudniał życie bez żadnego powodu, chyba tylko dla własnej uciechy. Działo się to dosłownie wszędzie, nie tylko w polityce, ale również w życiu codziennym. „Nie, mam kasy jak lodu, ale co z tego, nie sprzedam ci taniej tego płaszcza, co mnie obchodzi, że dopłacisz później, a masz jeszcze czworo dzieci do wykarmienia, spieprzaj”. „O nie, panie poruczniku. Tytani nie zaatakowali, ale nie może pan iść spać, tylko musi wypełniać papiery, których potem nikt nie będzie czytał”. Tak bardzo wspaniale. Cudownie po prostu. Arvid nie posiadał się ze szczęścia, że musiał użerać się z ludźmi każdego dnia, do czego chętnie wykorzystywał swój nieprzeciętny sarkazm i ciętą gadkę.

- Co znowu mam zrobić? – zapytał Shanę, starając się nie brzmieć pretensjonalnie.

- Wypełnić to – podała mu kartkę, którą zmierzył krytycznym spojrzeniem. Shana widząc to uniosła brwi i westchnęła. – Wiem, że pan tego nie lubi, ale trzeba czasami pracować.

To prawie zabrzmiało, jakby w ogóle nie pracował. Zmrużył oczy, ale nie powiedział nic. Nie chciał być chamski dla jednej z niewielu osób, które nie uważały go za zimnego drania. Była jeszcze jego matka oraz Lieve, młodsza siostra należąca obecnie do sanitariuszy. Kiedyś próbowała dogadać się z kapłanami twierdząc, że jest w stanie bardzo im pomóc, ale ją olali, co raczej nie zdziwiło Arvida – dobrze znał ludzi. Lieve – podobnie jak bardzo niewielu ich przodków na przestrzeni wieków – potrafiła wieszczyć i była medium, do czego oczywiście otwarcie nigdy w życiu nie przyznała się nikomu spoza swojej rodziny. Kapłani wyrzucili ją za drzwi tylko dlatego, że była dziewczyną, w dodatku młodą. Mówiąc dosadniej, potraktowali jej słowa jako prowokację i kiepski żart, a Arvid mógł im tylko współczuć. Biedni głupcy.

Lieve widziała więcej niż inni, a oprócz tego posiadała niezwykle bystry i chłonny na wiedzę umysł. Dzięki temu bardzo szanowano ją jako niezastąpioną sanitariuszkę. Ponadto czasami pomagała Arvidowi z robotą papierkową, której szczerze nienawidził. Różnili się charakterami, ale mimo to mężczyzna bardzo ją kochał. Lieve uwielbiała ludzi, pomagała im jak tylko mogła najlepiej. Była też niezwykle wrażliwa, o czym wiedział. Nie potrafiła patrzeć na ból i cierpienie tych, których nie dało się już nijak uratować. Wtedy płakała. I trudno się dziwić. Arvid na dobrą sprawę tylko zewnętrznie sprawiał wrażenie nieczułego głazu, ale pił na umór, kiedy nikt nie patrzył. Za wszystkich, którzy zginęli pod jego dowództwem. Topił w alkoholu swoje smutki oraz ich przyczyny, zakrwawione, wykrzywione w grymasie bólu twarze, tysiące połamanych ostrzy, porozrzucane po mieście kończyny, strzępy znajomych mundurów. O tak, Arvid miał co topić w swoim ukochanym winie. Pijąc rozmawiał z tymi, którzy odeszli. Innymi słowy prowadził szalony monolog, ale to szaleństwo – paradoksalnie – pozwalało mu nie zwariować.

- Ej, Shana… - powiedział po przeczytaniu papierów, które mu przyniosła. – Co to ma być?

- Nie rozumiem – zamrugała. – Wszystko jest przecież napisane czarno na białym.

- No, ja widzę – potwierdził ozięble. – Pytają nas tutaj ilu nowych kadetów mogę przyjąć do swojego oddziału, co samo w sobie jest najzwyczajniej w świecie bez sensu. Przyjąłbym na siłę wszystkich, gdybym mógł. Co więc powinienem napisać? Każą wstawić liczbę.

- To niech pan napisze jakąś nierealną…

- Dziesięć miliardów wystarczy? – spytał ponuro, kreśląc na papierze kilkanaście losowych cyfr. Wręczył jej kartkę i ziewnął. – Masz i spadaj, zmęczony jestem.

Shana wyglądała na trochę obrażoną. W sumie to lubił z nią spokojnie rozmawiać, a droczyć się - jeszcze bardziej. Dziewczyna musiała mieć nie więcej niż siedemnaście lat i mógł spokojnie przyznać, że jest utalentowaną jednostką. Utalentowaną znacznie bardziej od niego, bo Arvid znany był ze swoich umiejętności, kiedy idzie o zabijanie tytanów samopas. Dowodzić innymi również potrafił, ale walczyć ramię w ramię… absolutnie nie. Jako introwertyk, a może nawet mizantrop, kompletnie nie nadawał się do pracy w grupie. Zarówno samotnie, jak i z innymi, potrafił działać na przykład kapral Levi, którego uznawano wśród zwiadowców za diament. Arvidowi czasami robiło się przykro kiedy pomyślał, że mógłby zajść jeszcze dalej, bo gdyby nie jego aspołeczność, z pewnością byłby od Levi’ego lepszy. Ale miał taki charakter, a nie inny i nic przecież nie mógł na to poradzić.

Ktoś zapukał do drzwi. Shana otworzyła je i do środka wesołym krokiem weszła Lieve. Patrząc na nią czasami nie mógł uwierzyć, że posiadają te same geny. On był barczystym, wysokim mężczyzną o ostrych rysach twarzy i wrednym spojrzeniu. Jego siostra przypominała drobną wróżkę rodem z baśni opowiadanych dzieciom na dobranoc. Miała kasztanowe, długie włosy i niebieskie oczy, tak niewinne, że ludzie na co dzień brali ją za delikatną i uroczą. Owszem, dla Arvida jasnym było, że jego siostra jest wrażliwą i dobrą osobą, ale to nie zmieniało faktu, że potrafiła wykazać się odwagą większą niż niejeden zwiadowca. Nie każdy mógłby sobie ot tak ruszać za mur i w towarzystwie tytanów skupiać się na rannych, a Lieve to umiała. Ufała żołnierzom bardziej niż Arvid we własnej osobie, co czasami wpędzało go w zakłopotanie. Dobry dowódca powinien ufać swoim ludziom.

- Cześć, bracie! Witaj, Shana! – przywitała się Lieve z szerokim uśmiechem i dziarsko podeszła do jego biurka, przy którym przed chwilą spał. – Arvid, widziałam się dzisiaj z Pixis'em i kazał mi to zanieść w twoje ręce.

Porucznik wziął od Lieve małą manierkę i przyjrzał jej się podejrzliwie. Dot Pixis nie miał w zwyczaju przysyłania mu jakichkolwiek podarków. Z niepewną miną otworzył naczynie i wypił łyk. Od razu poczuł znajome, znienawidzone pieczenie w gardle i wypluł zawartość prosto na stojącą obok Shanę. Dziewczyna prychnęła z obrzydzenia i ledwo zdążyła uciec. Arvid zaczął kaszleć i złorzeczyć w myślach Pixis’owi, obsypując go najbardziej nieprzyzwoitymi epitetami, jakie był w stanie wymyślić. Wódkę mu przysłał, żartowniś pieprzony. Wiedział przecież, że Arvid nienawidzi wódki. Porucznik mocno rzucił manierką przez otwarte okno i wykrzywił twarz z obrzydzenia na ohydny smak w ustach. Dot Pixis. Śmieszny skurwysyn.

- Chciałam cię ostrzec – przemówiła Lieve. – Ale doszłam do wniosku, że tylko praktyka może cię odzwyczaić od picia w pracy. Nie żebym wcześniej wiedziała, co Pixis tam wlał.

Arvid popatrzył na nią z rozżaleniem.

- Jak możesz? Jesteś okropna.

W tym samym momencie do środka wbiegła Elodie, inna sanitariuszka, a jej przerażone spojrzenie obiegło wszystkich zebranych.

- Co się stało? – zapytał Arvid, któremu wzrok dziewczyny nie za bardzo się spodobał.

- Pojawił się kolos – oznajmiła głosem, który brzmiał znacznie spokojniej, niż porucznik się tego spodziewał. – Tytani wdarli się już do dzielnicy Trost.

Lieve wybiegła natychmiast, a za nią Elodie. Shana popatrzyła się wyczekująco na Arvida, który westchnął beznamiętnie. Ale zajebiście, pomyślał. Wszyscy najsilniejsi, w tym Erwin Smith we własnej osobie, Hanji Zoe oraz - co najważniejsze - kapral Levi, wszyscy najsilniejsi są za murem. Całą ludzkość zaraz szlag jasny trafi.

Wstał. Przeciągnął się. Westchnął i rozejrzał po pokoju, aż napotkał rozzłoszczone spojrzenie Shany. Było tak miażdżące, że poczuł się przygnieciony.

- Zróbże. Coś. Poruczniku. – Wycedziła, a każde słowo było sztyletem wbijającym się w jego serce i najważniejsze narządy.

Arvid spoważniał. Nie ma lipy. Trzeba brać się do roboty.

- Podział na drużyny tak jak podczas ostatnich ćwiczeń. Ruszamy.

Shana zasalutowała mu, po czym wyszła. A on za nią.

********************
Rozdział 1
********************


Arvid ruszył w kierunku dzielnicy Trost razem ze swoją trzyosobową drużyną – Shaną, Ryker’em oraz Griet. Ryker byłby żołnierzem idealnym, gdyby przestał ciągle narzekać oraz miał więcej zdolności przywódczych i mniej agresji. Robił co chciał, słuchał jedynie Arvida i Shany. Dosłownie. Ośmielił się kłócić nawet z Erwinem, za co świeżo upieczony porucznik dostał po łapach, bo nie umiał upilnować rozszczekanego podwładnego.
Ryker miał trudny charakter, ale potrafił walczyć i lubił to robić. W powietrzu, dzierżąc w dłoniach dwa lśniące ostrza, czuł się jak ryba w wodzie. Umiał też całkiem nieźle współpracować, ale jeśli chodzi o obejmowanie dowództwa… kompletnie się nie nadawał. Arvid postanowił więc wykorzystać jego potencjał w swojej drużynie, gdzie miał oko na Ryker’a i mógł nim odpowiednio pokierować. Problem polegał na tym, że Ryker często kłócił się ze wszystkimi, ale z Griet to po prostu skakał sobie do gardeł. Ona – wieczna optymistka i on – wieczny pesymista, dobrali się, krótko mówiąc, idealnie do przysparzania wszystkim naokoło niekończących się kłopotów. Griet była dobrze zbudowana i mierzyła sto osiemdziesiąt pięć centymetrów wzrostu, miała więc w sobie aż za dużo siły. Była nieco wyższa od Ryker’a, co jego samego doprowadzało do obłędu. Nikt nie miał zbytnich trudności z przewidzeniem wyniku każdego z pojedynków tej dwójki.

Kłócili się po prostu o wszystko, a Arvid musiał ich rozdzielać niemal bez przerwy. Co prawda w obliczu wspólnego wroga umieli jakoś współpracować, ale normalnie nie dało się ich wytrzymać. Najczęściej wióry leciały o to, które z nich jest lepsze. Ryker nie przebierał w słowach, Griet również, umieli sobie nawzajem dopiec, każdemu po równo.

- Spieprzaj mi stąd! – krzyknęła tym razem, kiedy zagrodził jej drogę swoją linką.

Ryker zrobił to z czystej nieuwagi, ale Griet i tak zaczęła się pieklić.

- Twoja wina, że jesteś wielka jak chłop i zwykłej liny ominąć nie potrafisz! – wydarł się. – Myślisz, że co, porucznik Arvid wybrał cię do swojej drużyny i od razu fajna z ciebie dupa?!

- Przynajmniej nie jestem facetem z kompleksem niższości i małym… ciałem – zakpiła i wystrzeliła do przodu jak z armaty, zostawiając ich daleko w tyle.

- No i poszła sobie, ta bezmyślna cipa! – warknął Ryker agresywnie w stronę porucznika.

- Jak ci zaraz przywalę, jebany palancie, to wreszcie pomyślisz o tym, by zająć się na początek sobą – Shana nie wytrzymała nerwowo tej bezsensownej paplaniny. Jej oczy strzelały gromy. – Tak lepiej – skwitowała, kiedy Ryker obdarzył ją pełnym nienawiści spojrzeniem, ale przynajmniej zachował milczenie.

Arvid popatrzył z wdzięcznością na Shanę, po czym wystrzelił naprzód, prosto za Griet. Wiedział, że jest silna i poradzi sobie mimo wszystko, ale nie chciał spuszczać jej z oczu. Wciąż należała do jego drużyny, a on nie wydał rozkazu, żeby się rozdzielić. Takie działanie nie mogło im w obecnej sytuacji przynieść nic dobrego, tylko zaskutkować chaotycznymi akcjami, a w rezultacie doprowadzić do bezsensownej śmierci.

- Griet! – krzyknął. – Zatrzymaj się!

Posłusznie stanęła na jednym z budynków i odwróciła się z gracją. Miała bardzo ciepłe spojrzenie, ale w jej oczach pozostała złość na Ryker’a. Arvid usłyszał, jak za jego plecami miękko ląduje Shana, a obok twardo staje Ryker.

- Widzicie to? – zapytał, wskazując ostrzem na idących do przodu tytanów.

Było ich wielu. Kierowali się prosto do środka dzielnicy, skąd przerażona i spanikowana ludność starała się w tym samym momencie wydostać. Nie wyglądało to za dobrze. Jak zwykle najsilniejszych wysłano do obrony terenów tuż przy murze Rose, co w sumie nie było najgorszym pomysłem, ale miało swoje wady. Z najpoważniejszą z nich, czyli dużą stratą wśród ludności cywilnej, Arvid nigdy nie chciał i nie umiał się pogodzić. Śmierć towarzyszy już sama w sobie była nie do zniesienia, a kiedy widział jak giną niewinni, bezbronni ludzie… wyobrażał sobie zawsze, że to przecież mogła być jego matka. Okrutna myśl, którą uporczywie od siebie odrzucał.

- Zajmijcie cię we troje tymi z prawej – rzucił, po czym zwrócił się do Shany – ty dowodzisz, szeregowa.

Zasalutowała mu.

- Tak jest, poruczniku – powiedziała. – Czy mogę wobec tej dwójki stosować kary cielesne? Przynajmniej wtedy, kiedy będą się zachowywać jak dzieci ze żłobka – dodała szybko, widząc jego uniesione brwi.

- Och, w takich sytuacjach, naturalnie.

Shana obdarzyła Griet i Ryker’a perfidnym uśmiechem, po czym wystartowała, a oni za nią. Arvid jeszcze przez chwilę stał spokojnie i przyglądał się, jak jego szeregowa już ciachnęła pierwszego tytana, a Griet z Ryker’em zajęli się tym obok. Naprawdę potrafili współpracować i tego im porucznik niezmiernie zazdrościł. Wyjął zza pazuchy piersiówkę, bez względu na okoliczności zawsze wypełnioną winem. Bardzo skrupulatnie dbał o to, żeby trunku nigdy nie zabrakło. Wypił dwa łyki, schował piersiówkę, przeciągnął się i rozejrzał z uwagą. Po prawej jakiś tytan stał pochylony, wyciągając rękę po cel na ziemi. Arvid nie namyślał się długo. Ogarnął go znajomy gniew.

Wystrzelił do przodu i robiąc piruet wykonał bezbłędne cięcie prosto w czuły punkt potwora. Wylądował na dachu sąsiadującego domu i pozwolił sobie na chwilową utratę równowagi. Odwrócił się i zobaczył jak zwłoki tytana czarnieją, a przy nich stoi młoda na oko kobieta, trzymająca w ramionach małego chłopca. Mężczyzna patrzył się na nią przez chwilę, ich spojrzenia się spotkały. Najwidoczniej nic jej się nie stało, tak przynajmniej ocenił ze swojej odległości. Kobieta uśmiechnęła się delikatnie, najwyraźniej oczekując, że do niej zejdzie. Bardzo śmieszne. Arvid niemal natychmiast poleciał do kolejnego tytana, chcąc posiekać również i jego. Nie chciał żadnej wdzięczności, ciepłych słów i gestów. Był żołnierzem i walka należała do jego obowiązków. Koniec kropka. Tego nie robi się z dobroci serca, ale dlatego, że to słuszne, właściwe i konieczne.

Zatańczył w powietrzu, trafiając kolejnego, wyjątkowo paskudnie wyglądającego potwora. Usłyszał krzyk. Odwrócił się odruchowo, szukając jego źródła. Jakiś żołnierz z Oddziału Stacjonarnego utkwił właśnie w silnym uścisku dłoni obrzydliwca. Mało brakowało. Gdyby zauważył to ktoś inny niż Arvid, pewnie byłoby po nim. Facet miał dużo szczęścia. Porucznik zaczepił linkę o kark tytana, zrobił zawrót, ciął jego dłoń, wydobył żołnierza, którego w locie postawił na najbliższym dachu, po czym wybił się wyżej i wrócił. Wykonał idealne cięcie we właściwym miejscu na ciele wielkoluda. Stanął obok roztrzęsionego żołnierza i zauważył, że się pomylił. To nie był nikt z Oddziału Stacjonarnego, ale jakiś kadet, w dodatku najwyraźniej słaby.

- Hej, dzieciaku – zagadnął Arvid. – Nic ci nie jest?

- Moje ramię…

- Widzę.

Chłopak miał rozcięty mundur, a z ramienia obficie ciekła mu krew. Nie wyglądało to tak samo poważnie, jak większość ran, które Arvid zdążył zobaczyć w swoim wcale nie tak długim, ani wcale nie tak krótkim życiu. Mimo to dzieciak wyglądał na wstrząśniętego. Porucznik domyślił się, że to człowiek, któremu pierwszy raz w życiu podczas walki zadano ból i ranę.

- Możesz używać trójwymiarowego manewru? – zapytał Arvid, pomagając mu wstać i rozglądając się dookoła. Próbował wypatrzeć kogoś z sanitariuszy, ale nie było to wcale takie łatwe.

- Czy pan jest ze Zwiadowców? – zapytał zamiast odpowiedzieć chłopak. Porucznik natomiast za wszelką cenę starał się nie napluć na niego jadem, jaki zebrał mu się na języku. Nie, kurwa, półmózgu, noszę na plecach skrzydła wolności dla szpanu. Doprawdy tylko głupiec by sądził, że jest teraz w ogóle czas na idiotyczne pytania.

- Można tak powiedzieć. Jestem porucznik Arvid – odparł mężczyzna, starając się jak największy nacisk położyć na słowo „porucznik”. Niech się gówniarz uczy pokory.

Nie czekał, aż dzieciak odpowie, tylko brutalnie go popchnął i gestem kazał spojrzeć na dół. Stały tam dwie sanitariuszki, patrząc na nich wyczekująco.

- Idź na dół, młody.

- Ja… dziękuję za ratunek,
poruczniku.

Arvid westchnął i wykonał gest ręką, jakby odganiał muchę. Dzieciak zeskoczył, a resztą zajęły się sanitariuszki. Porucznik przeczesał palcami włosy i zmrużył oczy, zamyślony.
Czy te ich akcje w ogóle mają sens? Skoro kolos rozwalił bramę do Trostu, pewnie zaraz pojawi się tamten drugi, opancerzony jak byle chrabąszcz. Arvid znowu skorzystał z dobrodziejstwa, które kryło się w jego piersiówce. Pijąc, starał się wymyślić dobry plan, ale bez współpracy z innymi jednostkami, na nic przydałaby się nawet najbardziej genialna strategia. A jak wiadomo, on nie nadawał się do współpracy z nikim. Super. Żeby pozbyć się tych krwiożerczych paskud, należało zablokować wyrwę w murze, bądź – ku czemu bardziej by się skłaniał – umocnić Rose. Wątpił, by udało się im jakoś przenieść kamień przygotowany właśnie na taką sytuację jak ta. Po kolejnym łyku odłożył piersiówkę na miejsce, nie chcąc przesadzić. Przed nim jeszcze wiele syzyfowej pracy, czyli zabijania tytanów, podczas gdy dziura od strony zewnętrznej wpuszczała do środka kolejnych. Ale bez sensu… od razu odechciewało mu się walczyć.

No ale co mógł zrobić. Tylko walczyć. Nic innego nie potrafił. Nawet kochać, nawet ufać. Robił to źle. Raniąc bliskich albo samego siebie, żyjąc w stałym konflikcie ze swoim wewnętrznym pragnieniem bliskości, którego nie umiał zaspokoić. Lieve była w stanie mu to zapewnić. Jego matka oraz Shana, z którą nigdy oficjalnie nie przytulił się choćby w przyjacielskim geście, ale była przy nim zawsze wtedy, kiedy jej potrzebował na placu boju albo w gabinecie ze wszystkimi przykrymi obowiązkami i nawałem roboty. Oferowała swoją pomoc, ilekroć tylko mogła. Czasami wredna z niej suka, potrafiła człowieka dobić swoimi pouczeniami i okrutnymi słowami, ale zawsze prawdziwymi. Cenił w niej tę szczerość. Tego potrzebował. Żeby chociaż ktoś jeden, ktokolwiek, żeby ktoś powiedział mu czasami, co on ma właściwie do cholery zrobić. Z oddziałem, z pozostałym mu czasem, ze sobą samym.

O kurwa, tytan.

Odskoczył w ostatniej chwili, kiedy wielki paznokieć przeleciał mu przed twarzą, zostawiając na policzku głęboką szramę. Zaklął, wyciągając ostrza i natychmiast za pomocą trójwymiarowego manewru przeniósł się prosto za plecy potwora. Zawirował, Pan Wielka Paskuda się odwrócił, a Arvid wykonał zwrot na swoją dawną pozycję. Stamtąd łatwo mógł już tytana zarżnąć, co też uczynił, ale dość nieporadnie, bo cały upaćkał się we krwi. Nie stan odzienia wystraszył porucznika, ale fakt, że gaz niebezpiecznie szybko się kończył. Niedobrze.

Ruszył w kierunku oddziału zaopatrzeniowego, bo żadnego ich członka nie widział w pobliżu. Potrzebował gazu i to natychmiast.

- Shana! – krzyknął, a szeregowa ciachnęła jednego z tytanów, po czym akrobatycznie wylądowała tuż przed nim. Miała przy tym na twarzy wypisane polecenie „pochwal mnie”, ale to nie był czas ani miejsce na takie słowa. Obok pojawiła się Griet i Ryker.

- Ile zostało wam gazu?

Griet drgnęła, tak samo z resztą jak Ryker. Shana zmarszczyła brwi.

- Teraz jak o tym wspomniałeś… - mruknęła. – To niewiele.

- Musimy dotrzeć do oddziału zaopatrzeniowego.

- Czekaj! – zawołała Shana, po czym zwróciła się do Ryker’a. – Ty walczyłeś tam niedawno, prawda? Czemu ci goście nie dostarczają nam gazu?

- Bo ze wszystkich stron otoczyli ich tytani – oznajmił żołnierz grobowym tonem. – I to wcale ich tam niemało, poruczniku – popatrzył na Arvida. – Wcale ich tam niemało. Sami nie damy rady się przebić, widziałem co najmniej dziesięciu.

- Jasne, że damy radę! – Griet rozognionym wzrokiem omiotła ich twarze. – A ty, Ryker, jeśli chcesz, zostań tutaj i płacz z bezsilności. Nie potrzebujemy tam słabeuszy.

- Słabeuszy nie, ale Ryker’a tak – odezwał się sucho Arvid, bo mężczyzna już otwierał usta, chcąc się odszczekać. – Pójdziemy tam wszyscy, rozumiecie? Nie tylko my będziemy mieć teraz problem z brakiem gazu. Bez niego wszyscy jesteśmy skończeni, nasze nędzne życia oraz całą ludzkość szlag trafi. Zginiemy, jeśli nie wejdziemy na mur, a z obecną ilością gazu jest to niemożliwe. Lepiej przegrać próbując wygrać, niż siedzieć na dupach jak wystraszone berbecie. Jesteście moimi żołnierzami, Ryker, czy nie?

Mężczyzna przez chwilę walczył ze sobą, usta mu drżały, aż w końcu z godnością wyprostował się i zasalutował z jasnym błyskiem w oczach.

- Jasna sprawa, poruczniku Arvid.

- Tak lepiej.

Odwrócił się w kierunku budynku z zaopatrzeniem, który górował nad dzielnicą. Niewiele można było dostrzec, ale mógł przysiąc, że zobaczył jedno lub dwa łapska tytanów i zaklął. Sam nie wierzył w to, że obrona Trostu może się powieść. To już nie była obrona ziem, tylko obrona ludności. Niech się ewakuują, psiamać, bo nie ma jak zablokować bramę i wszyscy, którzy zostaną, zginą. Może i Arvid zginie. Ale nie teraz i nie tu. Na pewno nie zginie nie robiąc nic, żeby wygrać. Kochał się lenić, spać i pić, ale kiedy dopadał go gniew i cała burza emocji, która skłoniła go do zostania żołnierzem, był w stanie zrobić wszystko.

***(Lieve)***


- Przeżyje?

Lieve odwróciła się w stronę sanitariuszki, która zadała jej to pytanie. Potem przeniosła spojrzenie na małą dziewczynkę, najprawdopodobniej córkę kobiety, którą chwilę temu odratowały. Mała była cała zapłakana i brudna. Nie mówiła nic, po prostu ściskała w ręku zabawkę i patrzyła na nie z przerażeniem. Lieve widząc ból dziecka, zamknęła oczy.

- Musi – szepnęła, przykrywając ranną własnym płaszczem. – Zostań z nią tu.

Lieve wstała i dosiadła Zemsty, swojej czarnej klaczy. Miała ona dość nieprzyjemne imię, ale tak naprawdę dostała je kiedy była jeszcze malutkim konikiem. Tylko dlatego, że zdawała się za wszystko mścić, a raczej stajenny miał takie urojenia. Zwierzęta w znakomitej większości nie posiadały natrętnego nawyku chowania urazy tak jak ludzie, dlatego dziewczyna tak bardzo je kochała. I nie czuła się dobrze z myślą, że nieustannie giną one w sprawach ludzi.

Biegała razem z innymi sanitariuszami po Troście z eskortą kilkunastu żołnierzy, nie czując się przy tym ani trochę bezpiecznie. Rozumiała oczywiście, że jak wybuchnie chaos, od razu szyk zostanie rozbity, a potem wszystkimi kierować będzie tylko i wyłącznie panika. W dupie będą mieli i Lieve, i Elodie, w dupie będą mieli inne białogłowy ratujące życie mieszkańcom i ich umierającym towarzyszym. Tak też oczywiście się stało, a sanitariuszka nie miała do nikogo pretensji. Starała się nie poddać wszechogarniającemu strachowi, kiedy powoli zaczynała sobie zdawać sobie sprawę z tego, że jest całkowicie sama. Nikt jej nie obroni. Nie chciała zamienić się w jedną ze swoich wystraszonych towarzyszek i uciec razem z tłumem jako jeden szary pionek w całej bezkształtnej masie spanikowanych mieszkańców Trostu. Z chłodnym profesjonalizmem dalej wykonywała swoją robotę, starając się nie popaść w paranoję. Za nią pobiegła Elodie, chociaż trzęsła się cała i co chwila powtarzała, że muszą stąd uciekać.

- Uspokój się – powtarzała jej ciągle Lieve, nie przestając zszywać poranionego żołnierza, który, dosłownie mówiąc, spadł im z nieba. – Nie wprowadzaj nerwowego nastroju. – Czuła jak ręce nie przestają jej drżeć i zaklęła brzydko, aż Elodie się wzdrygnęła. – Braciszek mnie nauczył – mruknęła ponuro na widok miny koleżanki.

Wtedy zamrugała i zdała sobie sprawę z przykrego faktu, że widzi wszystko w znajomej, prószącej na czerwono i czarno ramce. Ale cudownie. Wspaniale wręcz. Migrena nadchodzi, a ona jest na polu walki i w dodatku ma aurę, co już teraz skutkuje nadwrażliwością na światło i dźwięki. O ograniczonym polu widzenia przez jakieś najbliższe pół godziny nie wspominając. W jej przypadku migrena wróżyła coś znacznie gorszego. Wizje, utratę przytomności, wieszcze sny albo inne dziwne rzeczy.

Spojrzała na Elodie, chcąc ją ostrzec, ale widząc minę dziewczyny, zrezygnowała. Wsunęła jej tylko w ręce igłę z nicią, kazała dokończyć robotę i nie zadawać pytań. Sama wygrzebała ze swojej apteczki jakieś prochy przeciwbólowe i zawahała się. Nie wolno jej teraz marnować lekarstw. Atak migreny nadszedłby nawet jakby łyknęła naraz całą garść, ale jednocześnie tliła się w niej naiwna nadzieja, że może pomóc. Chociaż troszeczkę. Zachciało jej się beczeć, ale schowała prochy z powrotem do apteczki i wstała, rozglądając się niemrawo.

- Skończyłam – oznajmiła Elodie. Lieve nawet na nią nie spojrzała. Usłyszała jedynie jak dziewczyna zwraca się do pobliskiego żołnierza, prosząc, by został z rannym.

- Hej, Elodie – odezwała się słabym głosem, musząc w końcu przyznać się do swojej nie najlepszej kondycji. – Zaraz będę mieć migrenę i ledwo co widzę.

Sanitariuszka przestraszyła się nie na żarty.

- Wzięłaś jakieś lekarstwa?

- Po cholerę? – odpowiedziała pytaniem na pytanie, nie starając się wcale ukryć frustracji. Potrzebowała ciszy i spokoju, a nie idiotycznych sugestii. Tytanów dookoła też nie potrzebowała, tak nawiasem mówiąc.

Spojrzała na swoją dłoń, przyciemnioną, zupełnie jakby miała na nosie przeciwsłoneczne okulary. A dookoła wciąż migocząca nieprzyjemnie ramka.

Elodie popatrzyła na nią z wielkim współczuciem i jednocześnie strachem. Lieve dobrze ją rozumiała, bo jej koleżanka nie miała na tyle woli walki i odwagi, żeby samej pokierować leczeniem rannych. Mimo to dziewczyna zajęła się teraz zamartwianiem i użalaniem nad sobą samą, a miała ku temu dobry powód. Od dziecka cierpiała na migreny i świetnie zdawała sobie sprawę z tego, że to nie jest zwykły ból głowy. Jeśli ktoś twierdził inaczej, znaczy, że nigdy migreny nie doświadczył.

- Co robimy? – zapytała Elodie załamującym się głosem, a Lieve poczuła gwałtowną ochotę, żeby ją walnąć. To ona z nich dwóch bardziej potrzebowała pomocy, ale oczywiście ciężar podejmowania decyzji spadł na nią.

Zmęczona dotknęła swojego chłodnego czoła i wzięła głęboki oddech.

- A jak myślisz? Co możemy zrobić? Leczymy dalej. – Ruszyła przed siebie wolnym krokiem, patrząc pod nogi. Modliła się, żeby po drodze nie natrafiły na żadnego tytana, bo jeszcze odrobina stresu, a odpłynie.

- Ale przecież…

- Co? – warknęła Lieve, nie kryjąc złości. – Mam przyćmiony wzrok, a zaraz będę zwijać się z bólu? Doprawdy super, Elodie. Pogratulować spostrzegawczości i tak dalej, ale co twoim zdaniem powinnam zrobić? Ty będziesz leczyć tych wszystkich ludzi, których spotkamy, skoro ja nie jestem w stanie wszystkiego teraz dostrzec. To jasne. Owszem, powinnam teraz iść i odpocząć, ale nie mogę pozwolić, żebyś ty zwiała w panice, a potem narobiła mi siary. Tak więc bądź grzeczna i rób co do ciebie należy, a ja już cię przypilnuję.

Elodie miała minę, jakby ją spoliczkowano. I słusznie, pomyślała z całą swoją złośliwością Lieve. Należało jej się. Dosiadła Zemsty, a Elodie jakiejś brązowej klaczy, którą przyprowadził jej żołnierz. Sanitariuszki pomknęły dalej, zatrzymując się co chwila i pomagając to jednym, to drugim.

Po półgodzinie aura zniknęła i wtedy dopiero się zaczęło. Lieve zmierzyła sobie temperaturę, czując jak w skroniach i czole zaczyna pojawiać się pulsujący ból. Trzydzieści pięć i pięć. Słabo. Spojrzała na Elodie i po jej minie wywnioskowała, że nie warto koleżanki jeszcze dodatkowo niepokoić. I tak niczego by to nie zmieniło, tylko wprowadziło bezsensowne napięcie.

Spotkały po drodze jeszcze czterech rannych, a potem migrena stała się nie do wytrzymania. Lieve miała trudności z utrzymaniem się w siodle, cały świat teraz dla odmiany zdawał się zbyt jasny i głośny. Stanęła obok pierwszego lepszego domu i zsunęła z końskiego grzbietu, żeby przysiąść na schodkach i chociaż trochę odzyskać energię. A wiedziała, że to dopiero początek. Elodie nie mogła sama nic zrobić. Lieve nie miała siły. Muszą się jak najszybciej wydostać i schronić za murem Rose, inaczej po nich. Trzeba jednak tam dojechać… a z orientacją przestrzenną było u niej zawsze kiepsko, dodatkowo w tym stanie mogła co najwyżej liczyć na wystraszoną koleżankę. Zebrało jej się na wymioty, trochę ze strachu, trochę z bezsilności, a trochę z samej migreny. Dotknęła swojego lodowatego czoła i doszła do wniosku, że jeśli przeżyje, to tylko cudem.

DUM.

DUM.

DUM.

Każde „dum” rozbrzmiewało w głowie Lieve niczym uderzenie kościelnego dzwonu z taką mocą, jakby stała tuż pod nim. Pojedynczy krok tytana pulsował w jej skroniach niewyobrażalnym, okrutnym bólem. Tętnił i zniewalał. Sanitariuszka chciała otworzyć oczy, wdrapać się jakoś na Zemstę i uciec, ale nie mogła się ruszyć. Pragnęła tylko zwinąć się w kłębek w jakimś ciemnym miejscu i przeczekać wszystko. Migrenę, atak tytanów, zmęczenie i strach. Łzy popłynęły jej po policzkach, chociaż trzymała oczy mocno zamknięte. Usłyszała krzyk Elodie i złapała się za głowę, bo to wszystko było zbyt głośne, zbyt bolesne, zbyt przerażające.

Głośne? To bicie jej serca wydawało się w tamtym momencie najgłośniejszym dźwiękiem ze wszystkich. Przypominało uderzanie młotem o stare płótno, a rozbrzmiewało w jej głowie mieszając się z krokami tytana. Zdała sobie sprawę, że nie jest w stanie tych dźwięków odróżnić. Do tego szum krwi w skroniach, krzyk Elodie, znajomy świst… nawet łzy zdawały się płynąć stanowczo za głośno.

Wszystkie dźwięki umilkły dosłownie w tym samym momencie.

Lieve otworzyła oczy, ale widziała przed sobą tylko ciemność. Poczuła, jak przechodzą jej ciarki. Wiedziała, że żyje, bo nie pierwszy raz przechodziła przez coś takiego. Była przytomna? Zapewne. No i nadal czuła pieprzony ból głowy, więc wszystko musiało być na swoim miejscu.

Wszystko z wyjątkiem jej myśli. Spróbowała dotknąć swojego policzka i zrozumiała, że nie jest to możliwe. Chciała się skupić i po prostu pozwolić wizji na pokazanie się tuż przed jej oczami, ale nie umiała tego opanować przez migrenę i ogólne osłabienie. Wtedy usłyszała głosy. „Shana – powiedział ktoś – uważaj na prawą stronę”.

Arvid? Tak, to z pewnością był głos Arvida. Gdzie teraz byli? Lieve starała się ze wszystkich sił, żeby pochwycić chociaż jedną informację, która potwierdziłaby, że jej brat i jego towarzysze są bezpieczni. Ton głosu porucznika na to jednak nie wskazywał. Wciąż znajdowali się w Troście, nie na murze. Dlaczego zostali?

„Gaz mi się skończył” – dodał ktoś męskim głosem, a jakiś inny, kobiecy, odpowiedział mu kilkoma przekleństwami. Potem odezwała się Shana, przywołując ich do porządku. Arvid milczał. Mówże coś, poprosiła w myślach Lieve. Mów cały czas. Chcę wiedzieć, że nic ci nie jest.

Wtedy w jej głowie znowu rozległy się znajome kroki, ktoś krzyknął. Po chwili usłyszała świst linek, szczęk metalu, odgłos rozdzierającego się materiału. Ból ją zamroczył. Nie, to nie był ból migreny. Ten odczuła w biodrze, żebrach i lewym przedramieniu. Tak jakby je ktoś miażdżył. Krzyknęła głośno, ale nie mógł jej przecież nikt usłyszeć. Ktoś, kogo faktycznie zranił tytan, nie krzyczał. I to wystarczyło Lieve, by zdać sobie sprawę, że ranny został Arvid.

Potem ból zelżał. Odczekała chwilę z sercem na ramieniu. „Możesz wstać, poruczniku?” – to był głos Shany. Bez wątpienia. „Mogę, ale to wszystko, co jestem w stanie zrobić” – odpowiedział z cichym jękiem, a Lieve gdyby mogła, popłakałaby się ze szczęścia. Żyje. Miała tylko nadzieję, że szybko znajdą jakiegoś sanitariusza, bo już na odległość mogła stwierdzić dwa złamane żebra i uszkodzenie mięśni. O konieczności zszycia skóry nie wspominając.

Poczuła jak ból migreny znowu uderza w jej umysł gwałtowną falą, po czym jej powieki dziwnie opadają, zasłaniając tę ciemność i tworząc nową, jaśniejszą. Może dlatego, że przez tę ciemność przebijało się światło dnia, który trwał. Lieve otworzyła oczy i zobaczyła przed sobą twarz Elodie oraz jakiegoś żołnierza. Obok leżało cielsko tytana. Dziewczyna poderwała się i zwymiotowała, krzywiąc się na myśl o własnej bezsilności.

- Lieve? Jak się czujesz?

Lieve odpowiedziała tak morderczym spojrzeniem, że chyba tylko tytan pozostałby niewzruszony i to tylko z powodu bezmyślności typowej dla ich rasy.

- Porucznik Arvid jest ranny – powiedziała, a Elodie zamrugała niemrawo.

- Skąd to wiesz?

- To mój brat, jasne? Wyczuwam takie rzeczy. Insynkt, czy coś w tym stylu. Pomóż mi wstać – zwróciła się do żołnierza z Oddziału Stacjonarnego. Nie zamierzał odmawiać. – Uratowałeś nas, prawda? Dziękuję.

- Powinnyście się stąd wynosić. Obie, natychmiast. Zarządzono odwrót. Nic nie możemy już teraz zrobić oprócz ucieczki za mur Rose.

- Arvid jest ranny – powtórzyła twardo Lieve.

- Tak, więc zapewne natychmiast zostanie zabrany za mur Rose – podjął cierpliwie żołnierz, nie robiąc sobie kompletnie nic z frustracji dziewczyny. – Poza tym nie sądzę, żeby twój brat zamierzał się tak łatwo poddać. To u was chyba rodzinne. Arvid potrafi dokopać tytanowi, nawet kiedy jest ranny, więc przestań się martwić i pozwól mu na bycie silnym. To sobą powinnaś się teraz zająć. Bez urazy, ale wyglądasz koszmarnie.

Lieve przewróciła oczami. Koszmarnie to ja się czuję, pomyślała cierpko, ale nie powiedziała nic. Może i to co powiedział żołnierz było prawdą, ale co z tego. Bała się o brata.

- Odprowadzę was do bramy.

- Lieve… - zagadnęła nieśmiało Elodie. Chyba bała się sugerować cokolwiek po tym, jak sanitariuszka tego dnia się na nią wydzierała. Lieve odczuła delikatne wyrzuty sumienia i wstyd. Nie powinna się tak unosić bez względu na samopoczucie i sprawy osobiste. Ale to Arvid zawsze potrafił być profesjonalny. Ona nie. Cholerna wrażliwość.

- O co chodzi?

- Idźmy z nim… dobra? Tutaj i tak nie pomożemy nikomu… zwłaszcza ty w takim stanie.

Lieve musiała się z nią zgodzić. Raczej nie miała innego wyboru, bo żołnierz nie wyglądał na takiego, który przyjąłby jej odmowę z potulnym uśmiechem. To typ przywódcy, który umie odpowiednio ocenić stan swoich ludzi oraz zaopatrzenia, a także potrafi wyegzekwować posłuszeństwo w każdej sytuacji.

- Proszę – Elodie przyprowadziła jej pod nos Zemstę.

Żołnierz chyba chciał jej pomóc, ale Lieve dała radę wsiąść sama. Wzięła do rąk wodze i zmrużyła oczy. Ból głowy nie ustąpił ani trochę. Powiedziałaby wręcz, że się nasilił. Ruszyła wolno przed siebie, starając się zignorować to okropne pulsowanie w skroniach i za oczami, a także zbyt głośny odgłos kopyt. Koń zarżał, jakby wyczuł, że dziewczyna nie prowadzi go tak spokojnie jak zwykle.

Zemsta poderwała łeb, ktoś krzyknął, dotknął jej, ale to już nie było ważne. Ból migreny został przygaszony przez wszystkie kłębuszki myśli, jakie pojawiły się w jej głowie. Pływały przed jej oczami, zwiewnie i delikatnie, gotowe do tego, by je pochwycić.

Lieve znowu odpłynęła.

***(Arvid)***


Pozwolił, żeby do bramy dowieziono go konno. Razem z nim pojechali towarzysze, dziwnie milczący i spokojni. To, że Shana nie mówiła nic, nie było jeszcze takie niezwykłe, ale że Griet nie kłóciła się z Ryker’em… Arvid był na siebie wściekły. To przecież jasne, że siedzą cicho, bo nie chcą go drażnić z powodu ran. Nie chcę, żebyście mi współczuli, chciał wykrzyczeć. Przestańcie się nade mną użalać, bo wam przywalę. Takie rzeczy się zdarzają, do cholery!

Chciał i mógł im to wykrzyczeć, ale… ale to nie byłoby w jego stylu. Takie słowa i gniew stanowiłyby jedynie tylko przykrywkę tego, co naprawdę czuł Arvid i nie wątpił, że wszyscy o tym wiedzieli. Bo też byli ludźmi. Większość z nich używa agresji do tego, by zamaskować bezsilność i gorycz. A to właśnie zaprzątało w tamtym momencie serce i umysł porucznika. Głupie poczucie winy, nie do końca uzasadnione, bo przecież nie zrobił nic złego. Uratował kadeta przed tytanem, przy czym sam został ranny. To godne pochwały zachowanie. Więc dlaczego…

Dlatego, że straciliście Trost, przypomniał mu głosik w jego głowie. No tak. Starali się, a mimo to wszyscy zawiedli. Arvid też. Zerknął w bok na jak zawsze spokojną i opanowaną Shanę. To ona uratowała go wtedy przed pożarciem. Jak zawsze pojawiła się we właściwym momencie, przychodząc z pomocą i dając dowód najwyższej lojalności. Gdyby nie Shana, zginąłby. Doszedł do wniosku, że obowiązki obowiązkami, stopnie stopniami oraz tytuły tytułami, ale kwiaty powinien jej kupić. Nie był aż tak dobrym dowódcą, żeby zasługiwać na aż tak dobrych żołnierzy.

- Rany dokuczają ci, poruczniku? – zapytała Shana, kiedy pochwyciła jego wzrok.

Arvid rzucił przelotne spojrzenie na wszystkie swoje bandaże. Skrzywił się. Bolało go wszystko jak cholera i nie wątpił, że szybko się to nie skończy.

-Trochę – bąknął. – Napiłbym się.

- W to nie wątpię – stwierdziła chłodno – ale na czas zdrowienia schowam panu wszystkie butelki, poruczniku. Nie będzie pan tego robił.

- Spokojnie. Nie jestem przecież alkoholikiem.

- Jeszcze nie. Powinien pan na to uważać. To cienka granica, którą niezwykle łatwo jest przekroczyć.

- Mam to na uwadze, szeregowa – powiedział Arvid i ziewnął. Miał wielką ochotę się przeciągnąć, ale z pewnością przyniosłoby to w skutkach kolejną falę bólu. Wolał więc tego nie robić.

Od prawej strony podjechał do niego Ryker, jakiś taki przygaszony i naburmuszony. Griet zajęta była własnymi myślami i nawet tego nie zauważyła. Arvid zmarszczył brwi, nie wiedział bowiem, czego może się spodziewać po takim typie żołnierza. Jednak kiedy tylko zobaczył oczy Ryker’a, wiedział już, że będą to przeprosiny. Szybko odwrócił wzrok.

- Poruczniku – zaczął Ryker szeptem – głupio mi to mówić, zwłaszcza jak ona jedzie z tyłu. Niech jej tego pan porucznik nie mówi, dobra? – Spodziewał się chyba usłyszeć odpowiedź, ale Arvid uporczywie milczał. – Jest mi… głupio, że skończyliśmy, jak skończyliśmy. I wiem… wiem, że nie dałem z siebie wszystkiego. To jak nierozważnie dopuściłem, by skończył mi się gaz. Ja…

- Ryker – przerwał mu porucznik, patrząc na niego. – Wszyscy dzisiaj nadstawiliśmy tytanom dupy. Wszyscy daliście z siebie wszystko. Wygrywaliśmy pojedynki, przegraliśmy bitwę. Świetnie poradziłeś sobie z wieloma tytanami, wyszedłeś z tego bez szwanku. Tak samo Griet, Shana.

- Pan porucznik też…

- Zostałem ranny – przerwał mu Arvid – chroniąc kogoś słabszego. To zawsze jest powód do tego, by być z siebie dumnym. Każdy z nas jest dzisiaj zwycięzcą, ale wszyscy…Jako ludzie, przegraliśmy. Rozumiesz?

Ryker kiwnął głową i odjechał. Shana, która przysłuchiwała się całej wymianie zdań, westchnęła głęboko.

- Niezła przemowa, poruczniku.

- Ja tylko się staram sam nie wpaść w depresję – powiedział, bo jej akurat mógł.

Milczała przez chwilę, po czym jej czekoladowe oczy z powrotem odnalazły jego twarz. Zobaczył w nich swoje odbicie i znowu zrobiło mu się głupio, ponieważ się uśmiechała. To on powinien pocieszać ich wszystkich. Ryker’a mógł, ale Shanę – nie. I sam nie był w stanie do końca stwierdzić dlaczego. Może dlatego, że po prostu miała od niego więcej siły. Nie fizycznej, ale psychicznej. Wspierała go przecież cały czas.

- Poruczniku – odezwała się zmienionym głosem. – Na policzku chyba zostanie panu blizna.

Dotknął szramy i skrzywił się. Pewnie miała rację.

- Ale co tam – dodała – blizny dodają męskości. Nie będzie pan mógł odgonić się od kobiet, poruczniku. Zresztą teraz też przecież tak jest.

- To złośliwość czy komplement?

Znowu się uśmiechnęła.

- Ani to, ani to. Stwierdzenie faktu, poruczniku.

Westchnął i nie odpowiedział na to nic. Uniósł delikatnie kąciki ust w odpowiedzi na jej niecodzienną życzliwość i skupił się na drodze. Przejechali bowiem przez bramę, która od razu za nimi została zamknięta.

Wszystko potem potoczyło się strasznie szybko. Ktoś pomógł mu zsiąść z konia, a chwilę później leżał w śmierdzącym lekami łóżku. Nie czuł się najlepiej. Oczy kleiły mu się w napływie zmęczenia i nie miał siły nawet na to, by rozejrzeć się po pozostałych pryczach w tym samym pomieszczeniu. Zerknął tylko na bok i zobaczył na oko nastoletniego chłopaka całego w gipsie. Skrzywił się.

Przyszła Shana i położyła mu na pobliskim stoliczku bochenek chleba.

- Jeszcze pan nie śpi, poruczniku? – zapytała, a w jej głosie brzmiała nieprzyjemnie podejrzana nuta. Przyglądał jej się przez chwilę badawczo.

- Gdzie Lieve? – i tu ją trafił. Nie umiała zamaskować zniesmaczenia i niechęci do mówienia mu czegokolwiek. Ale jednocześnie zdawała sobie pewnie sprawę, że przed Arvidem niczego nie ukryje. – Jest ranna? – dociekał uparcie.

Shana pokręciła głową.

- Wie pan, panie poruczniku... ranna to ona nie jest.

Wytrzeszczył oczy.

- Nie żyje?! – znowu pokręciła głową.

- Jest w śpiączce – powiedziała wreszcie Shana, patrząc na niego ze współczuciem. Arvid złapał się za głowę i westchnął głęboko, starając uspokoić. – Jest coś, co mogę dla pana zrobić, poruczniku?

Mężczyzna uniósł wzrok pełen rezygnacji.

- No – mruknął. – Przynieś mi coś do picia.

********************
Rozdział 2
********************


Arvid spał długo. Starał się nie śnić o niczym, ale żaden człowiek na świecie nie jest w stanie kontrolować swoich snów. Lieve powiedziałaby, że to wszystko biologia i chemia. Ona zawsze widziała świat przez te dwa pryzmaty, chociaż najmocniej wtedy, kiedy się wściekała. Każde uczucie tłumaczyła sobie setkami reakcji chemicznych zachodzących w ludzkim mózgu i to pomagało jej jakoś zmierzyć się z rzeczywistością. Teraz najpewniej zaczęłaby wykładać bratu istotę snu, fazy REM i tak dalej. Gadkę skończyłaby aż nadto oczywistą puentą, że działanie snów jest podobne do pracy mięśni gładkich – nie zależą od naszej woli. W nosie mają, czy chcesz śnić, czy też nie, o czym i dlaczego.

Myślami to owszem, mógł sobie uciekać. Ale sny to inna bajka. Zawsze uważał zdolności Lieve za coś niezwykłego, fascynującego, wspaniałego. Miał trudności ze zrozumieniem, dlaczego często na nie narzekała i kręciła nosem. Teraz wiedział. To potworne uczucie, kiedy mózg katuje cię obrazami, których wolałbyś nie oglądać. Potworne i okrutne.

Sądził, że lekarze zabrali go na stół operacyjny, ale w rzeczywistości po prostu dokładnie obejrzeli. Ładna pani doktor najdelikatniej jak umiała sprawdziła, czy dwa złamane żebra nie uległy przemieszczeniu. Wszystko było dobrze. Miał mnóstwo siniaków i stłuczeń, które bolały go niemiłosiernie, ale lekarze uśmiechali się miło. Pani doktor dała mu maść przyspieszającą gojenie i powiedziała, że miał dużo szczęścia. Że wszystko będzie dobrze. Żeby się nie martwił. Pielęgniarka, która odwoziła go na wózku do łóżka, powtarzała cały czas to samo. Pytała, czy wszystko było dobrze. Powiedziała, że wszystko będzie dobrze. Nawet jeśli takie nie było.

W sali nie zobaczył Shany. A przecież stała tam, przy tym parapecie, chwilę zanim go stąd zabrano. Teraz ziała pustka, a Arvid czuł, że nic, absolutnie nic nie jest dobrze. Kiedy pielęgniarka pomagała mu położyć się na łóżku, jego wzrok powędrował w stronę chłopaka obok. Tego, który gips i bandaże miał dosłownie wszędzie. Teraz również i na głowie.

- To kadet – szepnęła pielęgniarka, widząc jego spojrzenie. Arvid nawet się do niej nie odwrócił. Patrzył na dzieciaka i nie umiał wydobyć z siebie chociaż jednego dźwięku. – Miał przed chwilą operację czaszki. Strasznie dużo ran… nie wiem, czy on…

Porucznik gwałtownie podciągnął kołdrę pod brodę i odwrócił się w stronę okna. Nie chciał, żeby kończyła. Chciał, żeby po prostu wyszła.

Zasnął.

Kiedy się obudził, zobaczył przed sobą Shanę. Obok na stoliczku stał wazonik, a w nim kilka kwiatów, które najpewniej dla niego przyniosła. Spokój, który czuł poprzednio widząc swoją szeregową, wyparował bezpowrotnie. Teraz Arvid zdawał się nie dostrzegać jej obecności.

Zrobiło mu się trochę lepiej, kiedy zaczęła mówić. Nawet jeśli to była przemowa o sprawach, które w tamtej chwili najmniej go obchodziły.

- Zostałam wezwana do akcji mającej na celu odzyskanie Trostu – powiedziała. – Dlatego wtedy wyszłam tak nagle.

Widząc, że nie reaguje, westchnęła ze współczuciem.

- Jak się pan czuje, poruczniku?

Machnął ręką na znak, że nie chce mu się mówić. Nie ze złośliwości czy kpiny, po prostu opuściła go wszelka siła, jaką w sobie miał. Do jego obowiązków należało wysłuchanie swojej szeregowej. Zwłaszcza, jeśli mówiła o akcji, na której go nie było.

- Wie pan może kim jest Eren Jeager? – spytała, a Arvid pokręcił głową. – Zamienił się w wielkiego tytana, który zażynał wszystkich innych tytanów w swoim pobliżu. Niech się pan tak nie patrzy, to wszystko szczera prawda. Chcieli chłopaka rozstrzelać, ale Dot Pixis łeb miał na karku i dzięki temu ułożono plan odbicia Trostu. Eren miał przenieść głaz i zatkać nim wyrwę w murze.

- Udało się? – spytał porucznik, chociaż od samego początku nie zamierzał się odzywać.

- Owszem, choć chłopak sprawiał pewne problemy. Od razu po przemianie uderzył swoją przyszywaną siostrę, Mikasę Ackerman.

- To nie ta przypadkiem, która miała najlepszy wynik ze wszystkich kadetów?

- Ta sama – potwierdziła Shana. – Po tym incydencie wielu naszych żołnierzy straciło wiarę w powodzenie misji, ale jednak się udało. Z pomocą przyszli zwiadowcy, którzy wcześniej byli na misji poza murami, w tym kapral Levi oraz główny dowódca Erwin.

- Gdzie dzieciak?

- Eren jest obecnie w podziemnej celi strzeżonej przez żandarmerię…

Nie dokończyła, bo drzwi otworzyły się szeroko, uderzając w ścianę z nieprzyjemnym furkotem. Do środka wmaszerował Levi i posłał Shanie porozumiewawcze spojrzenie. Arvid popatrzył na niego tępo. Kapral był chyba jedynym człowiekiem, jakiego porucznik poznał w życiu, który w każdej sytuacji miał taki sam wyraz twarzy. Zawsze ten sam, posępny, gburowaty wyraz. Tylko oczy zdradzały jakiekolwiek emocje, ale ciężko było je odczytać komukolwiek, kto znał tego chłopaka.

Shana wyszła posłusznie. Arvid odprowadził ją spojrzeniem, po czym zerknął na chudzielca w drzwiach.

- Yo.

Levi nie odpowiedział, tylko wszedł głębiej i się rozejrzał. Podchodząc do Arvida, stanął przy łóżku jego sąsiada i zapukał w gips ze swoją standardową miną. Porucznik zaczął się zastanawiać, czy może powinien jakoś zareagować. Z ust rannego wydobył się jęk i coś jakby skowyt. Levi natychmiast stamtąd odszedł.

- Niezbyt rozmowne masz tu towarzystwo, co?

- Nie mniej rozmowne ode mnie – mruknął Arvid, mierząc kaprala ni to przyjacielskim, ni to olewczym spojrzeniem. Nie uśmiechał się.

- Powiedziano mi, że zostałeś ranny. Tak bardzo nie mogłem w to uwierzyć, że aż przyszedłem popatrzeć.

- Ty mały…

- Zdarza się nawet najlepszym – ciągnął Levi – więc przestań się mazać. Zamartwiasz wszystkich dookoła, Ryker’a, Griet, Shanę, Lieve na pewno też.

- Lieve jest w śpiączce – wtrącił Arvid. Sam się zdziwił, jak bardzo spokojny był jego głos. Tak spokojny, że prawie martwy.

- Och. Przepraszam, nie wiedziałem – powiedział kapral jak najbardziej szczerze. Między nimi zaległa nieprzyjemna cisza, przytłaczająca i bardzo niezręczna. – Szkoda jej – dodał cicho Levi, a Arvid westchnął i poległ z pozycji siedzącej prosto na poduszki.

- Ona z tego wyjdzie – powiedział z całym przekonaniem porucznik. – Ona nie jest z tych, którzy się poddają.

- Jakby to miało pomóc.

Arvid popatrzył ze złością na Levi’ego, chcąc się odszczekać, ale nie potrafił. Oczy kaprala, jedyna żywa część jego twarzy, nie zdradzały bowiem kpiny ani cynizmu. Bardziej rezygnację. Porucznikowi zrobiło się przykro. Wiedział, że Lieve często pomagała zwiadowcom, jeszcze zanim on do nich dołączył. Oprócz ratowania rannych, wprowadzała do nich całe mnóstwo światła. Kiedyś na przykład dała kapralowi na urodziny czarnego kociaka. Ich matka zawsze powtarzała, że najbardziej zamknięci w sobie ludzie i tacy, którzy twierdzą, że nie zasługują na miłość, potrzebują jej najbardziej. Córka przejęła ideologię matki i tak wpadła na pomysł specyficznego prezentu.

Porucznik bardzo dobrze pamiętał to wydarzenie i zanosił się śmiechem za każdym razem, kiedy sobie o nim przypomniał. Lieve zaprosiła go wtedy na przyjęcie urodzinowe, które zorganizowała Hanji Zoe. Nigdy w życiu nie zapomni tej beznamiętnej miny Levi’ego, kiedy wszedł do swojego pokoju i zobaczył kota siedzącego na jego łóżku.

- Co to? – zapytał wtedy głucho, odwracając się w kierunku Lieve. Jego twarz… bezcenne.

- Nie widzisz? – zaperzyła się dziewczyna, podnosząc kruszynę i przytulając ją z pełnym uniesienia uśmiechem. – To kotek.

- To zwierzę. Ono brudzi.

- Jakie „brudzi”? – wkurzyła się Lieve. – Kotki nie brudzą! Kotki załatwiają swoje potrzeby do kuwety, którą postawiłam na korytarzu. Sprząta się kuwetę i jest super czysto, tak jak lubisz.

- Nie chcę. Weź go sobie. Z tobą będzie szczęśliwszy.

- Przestań się już dąsać, tylko weź go i wymyśl mu imię – wcisnęła mu do rąk kuleczkę będącą kotem i uśmiechnęła się szeroko.

- Kocmołuch – odpowiedział bez wahania, a Lieve pogroziła mu pięścią. – Idealne dla takiego brudasa. No co chcesz? – dodał, patrząc na Lieve. - Jest cały czarny, nie?

- Ale tak jest brzydko! Brzmi, jakbyś go nie kochał.

- Bo nie kocham. Mówiłem, że z tobą będzie szczęśliwszy.

W końcu jednak kotek został u Levi’ego, który stopniowo przyzwyczaił się do obecności zwierzęcia w swoim życiu. Dość często odwiedzała go Lieve, a Kocmołuch okazał się być nienaturalnie towarzyskim kotem. Owszem, nie słuchał niczego, co się do niego mówiło, ale przychodził na zawołanie i wolał być z ludźmi niż sam. Nadzwyczaj żywy i energiczny, potrafił wejść w dosłownie każdy zakamarek, co kapral uważał za uciążliwe, a wszyscy inni za urocze. Kocyk, bo tak zdrobniale wołali na niego wszyscy oprócz właściciela, miał niebieskie oczy jak Lieve. Rósł bardzo szybko.

Arvid wiedział, że wszyscy kochają Lieve, bo jej się nie da nie kochać. Nawet Levi, który w życiu by się do tego nie przyznał. Ale jej wcale nie przeszkadzał udawany lub nie udawany chłód kaprala, bo w zamian za swoją dobroduszność nie chciała nagrody i nie oczekiwała wdzięczności. Po prostu lubiła, kiedy ludzie wokół niej się uśmiechali. Była niesamowita.

- Ona się obudzi – powtórzył Arvid. – Mogłaby się obudzić nawet teraz, ale… najwyraźniej coś ją zatrzymuje. Coś bardzo ważnego – na te słowa Levi obdarzył porucznika badawczym spojrzeniem. Przez chwilę trwała cisza.

- Gdyby powiedział to ktoś inny, uznałbym, że trzeba go zabrać do wariatkowa – zaczął kapral przymulonym tonem. – Ale dziwi mnie, że słyszę coś takiego od ciebie. Co to za nowa idea despotycznej władzy snów, które zatrzymują śpiącego? Filozofem jesteś?

Porucznik nie czuł się zobligowany do tego, by odpowiedzieć na tę prowokację. Zresztą nie umiałby przecież wyjaśnić tego Levi’emu w żaden racjonalny sposób. Wieszcz? Medium? Ciężko powiedzieć, co w danej chwili działo się właśnie w głowie Lieve. Tego, co widziała, nie mógł zobaczyć nikt inny. I nikt też nie mógł się o tym dowiedzieć, bo gdyby do tego doszło, to… To dupa. Setki razy widział kapłanów, palących „heretyków” na stosach. Wystarczało, że tylko jemu mówiła. Całkowicie podzielał jej strach i bierność w tym właśnie temacie.

- Od Shany? – zapytał Levi, patrząc na kwiatki. Ranny kiwnął głową. Gość nie powiedział nic.

- Odwiedź ją, dobra? – poprosił Arvid cicho. – Ponoć ludzie w śpiączce słyszą wszystko, co się do nich mówi. Powiedz jej coś miłego, okej? Nie pozwalają mi się stąd ruszać…

- Dobra – powiedział natychmiast Levi. – Zrobię to.

- Tak po prostu?

Kapral pozostał niewzruszony.

- To tylko przysługa wobec rannego przyjaciela z pola walki. Poza tym Lieve też jest moją przyjaciółką, więc poszedłbym do niej niezależnie od twojej prośby. Jestem jej winien te odwiedziny. Ty zrób co do ciebie należy i zdrowiej – dodał – poza tym nie podoba mi się twój wyraz twarzy. Weź się w garść. Wcale nie przyszedłem tu po to, żeby się z ciebie nabijać, tak jak powiedziałem na początku. Chcieliśmy, żebyś razem z nami poszedł do tego dzieciaka, Erena. Potem okazało się, że jesteś ranny. Erwin kazał do ciebie wpaść.

- Rany. To chyba najdłuższa wypowiedź, jaką od ciebie usłyszałem.

- Zamknij się.

- Dzięki za przyjście, Levi.

- W porządku – powiedział kapral. – Wszystko co trzeba powiedziała ci już oczywiście Shana, czyż nie?

- Dzieciak zamieniający się w tytana. Podczas misji odzyskania Trostu kilka razy zaatakował Mikasę Ackerman, ale poza tym przeniósł głaz i dzięki niemu odzyskaliśmy ziemie – streścił wypowiedź Shany, patrząc na Levi’ego wyczekująco. – Co teraz z nim będzie? Chyba wezmą go na spytki, co nie?

- Tak. Ale już ustaliliśmy, że dołączy do Zwiadowców. Sam chciał, do tego miał ten błysk w oczach… - dodał Levi na widok miny Arvida. – Trzeba tylko odegrać pewne przedstawienie i ląduje u nas. I to też jest powodem, dla którego sam chciałem się z tobą zobaczyć, Arvid. Nie widziałeś tego dzieciaka, ale powiedz… co ty byś zrobił?

Porucznik przez chwilę siedział zamyślony, nie wiedząc, co powinien odpowiedzieć. Nie poznał tego całego Erena, ale skoro taki zdziwaczały gbur jak Levi stanął po jego stronie, musiało w nim coś być. Bez względu na to, czy zaatakował koleżankę, czy też nie, bardzo im pomógł. Bez niego nie mieliby żadnych szans na odzyskanie Trostu. Chłopak przywrócił wszystkim nadzieję. Szczytem skurwysyństwa byłoby teraz przeprowadzanie na nim sekcji albo zabicie.

- To samo co ty.

- Tak myślałem. Zdrowiej, Arvid.

- Do zobaczenia, Levi.

Kapral wyszedł, ale Shana nie pozwoliła swojemu porucznikowi na samotność. Od razu wsunęła się do środka z niewielkim koszykiem owoców. Usiadła sobie tuż obok niego bez słowa, po czym zajęła się obieraniem jabłek. Arvid przyglądał się ruchom jej zręcznych palców, przyglądał się oczom, które wcale nie były skupione na owocach. O rany. Miał rację, ten skarlały skurczybyk. Arvid zamartwiał wszystkich naokoło, a i tak najbardziej użalał się nad samym sobą. Pożałowania godne, poruczniku.

Podziękował Shanie za owoce, a potem ją odesłał i zabronił przychodzić następnego dnia. Powiedział, żeby odpoczęła, żeby olała wszystkie obowiązki chociaż ten jeden raz. Podczas gdy Arvid leżał w szpitalu, całą robotę musiała odwalać za niego. Głupie poczucie winy nie chciało go opuścić. Nienawidził takiej bezczynności z powodu ran, leżenia bez sensu w przepoconej pościeli.

Odwiedził go potem ten pijaczyna, ten śmieszny kutas, który miał czelność przysłać mu wcześniej wódkę. Dot Pixis powitał go tak szerokim uśmiechem, że porucznik z miejsca poczuł gwałtowną ochotę, żeby mu zdrowo przywalić. Nie miał na to siły, dlatego cierpliwie słuchał wszystkiego, co mężczyzna miał mu do powiedzenia. W sumie ta rozmowa nawet mu pomogła. Przynajmniej trochę. Nie czuł się już tak beznadziejnie jak kilka chwil wcześniej. Pixis mimo swojej beztroski i godnych potępienia nawyków alkoholowych, miał w gruncie rzeczy żołnierskie serce. Umiał podnieść na duchu swojego niedawnego towarzysza broni, obudzić w nim wolę walki.

- Wybacz, że ci nic nie przyniosłem – powiedział już pod koniec swojej wizyty, zamierzając odejść. – Ale chyba by mnie wywalili za przyniesienie alkoholu do szpitala.

Arvid pokręcił głową.

- I tak nie mam za bardzo ochoty na chlanie. Jedyne czego teraz pragnę, to dobrze się wyspać. Czasu mam dostatek, ale…

- Prawdziwie wyspać można się tylko śniąc bez snów, czyż nie?

- Dokładnie tak – burknął Arvid. – Po obudzeniu czuję się dziesięć razy bardziej zmęczony niż przed tym, jak zasnąłem. Ale to minie. Zawsze mija.

- Mija po dobrym trunku – Pixis przygładził wąsa. – Jak stąd wyjdziesz, Arvid, to obiecuję ci jedno. Urżniemy się razem do nieprzytomności chociaż ten jeden raz. W nocy oczywiście, bo za dnia zawsze jest ryzyko, że zostaniemy zaatakowani – dodał po chwili namysłu – to by było nieodpowiedzialne.

Porucznik parsknął.

- Racja. Niech tak będzie. Ale zamierzam zachować abstynencję do czasu, aż Lieve się obudzi. Jeśli zrobi to długo po moim wyjściu ze szpitala, będziemy musieli nasze picie przełożyć.

Dot Pixis się zamyślił.

- Hmm – mruknął. – Wstrzemięźliwość zwiększa przyjemność. Może ja też powinienem na trochę odstawić?

Arvid nie wytrzymał i wybuchnął gwałtownym śmiechem, aż zabolały go żebra. Przestał natychmiast i popatrzył na swojego gościa niemal z czułością. Gadki Pixisa potrafiły być rozbrajające, tak jak w tym przypadku. Jak tu go nie lubić?

- Ciężko mi sobie wyobrazić, żeby pan odstawił – wyznał Arvid, starając się zachować poważny wyraz twarzy. – Ale taki odwyk nigdy nie zaszkodzi.

Pixis wyszedł, zostawiając porucznika w towarzystwie jednej z pielęgniarek. Zmieniła mu bandaże i przyniosła kolację. Po posiłku chwilę poczytał książkę, którą dostał od Shany. Historyczne nudy, ale dawało radę znieść. Potem zasnął i po raz pierwszy od dłuższego czasu był to sen bez snów. Czuł się dzięki temu wypoczęty. Humor też mu się poprawił, ale nie do końca.

Zabandażowany chłopak w gipsie cały czas jęczał i kwilił. Zdaje się, że próbował coś powiedzieć, ale nikt nie umiał go zrozumieć. Arvid wychwycił tylko jedno słowo, które we wszystkich możliwych językach, gwarach i dialektach świata brzmiało podobnie i oznaczało to samo. Mama. Udawał, że nie usłyszał. Potem tylko zapytał pielęgniarkę o tożsamość kadeta. Dzieciak stracił w Shinganshinie i matkę, i ojca. Siostra zginęła podczas obrony Trostu.

Chłopak zmarł następnego dnia rano. Potem już nikt nigdy o niego nie pytał.



***(Lieve)***


W jej twarz niczym obłok pary buchnął zimny wiatr, niosąc za sobą wyraźny i gryzący zapach soli. Otworzyła oczy i zamarła. Miała przed sobą fizyczny odpowiednik obrazków z książek, które kiedyś czytała. Mewy. Tak, te ptaki nad jej głową, to z pewnością były mewy. Pod stopami… Uniosła nogę i poczuła, jak piasek delikatnie przesypuje jej się przez palce. Był chłodny. Zmieszał się z kawałkami drewna i maleńkimi kształtami. Jedne z nich były twarde jak skała, inne kruche jak najlepsza porcelana. To muszelki, prawda?

Spojrzała na ogrom wody przed swoimi oczami. Tak więc w ten sposób wygląda ocean, co? Gigantyczne jezioro, nad którym latają mewy i unosi się zapach soli.

Woda pieniła się i unosiła, opadała, przemieszczała. Fale. To są fale. Lieve nigdy wcześniej nie widziała fal, nawet na obrazkach z książek. Podeszła bliżej i nieśmiało pozwoliła, żeby woda obmyła jej nagie stopy. Zadrżała. Poczuła zimno, ale również zadowolenie i podekscytowanie. Przed sobą miała tylko i wyłącznie wodę. Gdzieś tam, na horyzoncie, stykała się ona z szarym i zachmurzonym niebem. Zmarszczki na tafli wyglądały niesamowicie. Drgały, rozmywały się. Żadna z nich nie wyglądała tak samo.

Wszystko fajnie, ale co ona tu robi? Czemu to widzi? Rozejrzała się dookoła, szukając odpowiedzi. Obok zamajaczyły surowe sylwetki wystrzelonych pod niebo skał. Wszystkie pionowe, zakończone ostro niczym igły, czarne jak skrzydła wrony. Lieve z szybko bijącym sercem podeszła bliżej, bo instynkt podpowiadał jej, czego powinna szukać. Jaskini. Gdzieś tutaj powinna być, dziewczyna o tym wiedziała. Wszystko to przecież działo się w jej głowie… a przynajmniej wolała tak wierzyć.

Zobaczyła przed sobą schody, a raczej coś, co kiedyś schodami było. Jakieś kształty przypominające stopnie, wyrzeźbione dawno temu przez szalonego artystę. Tak oceniła je Lieve. Schody okazały się bardzo strome i trudne do pokonania, dlatego dziewczyna podpierała się z prawej strony o wystające skały. Okazało się to kiepskim pomysłem. Skały wyglądały na ostre jak brzytwa i takie też były w rzeczywistości. Mimo to perspektywa zadrapań i kilku rozcięć brzmiała znacznie bardziej kusząco od spadku po równie mało mięciutkich stopniach. Poraniła sobie dłonie, ale przynajmniej dotarła na górę w jednym kawałku.

- No i znalazłam – mruknęła pod nosem sama do siebie.

Wejście do jaskini było bardzo małe, ale na szczęście Lieve nigdy nie uchodziła za wysoką modelkę. Wsunęła się do środka ostrożnie. Nie miała zaufania ani do swoich wizji, ani do nowych warunków, w jakich ją te wizje stawiały. Jej obawy okazały się słuszne, gdyż od razu trafiła na trzy stopnie w dół, po których zwinnie zeszła. W pomieszczeniu, w którym się znalazła, było całkiem jasno. Dookoła okrągłej jaskini płonęły pochodnie. Wszystkie płomieniem białym jak prześcieradło.

Na środku stały ustawione w okrąg zwierciadła. Lieve już wiedziała, co się dzieje. Stanęła na środku i spojrzała w pierwsze z nich.

Tytan. Paskudny jak każdy inny. Zwiadowcy… szybko zdała sobie sprawę, że widzi zwiadowców za murami. Zauważyła roześmianą Hanji, a potem poważnego Levi’ego. Kilku jego towarzyszy, z którymi rozmawiała może raz albo wcale. To się dzieje teraz, czy już się wydarzyło? A może się wydarzy? Nie umiała ocenić. To właśnie było wadą niektórych jej wizji.

Pora na zwierciadło numer dwa. Chłopak. Turkusowe oczy, czarne włosy, wyższy od niej, niższy od Arvida. Na oko w tym samym wieku, co Lieve. Pływał w czymś, co przypominało… o fuj! Zrobiło jej się niedobrze. Chłopak najwyraźniej został pożarty i właśnie pływał wśród rozczłonkowanych żołnierzy wewnątrz tytana. Zbyt makabryczne, żeby mogła uwierzyć własnym oczom. A jednak to właśnie zobaczyła. Wyciągnął rękę i zaczął krzyczeć.

A potem stało się coś dziwnego i wizja rozmyła się. Teraz przed oczami Lieve stanął tytan, ale różnił się od swoich pobratymców. Zacznijmy od tego, że nie był aż tak paskudny. Łatwo dawało się ocenić, że jest nieźle umięśniony, a poza tym ma szpiczasto zakończone uszy. No i oczy. Turkusowe… chwila, moment. Jakie oczy miał chłopak, którego przed chwilą widziała? Turkusowe, czyż nie? To przecież niemożliwe…

Pokręciła głową. Nie umiała uwierzyć. Tytan w zwierciadle zdawał się jednak nie przejmować tym, czy ktoś w niego wierzy, czy nie. Niósł w swoje ramiona głaz i zatkał nim wyrwę w murze Rose. Lieve zamrugała. Dobre żarty… ale przecież jej wizje nigdy nie kłamały. No dobra, nie zawsze się sprawdzały, jednak nigdy nie pokazywały jej rzeczy nierealnych. A przecież to…

To nie mogłoby się wydarzyć, prawda?

Prawda, nieprawda, głaz zajął miejsce zgodnie ze swoim przeznaczeniem. I to tylko i wyłącznie dzięki tamtemu chłopakowi.

Kolejne zwierciadło przedstawiało salę sądową. Chłopak w swojej ludzkiej postaci siedział na środku skuty, krzycząc i najwyraźniej obrażając wszystkich świadków. Levi go kopnął. Potem drugi raz i trzeci. I tak bez końca. Krew pryskała na wszystkie strony, a oskarżony nie stawiał nawet słownego oporu. Lieve zmartwiła się trochę. Czemu Levi go bił? Przecież dzięki temu chłopakowi odzyskali, odzyskują lub odzyskali ziemie, w zależności od tego, ile czasu minęło. Poza tym Levi nie lubił krzywdzić ludzi. Nie znała go od tej strony. Z każdym ciosem zadanym klęczącemu krzywiła się coraz bardziej, kuliła i mrużyła oczy. Aua.

Lieve podeszła do kolejnego zwierciadła. Nie przedstawiało ono nic. Ale tak dosłownie nic, nawet jej odbicia. Przekrzywiła głowę i zmrużyła oczy, zaintrygowana. Co to miało znaczyć?

Wtedy pojawił się przed nią chłopczyk. Miał na sobie długą białą koszulę, która sięgała mu za kolana. Popatrzył się na nią z zainteresowaniem, a Lieve zaczynała rozumieć. Czasami słyszała w głowie głos, który podpowiadał jej, dokąd powinna się udać i co zrobić. Od razu rozpoznała, że to ten chłopiec. Nawet mimo tego, że niska i wyraźnie dorosła tonacja nie pasowała do drobnego ciałka dziecka.

- To ty? – zapytała głupio. – Wiesz kim jestem?

- Dużo wiem – odpowiedział znajomy głos, aż przeszły ją ciarki. Dziecko mówiące w taki sposób dawało przerażający efekt.

- Czy ty jesteś tym, co powinnam zobaczyć w tym zwierciadle?

- Nie.

- Pokażesz mi to?

- Nie.

- Dlaczego?

- Musisz zapłacić.

Coś było niepokojącego w tych dwóch słowach. Lieve cofnęła się kilka kroków, czując jak za gardło łapie ją niewytłumaczalny strach. Nie, pomyślała. Nie chcę tego oglądać.

- Wygląda na to, że tym razem nie mogę ci tego pokazać. Nie wydajesz się gotowa, by mi zapłacić.

- A czego chcesz w zamian?

Dziecko nie odpowiedziało, tylko popatrzyło na Lieve spod przymkniętych powiek. Miało szare oczy, puste, ale mądre. Poruszyło ustami, a dziewczynę ogarnął natychmiastowy chłód. Krzyknęła i zacisnęła powieki, kiedy do środka jaskini wdarła się wichura. Bała się otworzyć oczy, ale domyśliła się, że chłopiec wysłał ją do miejsca, którego wcześniej nie odwiedziła. Najpierw morze, a teraz co? Nie za dużo wrażeń jak na jeden raz?

Zrobiła jeden krok do przodu. Jej naga stopa natrafiła na coś bardzo zimnego. Powietrze też nie grzeszyło temperaturą, która chociaż minimalnie zachęcałaby do spacerów. Lieve miała na sobie tylko krótkie spodenki i podkoszulek. Czuła, jak przechodzą ją ciarki.

Otworzyła oczy. Szczęka mimowolnie powędrowała w stronę gleby. Biało. Wszędzie biało. Lieve zamrugała i spostrzegła, że dookoła pada równie białe konfetti. Duże płatki spadały z nieba bardzo leniwie. Spokojnie i bez pośpiechu. Jeden z nich opadł na wyciągniętą dłoń dziewczyny i natychmiast stopił się pod wpływem jej ciepła. Piękne, pomyślała. Widziała to po raz pierwszy w życiu i nie pamiętała, żeby którakolwiek książka powiedziała jej o czymś takim. O kawałkach zimnej waty, która spada z nieba i równie szybko znika, kiedy się jej dotknie.

- Idź przed siebie – usłyszała głos chłopca.

Nie mogła go nie posłuchać. Szła powoli, rozglądając się uważnie. Teren był lekko pofalowany, cały pokryty zimną watą. Spod jej opiekuńczej kołdry wystawały pojedyncze gałęzie niewielkich krzewów i innych roślin. Lieve zauważyła, że tuż przed nią znajduje się płaska tafla, której biały puch jeszcze nie przykrył na tyle dokładnie, by jej nie dostrzec.

Z każdym krokiem zimno stawało się coraz dotkliwsze i bardziej uciążliwe. Prawie nie czuła już nóg, ale mimo to uparcie szła dalej. Para z ust chwilami zakrywała całe pole widzenia i robiła się nieprzyjemnie wilgotna po dotknięciu jej twarzy. Kiedy znikała, robiło się jeszcze chłodniej.

Dotarła na miejsce. To było jezioro. Słyszała o czymś takim jak lód, ale tamta pokrywa nie zgadzała się z jego definicją. Po pierwsze, nie była zimna. Po drugie, była wybitnie nierówna, ostra jak czarne skały znad oceanu.

- Zgarnij to – nakazał jej głos.

Lieve posłusznie zabrała się za usuwanie waty, nadając sobie iście szaleńcze tempo. Kiedy spojrzała w górę, widziała kolejne pociski białej artylerii, bestrosko przymierzające się do zniszczenia efektów jej ciężkiej pracy. Trzęsła się cała, ale wmawiała sobie, że zimno to nic takiego. Istniało tylko w jej umyśle. Z czasem ręce nabrały barwy podobnej do tego nieszczęsnego puchu. Były tak zimne, że przestał się on od nich topić.

- Wystarczy.

Dziewczyna wstała.

- Spróbuj to dostrzec.

Teraz widziała. Powłoka na jeziorze nie była lodem, lecz diamentem. Piękne, pomyślała. Popatrzyła głębiej, pod nią… pod nią był tytan. Lieve stała dokładnie w tym miejscu, pod którym znajdowało się jego lewe oko. Odskoczyła natychmiast z cichym krzykiem, starając się jakoś to wszystko poukładać w swoich myślach.

Zacznijmy od tego, że to nie była zwykła wizja. One miały w zwyczaju pojawiać się i znikać, pokazywać przyszłość, przeszłość, czasem teraźniejszość. To, co teraz miała przed swoimi ocami, przypominało sen. Mózg jej pokazuje. Ona interpretuje dowolnie. Grunt w tym, żeby zrobić to dobrze.

Patrzyła się na tytana w osłupieniu. Miała wrażenie, że jego oko się poruszyło.

I nagle białe płatki przestały spadać. Zza chmur wyszło słońce. Wata zaczęła się topić, a diament… diament pękł po wpływem silnego uderzenia potwora. Jego ręka wystrzeliła w powietrze jak ostrzegawcza flara, a Lieve z piskiem odwróciła się i zaczęła biec. Ziemia drżała, a jej zmarznięte nogi buntowały się z każdym krokiem.

- Stój! – nakazał jej głos.

Odwróciła się. Tytan wstawał powoli, a Lieve nie przestawała się trząść. Biały dywan zniknął, zastąpiony zielenią traw. W powietrzu przeleciały dwa lub trzy motyle. Dziewczyna czuła się byt ogłupiona, żeby umieć policzyć do trzech. Wpatrywała się tępo w plecy olbrzyma.

Kiedy mrugnęła, jego już nie było.

Rozejrzała się dookoła. Co się stało, do cholery? Rozpłynął się w powietrzu? Tak po prostu? Co tu jest grane?

Spojrzała na kawałki rozbitego diamentu, a potem na kałuże będące pozostałością białego puchu. Piękno jest kruche, pomyślała. A potem zabrał ją wiatr.

Drzewa, wokół tyle drzew. Ta wizja nie pozwoliła jej na fizyczne pojawienie się. Widziała wszystko, ale nic nie widziało jej. Zupełnie jak w tamtych zwierciadłach. Zwiadowcy, w tym tamten chłopak z turkusowymi oczami, jechali przez gęsty las konno. Goniła ich gromada tytanów, ale nie to było najważniejsze. Oni gonili innego. Próbowała się skupić i dostrzec coś jeszcze, ale na próżno. Mózg pokazywał jej tyle, ile chciał jej pokazać. Nie mogła go do niczego zmusić.

Wizja rozmazała się.

W następnej chwili wszyscy byli martwi.

Lieve krzyknęła, kiedy pod jej stopami nagle wybuchły płomienie. Ktoś starał się zagłuszyć jej słowa własnymi, rzuconymi prosto w rozciągający się przed jej oczami tłum. Ale i tak dziewczyna słyszała tylko i wyłącznie własny wrzask. Była przekonana, że ludzie wokół również.

I wtedy zrobiło się cicho i znowu jasno, chociaż ciemno. Już nie śniła. Na szczęście.

Czuła jak spod powiek spłynęły jej pojedyncze łzy.

********************
Rozdział 3
********************


Arvid został wypisany ze szpitala po kilku dniach. Pozwolono mu wreszcie stanąć na nogach i normalnie się odlać. Czuł ból, i to nie tylko w żebrach bynajmniej. Zapiął rozporek, krzywiąc się trochę. Potem umył ręce i poszedł w kierunku swojego niedużego biura, gdzie odwalał wszystkie sprawy papierkowe. Przedtem oczywiście odwiedził na chwilę Lieve, ale tylko na moment. Wciąż spała i nic nie wskazywało na to, żeby szybko miała się obudzić. Widział na własne oczy, że pielęgniarki tutaj dbają o nią równie dobrze jak o innych pacjentów, ale pragnął ją stąd natychmiast zabrać do matki. Był pewien, żę ona zaopiekowałaby się córką lepiej niż ktokolwiek inny na świecie.

Bardzo chciał zobaczyć matkę, ale nie miał wystarczająco dużo czasu, żeby odwiedzić ją teraz. Był świadomy tego, że podczas gdy leżał w szpitalu, Shana musiała mieć niezły zapierdol z całą robotą, której zapewne uzbierało się po sam sufit. Nie zazdrościł biednej dziewczynie. Z drugiej strony nie powinien chyba mierzyć jej własnymi miarkami, bo dla Shany sumienna segregacja dokumentów, uzupełnianie ich oraz odpowiadanie na określone wezwania, nie stanowiło żadnego problemu. Była wyjątkowo uporządkowana, czego niezmiernie jej zazdrościł.

Bardzo był ciekaw, jak będzie wyglądało biuro, kiedy do niego wróci. Jednym z jego nielicznych, ale bardzo specyficznych wymagań było, żeby niczego nie ruszać, niech ręka boska broni. Nie chodziło tu oczywiście o przychodzącą i wychodzącą korespondencję ani o dokumenty, bo sam w życiu by się w nich nie połapał. Miał na myśli pozostałe rzeczy. Książki, które z lubością pochłaniał. Paczki z przekąskami, między innymi suszone owoce i warzywa, a także – oczywista oczywistość – butelki z trunkiem. Arvid po prostu nie życzył sobie, żeby ktokolwiek mącił ład i harmonię, którą sam wprowadził do swojego miejsca pracy. Jego ziemia, jego małe miasto, jego malutkie królestwo. Jego zasady. Koniec kropka.

Wmaszerował do biura z zaciętą miną, gotów natychmiast ochrzanić obecnych tam żołnierzy. Nie było jednak takiej potrzeby, ponieważ zastał tylko Shanę. Siedziała tyłem do niego na jednym z krzeseł, czesząc swoje długie czarne włosy. Odchrząknął, a wtedy odwróciła się i natychmiast poderwała, rumieniąc się gwałtownie. Schowała grzebień za swoimi plecami, a on przyjrzał jej się badawczo.

- Spałaś tu, prawda? – zapytał oskarżycielskim tonem. Coś chwyciło go za serce i nie był to gniew.

- Nie wiedziałam, że dzisiaj pana wypisują, poruczniku.

- Niespodzianka – powiedział sucho. – Naprawdę nie musiałaś aż tak harować, żeby siedzieć w moim biurze po nocach. Powinienem cię teraz wysłać do domu, ale nigdy byś mi tego nie wybaczyła, co, szeregowa?

Czekoladowe oczy Shany z powrotem nabrały blasku, kiedy parsknęła śmiechem i ośmielona wróciła do czesania włosów. Nie spuszczała z niego wzroku, gdy przechadzał się między regałami i sprawdzał, czy wszystko jest na swoim miejscu.

- Nie pójdziesz do domu z własnej woli, co nie? – zapytał jeszcze dla pewności. Pokręciła głową. Westchnął. – Tak myślałem. Poczęstujesz się może suszoną śliwką?

- Wolałabym iść teraz i zjeść normalne śniadanie ze wszystkimi, poruczniku. Oczywiście o ile nie potrzebuje pan teraz mojej pomocy. Jeśli tak, zostanę.

- Idź, młoda, idź.

Arvid sam zajął się suszonymi śliwkami, podczas gdy Shana torowała sobie przejście do drzwi. Nie było to łatwe, bo dla normalnego człowieka bałagan wyglądałby zatrważająco. Wszystkie regały i półki w gabinecie zostały już wypełnione po brzegi, w związku z tym olbrzymie tomy ustawiano również na ziemi. Tak samo sterty papierów. Porucznik ze swoim poczuciem estetyki raczej nie grzeszył schludnością i nikt o zdrowych zmysłach nie nazwałby go miłośnikiem porządków. Kiedyś próbował coś tam sprzątnąć. Naprawdę. Tyle że skończyło się jak zwykle, a on nawet nie wiedział jakim cudem i dlaczego. Zawsze to działało tak, że wszystko ładnie i skrupulatnie mył i pucował z zawziętością rozjuszonego lwa. Potem układał zgodnie z procedurami. Następnego dnia robiła się dupa. Nie wiadomo kiedy wśród tych stert papierów, stosów książek, pudeł i kartonów, piętrzyły się również śmieci, a także organiczne odpady, na przykład ogryzki po jabłkach. Wszystko działo się jakoś magicznie, a Arvid nie umiał na tym zapanować.

W związku z tym się poddał. Rozsiadał się wygodnie na krześle niczym monarcha na tronie, zarzucał obie nogi na biurko, przy czym zwykle udawało mu się strącić jeden lub dwa śmiecie, czyniąc większy bałagan. I wtedy patrzył z góry na to swoje królestwo, na miejsce, w którym przebywał większość czasu, które mógł spokojnie nazwać drugim domem. Jego piękny syf. Piękny, bo jego własny. Dobrze się czuł w takim chaosie i jeśli ktoś nie chciał tego oglądać, mógł równie dobrze nie przychodzić. Biuro ma służyć, a nie wyglądać. Prosta filozofia.

W tym samym momencie usłyszał pukanie do drzwi. Kto chciał się z nim widzieć o tak wczesnej porze? Westchnął i zdjął stopy z biurka, nie chcąc robić sobie reputacji obiboka. Wyprostował plecy, wziął do ręki pióro i położył przed sobą czystką kartkę dla niepoznaki.

- Proszę wejść – powiedział głośno.

Do środka jak cień wszedł Levi, a za nim jakiś czarnowłosy chłopak. Arvid zignorował na chwilę dzieciaka, mierząc kaprala podejrzliwym spojrzeniem. Krążył on bowiem wśród tych stosów, stosików i gór wszystkiego, co istniało, po czym wreszcie raczył popatrzeć na porucznika.

- Jestem zrozpaczony – wyznał. Brzmiało to jak dobry żart. Twarz Levi’ego nie wyrażała bowiem nic. Zresztą jak zwykle.

- Tak strasznie mi przykro – odparował sarkastycznie mężczyzna. – Nie wydaje mi się, by cię ktoś mianował higienistą lub innym obrzydliwie upierdliwym czyściochem, psiakrew. Kim jest ten dzieciak? – dodał, chcąc jak najszybciej zmienić temat.

- Eren Jeager we własnej osobie – rzekł ze stoickim spokojem Levi, jakby go przed chwilą nie obrażono. – Dzisiaj będzie u ciebie sprzątał.

Arvid uniósł brwi.

- Że co proszę? Będzie sprzątał w moim gabinecie? A kto go do tego upoważnił, przepraszam?

- Ty oczywiście. Poruczniku. – Dodał po chwili niezręcznego milczenia.

- Coś takiego – zakpił Arvid – ale nie wydaje mi się, żebym kogokolwiek do tego upoważniał.

- To teraz ma pan szansę. Eren potrzebuje trochę przytęperować swój charakter, dlatego upoważniłeś go do „trenowania” właśnie tutaj. Poruczniku.

Mężczyzna aż cały się zatrząsł. „Porucznik” brzmiał w ustach kaprala jak szydercza obelga. Wszyscy wiedzieli, że był najlepszym żołnierzem. Niech go diabli wezmą, tego małego cwaniaka. Uderzył ręką w biurko i starał się przybrać jak najbardziej surowy wyraz twarzy.

- Nie będzie żadnego sprzątania! Ja jestem tutaj i to ja decyduję o tym, czy…

- Zgadzam się w zupełności – powiedział chłodno Levi z wyraźnie udawaną pokorą. – Jest pan porucznikiem, a to biuro należy do pana. Więc niech pan zadecyduje, żeby posprzątać.

Arvid sądził, że chyba się przesłyszał. Przez chwilę on i Levi walczyli na spojrzenia, ale… wygrana od początku należała do niższego zawodnika. Porucznik westchnął ciężko i wstał, nie spuszczając wzroku ze swoich gości.

- Niech was szlag trafi, kapralu – mruknął, po czym odwrócił się do Erena.

Przez całą tę wymianę zdań chłopak stał zlękniony jak mały berbeć. Jego spojrzenie wędrowało to na Levi’ego, to na Arvida, a ten drugi mógł mu tylko współczuć. Słyszał już o tym, jak potoczyła się rozprawa i jak dzieciak na niej oberwał. Czasami trzeba, zresztą koniec końców Levi uratował mu w ten sposób życie. Mimo to widać było w turkusowych oczach strach i niepokój. Eren czuł się niezręcznie.

Arvid podał mu rękę.

- Porucznik Arvid.

- Eren. Miło mi pana poznać – chłopak właściwie odpowiedział na gest, zerkając niepewnie w stronę Levi’ego.

- Wiele o tobie słyszałem, Eren – ciągnął porucznik, samemu uciekając wciąż nieco groźnym spojrzeniem w kierunku kaprala. – Zatkałeś wyrwę w murze Rose i dzięki temu odzyskaliśmy Trost. Czegoś takiego chyba nigdy nie będziemy ci w stanie wynagrodzić.

- Bo się popłaczę – usłyszeli obok gburowaty ton Levi’ego, ale Arvid go zignorował.

- Sprzątanie u mnie, powiadasz… - porucznik rozejrzał się po własnym bałaganie, nie bardzo wiedząc, jak powinien go nazwać. – Trochę to bezsensowne zajęcie. Jak widzisz, wszystkie regały i szafki są już całkowicie pełne i nic do nich nie wciśniemy.

- Kapral Levi kazał przywieźć tu meble z dawnej siedziby, którą i tak przebudowujemy – powiedział Eren. – Wtedy będzie chyba wystarczająco dużo miejsca.

Arvid znowu odwrócił się w stronę Levi’ego, który z nagłym zainteresowaniem zaczął przyglądać się okładkom książek leżących na szczytach stosów. Niech go…

- Meble, kapralu? – wycedził, starając się jak najwięcej jadu wpakować w słowo „kapral”. Wyszło mu trochę kulawo. To Levi umiał tworzyć z tytułów obelgi. – Chcesz wstawić do mojego gabinetu meble? Przepraszam bardzo, ale czy ciebie pojebało?

Zobaczył kątem oka, jak Erena przeszły ciarki. Mógł udawać, że wybiera ze stosów śmieci, ale w rzeczywistości przysłuchiwał się ich rozmowie i nie umiał tego ukryć. Levi nieźle musiał dzieciaka nastraszyć. Pewnie teraz chłopak myślał, że z kaprala okrutna szuja, gotowa pobić każdego, kto się do niego niegrzecznie odezwie. Naiwniaczek. W rzeczywistości można było bezkarnie jeździć po Levi’m, o ile miało się od niego wyższy stopień, a słowa udawało się uzasadnić, tak jak teraz. No i Arvid nie smarował sobie gęby żołnierzami zbyt często.

Teraz też oczy kaprala nie zmieniły się ani trochę. Twarz oczywiście również.

- Potraktuj to jako prezent – skierował swoje kroki do drzwi. – Zostawiam ci Erena.

- Co? – zapytał Arvid, kompletnie wytrącony z równowagi. – Idziesz sobie?

- Ta. Nie daj mu się nudzić, dobra? Jak tu wrócę, chcę widzieć porządek.

Levi wyszedł, a porucznik zmrużył oczy w napływie złości. Kurka wodna, to ostatnie zdanie zabrzmiało, jakby to jemu dawał rozkaz, a nie Erenowi. Przeklęty typ człowieka, ale mimo to niezastąpiony żołnierz. Arvid odwrócił się w stronę skonfundowanego chłopaka. Stał tam, taki poczciwy, z psikaczem w jednej ręce i szmatką w drugiej. Gapił się na mężczyznę z mieszaniną zdziwienia i podziwu.

Porucznik przez chwilę patrzył się w stronę Erena z cierpliwością godną posągu, czekając, aż ten coś powie. Nie doczekał się.

- Na co czekasz? – odezwał się więc. – Szoruj, szoruj.

Usiadł i zajął się robotą papierkową. Nie czekał długo, a Shana przytargała mu kolejne stosy dokumentów do przejrzenia i podpisania. I nie tylko. Teraz rosła cała góra krótkich życiorysów i CV kadetów, którzy zdecydowali się przyłączyć do Zwiadowców. Spośród zebranych Arvid mógł sobie wybrać kilku do własnego oddziału. Szeregowa powiedziała mu, że Hanji już położyła swoje łapska na tych papierach, tak samo zrobił z resztą Levi. W związku z tym porucznik nie spodziewał się znaleźć w dokumentach zbyt wielu utalentowanych jednostek. Cóż, tak właśnie kończy się zbyt długie leżenie w szpitalu, proszę pana porucznika.

Prawie zszedł na zawał, kiedy wśród kadetów zobaczył Mikasę Ackerman. Dałby sobie rękę uciąć za żołnierza z takimi wynikami. Czemu Levi nie wziął jej do siebie? Albo Hanji? Srał pies, ważne że jest moja, pomyślał i odłożył jej dokumentację na bok. Zajął się innymi. I tak zeszło mu kilka godzin. Pracę przerywał tylko na krótkie chwile, żeby zobaczyć jak sobie radzi Eren z ustawianiem stolików i regałów, a na nich całego tego bałaganu. Całkiem nieźle. Szkoła Levi’ego.

Teraz już w sumie bardziej rozumiał decyzję kaprala. Nie chodziło o same porządki, bardziej o to, żeby chłopak został pod okiem kogoś na tyle odpowiedzialnego i zdolnego co Arvid. Levi ręczył za Erena, miał go pilnować i w razie czego ukatrupić. A że zostały mu do załatwienia sprawy, o których dzieciak nie powinien się dowiedzieć, to trzeba było go gdzieś zostawić. A u kogo, jeśli nie u Arvida, który świeżo wrócił ze szpitala, miał całą masę roboty papierkowej i do tego mimo ran wciąż byłby w stanie powstrzymać tytana? Do tego miał w gabinecie bałagan. Levi upiekł sobie dwie pieczenie na jednym ogniu. Mały spryciarz.

Shana biegała z gabinetu i z powrotem, niosąc listy w jedną i drugą stronę. Stosy dokumentów, rozkazów, próśb, zażaleń, wniosków i innych pierdół, z którymi Arvid nie chciał mieć nic wspólnego. Gdyby wiedział, że w ten sposób skończy się jego awans na porucznika, odmówiłby. Jednak był ambitny i bardzo chciał walczyć, dlatego nieco zmienił profesję i przeniósł się do Zwiadowców. A tak naprawdę nic nie robił. Przynajmniej na razie. Początki chyba zawsze są takie, prawda?

Ktoś zapukał.

- Wejść – powiedział Arvid, tym razem bez tworzenia pozorów. Pracował naprawdę. Widząc, kto wszedł, wstał natychmiast i wyprostował się jak struna.

- Dowódca Erwin – przywitał się nieco zdziwionym tonem. Smith nie miał w zwyczaju odwiedzania go w tym gabinecie ani gdziekolwiek indziej. Miał za coś przypał, czy co, do cholery?

- Witaj Arvid. Dużo pracy, co?

- Nie da się ukryć – przyznał porucznik. Spokojny i przyjacielski ton Erwina nieco go uspokoił.

Smith był ogromnym facetem, wyższym nawet od dobrze zbudowanego Arvida. Mimo to miał bardzo… eteryczną urodę. No, może oprócz brwi. One wyglądały jak mini gąsienice, wijące się za każdym razem, kiedy ich posiadacz zmieniał wyraz twarzy.

- Niedługo idziemy za mur – powiedział Erwin, a porucznik cały się spiął. – W ciągu kilku najbliższych tygodni. Na pewno nie w tym, bo nie chcę cię obarczać dodatkową robotą – mówiąc to zerknął wymownie na wcale niemalejące stosy papierów. – W każdym bądź razie uporaj się z tym możliwie jak najszybciej i bądź przygotowany.

- Tak jest.

- Cześć, Eren – odezwał się Erwin do Erena, który drgnął niespokojnie.

- Dzień dobry, dowódco.

- Nieźle sobie radzisz – pochwalił go Smith, po czym spojrzał na Arvida. – Słyszałem, że pan porucznik ma niezwykłe problemy z utrzymaniem porządku we własnym gabinecie.

- Pewnie od Levi’ego – burknął Arvid. – Kto by mu wierzył w takiej sprawie.

- Swoją drogą, przyprowadziłem dzisiaj do ciebie Mikasę Ackerman – dodał Erwin, dając jej znak ręką, żeby weszła. – Nie wiem, czy będzie to dla ciebie problem, ale chciałbym, żeby dołączyła do twojego oddziału. Jedna bardzo silna osoba w grupie wystarczy, więc głupotą byłoby ją dać Levi’emu. To ja tymczasem sobie pójdę. Poznajcie się i porozmawiajcie o tym. I błagam… - powiedział, patrząc na minę Mikasy – dojdźcie do jakiegoś porozumienia.

Smith wyszedł, zostawiając tym samym porucznika z całą tą sytuacją. Po gabinecie krzątała się jeszcze Shana, ale nic nie wskazywało na to, żeby chciała się w to mieszać. Zresztą niedziwne. Dziewczyna, która weszła do środka, była bardzo ładna, ale jednocześnie – mówiąc krótko – wkurzona. Miała ciemne włosy, chociaż jaśniejsze od szeregowej i w dodatku krótkie. Oczy niemal w identycznym kolorze. Wysoka. Zdecydowanie wyższa od Lieve. Na oko wzrostu Shany. I po cholerę Arvid porównywał ją w myślach do swojej szeregowej?

- Witaj – palnął. Nie bardzo wiedział od czego zacząć. Nawiązywanie nowych znajomości zawsze było dla niego czarną magią.

Dziewczyna rozglądała się po gabinecie z nieodgadnioną miną. Chwilę zatrzymała swój wzrok na Shanie, którą się do niej uśmiechnęła. Mikasa odwzajemniła uśmiech, ale kiedy odwróciła się w stronę Arvida, spochmurniała natychmiast.

- Nazywasz się Mikasa, Ackerman, prawda? Bardzo o tobie głośno.

- A pan?

- Porucznik Arvid.

- W życiu nie słyszałam.

Shana nagle zaniosła się kaszlem, a Eren poderwał się znad sprzątania i wymierzył w przyjaciółkę oskarżycielskie spojrzenie.

- Mikasa! – krzyknął ostrzegawczo.

Nie odpowiedziała mu, patrząc wciąż na porucznika. Nie kryła lekceważenia. Arvid westchnął i spojrzał bezradnie w stronę szeregowej, która zdawała się powoli dochodzić do siebie. Otarła oczy z pojedynczych łez.

- Wybacz jej, poruczniku – powiedziała, po czym zwróciła się do dziewczyny. – Mikasa, porucznik Arvid jest naprawdę w porządku. Nie miał nic wspólnego z przesłuchaniem Erena, nie zrobił mu też żadnej krzywdy. Dzisiaj dopiero wyszedł ze szpitala po kontuzji. Naprawdę nie ma o czym mówić.

- Chyba dobrze się dogadujecie – zauważył Arvid. Nie wiedział, co ma o tym sądzić.

- Poznałyśmy się podczas odbicia Trostu – odezwała się Mikasa, nieco uspokojona. – Przepraszam, poruczniku Arvid. Poniosło mnie. Wcześniej tamten niski skopał Erena na sali sądowej, a teraz zrobiono z niego pokojówkę – dodała, wskazując na szmatki w rękach chłopaka.

Eren się wkurzył.

- Jaką pokojówkę, kurka wodna?!

Mikasa nie zwróciła na niego uwagi.

- To dość trudna sytuacja dla mnie. Proszę zrozumieć.

- Jasne, nie przejmuj się – powiedział Arvid dla świętego spokoju. – Usiądź.

Dziewczyna rozejrzała się niemrawo.

- Hę?

Porucznik przewrócił oczami. Podszedł do jednego z zagraconych krzeseł i płynnym ruchem zwalił wszystko na podłogę. Teatralnym gestem wskazał jej krzesło.

- Jakaś ty problemowa – rzekł bez cienia złośliwości. – Siadaj, proszę.

Mikasa zaczerwieniła się, a Shana zachichotała pod nosem. Arvid zmierzył swoją szeregową karcącym spojrzeniem. Rozumiał doskonale, że nie jest typem człowieka, którego z łatwością można spotkać na ulicy o każdej porze dnia i nocy. Ludzie widzący go po raz pierwszy, zwykle nie mieli zielonego pojęcia jak się zachować i czego się spodziewać. Porucznik był bardzo bezpośredni i miał głęboko gdzieś, co inni o nim myślą. To czyniło go bardzo trudną i samotną osobą. Mikasa najwyraźniej też nie czuła się w jego towarzystwie swobodnie.

- Powiedz, chcesz dołączyć do mojego oddziału? – spytał, przyglądając się jej uważnie.

Zobaczył, jak zerka w stronę Erena. Posłał w jej stronę ostrzegawcze spojrzenie. Trochę smutno, pomyślał Arvid. Dziewczyna chce go chronić, a on do niej z takim chłodem.

- Wolałabym być przy Erenie.

- Mikasa! – krzyknął znowu, ale Arvid uciszył go pojedynczym gestem ręki.

- Sprzątaj – powiedział karcącym tonem. Potem zwrócił się do Mikasy. – Wiem, że bardzo tego chcesz i mogę zrozumieć twoje osobiste powody. To nie zmienia jednak faktu, że przy dwóch bardzo silnych osobach w oddziale robi się tłoczno.

- Pan też jest silny, poruczniku – odparowała, zaciskając pięści. W jej głosie jednak nie było już słychać ani śladu nienawiści. Tylko bezradną walkę o coś, co już na starcie przegrała.

- Levi silniejszy. Powinnaś rozumieć, że przy nim Erenowi nic nie grozi.

- Nic nie grozi? Przecież sam powiedział, że zabije go…

- …jeśli tytan wymknie się spod kontroli, tak. Ale zrozum, Mikasa – powiedział spokojnie. – Cała ta szopka i wpierdol w sądzie miały na celu tylko i wyłącznie to, by Eren do nas dołączył. Nic więcej. Nikt go nie skrzywdzi, Levi też nie. Natomiast jeśli wymknie się spod kontroli i zacznie zabijać wszystkich żołnierzy po kolei, wtedy nie będzie wyjścia. Zrobimy jednak wszystko, by do tego nie dopuścić. Wierz mi.

Ackerman chwilę walczyła ze sobą, a potem się poddała.

- Rozumiem. Dołączę do oddziału pana porucznika, ale chciałabym, żeby wziął pan również Armina.

- Dobra. Cieszę się.

Podali sobie ręce, a potem Mikasa wyszła. Eren z nieobecną miną dalej układał książki na półkach, kierując się drobnymi instrukcjami Shany. Arvid siedział za biurkiem i popijał ziołowy napar. Smutne, ale nawet na prawdziwą herbatę nie było go stać.

***(Lieve)***


Lieve usilnie starała się otworzyć oczy, ale nie było to łatwe. Tak jasno… Każda próba rozchylenia powiek kończyła się ich jeszcze mocniejszym zaciśnięciem. Starała się na oślep przyjąć pozycję siedzącą, ale coś leżącego na brzuchu jej w tym przeszkadzało. To coś było bardzo ciepłe, dość duże, a z każdym jej nieśmiałym ruchem zaczynało coraz głośniej mruczeć. Nie, to niemożliwe…

W końcu Lieve otworzyła oczy i mocno je przetarła. Kilka łez spłynęło jej po policzkach, kiedy do źrenic dotarły pierwsze smugi dziennego światła. Musiały minąć minuty, zanim była w stanie rozpoznać wszystkie kształty wokół siebie.

- Kocyk, co tu robisz? – wybełkotała półprzytomnie, biorąc go w swoje ręce. Miała zachrypnięty głos i bardzo suche gardło. Chciało jej się pić. Spróbowała przełknąć ślinę i okazało się to bardzo bolesne.

- Masz – usłyszała nad sobą znajomy głos.

Levi podał jej kubek z wodą, którą natychmiast chciwie wypiła, a potem przyniósł jej jeszcze i znowu wypiła. I jeszcze trzeci raz. Kiedy wreszcie Lieve udało się zaspokoić pragnienie, mogła zacząć się zastanawiać nad tym, co robi tu Kocmołuch i to w dodatku na jej łóżku. Głaskała go cierpliwie i z wielką czułością, a on odwdzięczał się basowym, uspokajającym mruczeniem i delikatnym masażem mięciutkich łapek.

- Co on tu robi? – zapytała Levi’ego, kiedy usiadł na krześle obok jej łóżka.

- Wskoczył przez okno – powiedział kapral. Nie wyglądało na to, żeby kłamał. – Powinienem go stąd wykopać, bo zwierzęta nie są mile widziane w miejscach takich jak to. Doszedłem jednak do wniosku, że tobie takie towarzystwo nie będzie przeszkadzać.

- Skądże znowu – Lieve uszczęśliwiona przytuliła Kocmołucha.

Kotek przysunął swoje czoło do jej policzka i mocno się o niego otarł. To był najczulszy koci gest i Lieve mówiła na niego „baranek”, a Hanji „czółko”. Co ciekawe, Kocyk nigdy nie zachował się w ten sposób wobec Levi’ego, co kapralowi absolutnie nie przeszkadzało. Swoim podejściem wyraźnie dawał do zrozumienia, że nie w smak mu wszelkie czółka, baranki, koziołki i inne jelonki. Tolerował kota, bo nie miał wyboru, ale przy tym nie wyglądało na to, żeby go bardzo pokochał. Zresztą z wzajemnością.

- Nie masz zbyt wielu obowiązków, żeby mnie tu odwiedzać? – spytała swojego gościa z lekkim uśmiechem.

- A gdzieżby tam.

Lieve przysięgłaby, że usłyszała ironię.

- To po co tu jesteś? Przecież byłam w śpiączce.

- Arvid prosił, żebym cię odwiedził – odparł Levi. – Słyszał gdzieś, że ludzie w śpiączce słyszą wszystko, co się do nich mówi. Chciał, żebym powiedział ci coś miłego.

- Och, zrobiłeś to?

- Nie dałaś mi dojść do słowa – jego oczy błysnęły. Lieve zamrugała kilkakrotnie, a potem przeszły ją ciarki. – Nawijałaś cały czas – ciągnął bezlitośnie – o morzu, diamentach, cudach, śmierciach i innych takich.

- Och, faktycznie, dużo mi się śniło – przyznała nerwowo. – Ach ta wyobraźnia!

Uśmiechnęła się krzywo. Kłamała najbardziej nieudolnie ze wszystkich ludzi, których znała. Nie umiała tego robić i kończyło się to… no, tak jak teraz. Levi westchnął i pokręcił głową z politowaniem. Dziewczyna poczuła się bardzo głupio.

- Kim jesteś, Lieve? – zapytał bez cienia poczuciu humoru.

Na początku pytanie zbiło ją z pantałyku. Potem zasmuciło. A na końcu wkurzyło. Bardzo wkurzyło, niemiłosiernie wręcz. Starała się za wszelką cenę zachować spokój i nie naskoczyć na – jakby nie było – najsilniejszego żołnierza w ich szeregach. Mógł być jej przyjacielem, ale to pytanie nie było natury przyjacielskiej. Przesłuchiwał ją. I może dlatego czuła się tak poirytowana. Wzięła głęboki oddech.

- Jestem siostrą porucznika Arvida i twoją przyjaciółką, Levi – zacisnęła pięści na prześcieradle i przypomniała sobie wszystko, co niedawno musiała oglądać. Niewidzialny ciężar osiadł gdzieś wewnątrz niej, a łzy napłynęły do oczu. – Nie musisz wiedzieć nic więcej – dodała cicho.

Kapral odczekał kilka minut, aż Lieve się uspokoi. Wiedziała, że tak będzie. On nie odpuszczał łatwo i wszystko drążył do końca. Czuła się jak w klatce i złość wróciła. Z jakiej racji ma się mu ze wszystkiego tłumaczyć? Przecież jakby powiedziała, że miała kilka koszmarów, to wszyscy by jej uwierzyli i nie byłoby kłopotu. Z drugiej strony, Levi usłyszał naprawdę dużo. Pytanie tylko, jak dużo.

- Zapomnij – powiedział nagle ku jej zaskoczeniu i skierował oczy ku oknu. Z jakiegoś powodu nie chciał patrzeć jej w oczy. – Nie musisz mi na razie nic mówić.

Powiedział „na razie”, zakodowała natychmiast w myślach. Lepiej nie tracić czujności, aż kapral znajdzie sposób, żeby z niej wszystko wyciągnąć. Był bardzo sprytny i Lieve umiała to docenić. Skrzywiła się na samą myśl, że ów spryt Levi’ego obrócił się przeciwko niej. Nie miała zbyt wielkich szans, co oczywiście nie znaczyło, że zamierzała się poddać.

- Mógłbyś wyjść? – zapytała nagle, nie patrząc na niego.

- Wkurzyłem cię? – Levi wyglądał na niepocieszonego. Westchnęła.

- Trochę, ale nie o to chodzi – odparła cierpliwie. – Po prostu wcisnęli mi rurki nie powiem gdzie i chciałabym je sobie wyjąć. Trochę boli.

- Ach. No jasne. Poczekam na korytarzu.

Wyszedł, a Lieve rozprawiła się ze wszystkimi rurkami i rureczkami. Potem z bólem serca wyprosiła Kocmołucha tą samą drogą, którą tu wszedł. Nie mogła ryzykować, że ktoś przyłapie jej ulubieńca na szpitalnym łóżku. Następnie wyszła ze swojej sali i razem z Levi’m przeszła się korytarzem, zaczepiając pierwszą lepszą pielęgniarkę. Biedna kobieta wyglądała, jakby zobaczyła ducha. To prawda, że Lieve czuła się jeszcze dość słabo, ale nie aż tak. Normalnie mogła chodzić, oczy też przyzwyczaiły się do nie tak dawno naturalnej dla nich jasności.

Gdyby typowy pacjent poprosił o wypisanie godzinę po obudzeniu się ze śpiączki, pewnie zostałby wyśmiany. No, chyba że miał na imię Lieve i spacerował w towarzystwie kaprala Levi’ego. Wtedy nie stanowiło to żadnego problemu. Dziewczyna w piętnaście minut uwinęła się ze wszystkimi formalnościami, zdążyła się umyć i przebrać w normalne ubrania. Przyjaciel czekał na nią nadzwyczaj cierpliwie, nie narzekając, ani nie czyniąc żadnych uwag.

Na ulicy zobaczyli Kocmołucha, który poszedł swoją własną drogą. Lieve bardzo chciała go jeszcze trochę poprzytulać, ale wiedziała, że musi zobaczyć się z Arvidem. Nie chodziło nawet o opowiadanie mu wszystkich snów po kolei, po prostu wiedziała, że on z pewnością bardzo się o nią martwił. Nawet jeśli dusił w sobie to uczucie i zajmował obowiązkami, nie umiałby tak po prostu zapomnieć o jakiejkolwiek bliskiej mu osobie. Nieważne czy był to towarzysz z oddziału, czy własna siostra. Lieve była o tym święcie przekonana, bo Arvid od zawsze sprawiał wrażenie, jakby chciał nieść odpowiedzialność za wszystko i wszystkich. Nie lubił, kiedy ktoś mu pomagał, wolał radzić sobie sam. Za to kochał pomagać innym i odkąd nabrał muskulatury wyręczał ich w pracach fizycznych. Kochał czuć się potrzebnym.

- Arvid jest w biurze, prawda? – zapytała Levi’ego dla pewności.

- Ta – potwierdził. – Idę tam z tobą.

- Wiesz, nie musisz. Znam przecież drogę, a ty raczej nie bywasz w tamtym miejscu zbyt chętnie, co?

- Zostawiłem tam Erena – wyjaśnił.

- Erena Jeagera?

Spojrzał się na nią z błyskiem w oczach. Mogła przysiąc, że się uśmiechnął przez jeden krótki moment, ale chwila ta prysła niemal natychmiast. Tak więc Lieve uznała to za przewidzenie.

- Ooo? – zapytał znaczącym tonem. – A skąd lala leżąca przez tyle czasu w śpiączce może wiedzieć, kim jest Eren Jeager, co?

Dziewczyna cała się spięła. No i proszę, na co zdała się jej „zwiększona ostrożność”. Prawdziwa ciamajda z ciebie, Lieve, na litość boską. Starała się przybrać jak najbardziej groźny wyraz twarzy, chociaż zdawała sobie sprawę, że z jej urodą nie wygląda to zbyt spektakularnie. Była minimalnie wyższa od kaprala, ale to i tak niczego nie zmieniało. Chuda i eteryczna. Tak w skrócie przedstawiał się jej obraz każdemu nowo spotkanemu człowiekowi.

- Cicho bądź – wycedziła, patrząc w inną stronę.

- Jak chcesz – powiedział swoim codziennym tonem, jakby kompletnie nic go nie obchodziło. – Wyciągnę to z ciebie prędzej czy później.

Lieve miała zamiar udawać obrażoną, ale po kilku przemyśleniach doszła do wniosku, że to i tak nie miałoby żadnego sensu. Ludzkie dąsy, narzekania, rozpacz, łzy, krzyki, one nigdy nie miały żadnego wpływu na bieg wydarzeń. Lepiej… Tak, co lepiej? Zwiększyć ostrożność, Lieve? Ten test już oblałaś.

Zamiast boczyć się na Levi’ego, rozejrzała się dookoła. Pogoda była śliczna. Słońce świeciło intensywnie, ale wiał lekki wiaterek, dzięki czemu nikt nie musiał psioczyć na zbyt wielki upał. Chmury na niebie przesuwały się leniwie jak ledwo co obudzone owce. Ich niewielkie stadko przeszło tuż obok nich, prowadzone przez starszego pana w słomianym kapeluszu. Rozmawiał on z młodym chłopakiem, zapewne swoim wnuczkiem. Uśmiech odsłaniał jego złote i srebrne zęby. Ze swojej odległości Lieve nie mogła ocenić, czy starość zostawiła mu jakieś własne. Widziała tylko, jak światło odbite od zębów dziadka boleśnie atakuje jej oczy. Odwróciła się z niewyraźną miną.

Ludzie w mieście wiedli swoje życie tak beztrosko i tak normalnie, jakby nie pamiętali już ataku tytanów. No cóż, przynajmniej częściowo. Minęli kilka słoiczków z kwiatami, zdjęć i małych mogił, które miały w zwyczaju wystawiać głównie kobiety w swojej żałobie. Nie zobaczyli ich zbyt wiele, ponieważ dzięki dyscyplinie i odwadze żołnierzy, większość mieszkańców zdążyła wtedy z Trostu uciec. I tak Lieve zrobiło się smutno. Nienawidziła w głębi duszy tych wielkich i obrzydliwych potworów, jakimi byli tytani. Niektórym ludziom odebrali bliskich, a wszystkim odebrali wolność. To takie niesprawiedliwe. Czytała w książkach o tym, że dawno temu na końcu każdego łańcucha pokarmowego stał człowiek. Teraz sytuacja przedstawiała się zupełnie inaczej. Za jakie grzechy, co? I skąd w ogóle wzięły się te potwory? Z czego wyewoluowały?

Nie znała odpowiedzi na te pytania, ale uparcie szukała ich razem z Hanji Zoe. Szalona pasjonatka w okularach nie miała sobie równych. Eksperymenty, badania, uparte dążenie do prawdy o tytanach, to wszystko nie zostawiało jej ani chwili wolnego czasu. Hanji miała więcej samodyscypliny od Lieve, która mimo chęci rozwoju i zainteresowania światem, lubiła się czasami polenić tak samo jak jej brat. Rzadziej, ale zawsze. Zoe natomiast nie widziała nic poza tytanami, kochała ich jak własne dzieci. No, może niezupełnie. W każdym razie byli bardzo ważną częścią jej życia i trudno przewidzieć, jak skończyłaby Hanji, gdyby już odkryli tajemnicę tytanów i wybili ich co do jednego.

Lieve skończyła już te rozmyślania, bo dotarła z Levi’m na miejsce. Od progu jednak coś jej nie pasowało. Było tam stanowczo zbyt czysto. Przeszła się korytarzem i zapukała cicho w lśniące drzwi.

- Wejść – usłyszała od środka głos Arvida.

Razem z kapralem wsunęła się do środka i szczęka jej opadła. Znikły stosy papierów, księgi, segregatory, paczki i paczuszki. Teraz na środku stały dwa dodatkowe biurka z wbudowanymi regałami, do których ktoś idealnie poukładał wszystko tak, jak trzeba. Lieve zwęszyła w powietrzu jakiś podstęp. To nie mógł być gabinet jej brata. Nagle spod biurka wyłonił się duch i dziewczyna krzyknęła, chowając się za Levi’m. Duch przetarł twarz i zsunął z niej białą szmatkę, a potem zdjął ten śmieszny czepek. Zdała sobie sprawę, że duch jest chłopakiem o turkusowych oczach i natychmiast się uspokoiła.

Chciała coś powiedzieć, wybąkać przeprosiny za swoją karygodną reakcję, ale nie zdążyła. Arvid rzucił się na nią z entuzjazmem małego szczeniaczka, prawie zwalając z nóg. Nie mogła go za to winić. W końcu kilka ostatnich dni była w śpiączce, a on doskonale wiedział, że w jej przypadku z takimi niuansami nie ma żartów. Brat przytulił ją tak mocno, że sam jęknął z bólu. Cóż, zrastające się żebra nigdy nie są zwolennikami uciesznych uścisków.

- Byłeś u niej? – zwrócił się Arvid do Levi’ego, a Lieve kopnęła brata w kostkę. – Co chcesz, mała?

- Najpierw ze mną powinieneś się przywitać, prawda?

- Czyżbym zrobił to za mało entuzjastycznie? – spytał z przekąsem, po czym odwrócił się znowu w stronę kaprala.

- Tak, byłem u niej. Eren, dobrze się spisałeś – powiedział Levi, a chłopak-duch podszedł do nich nieśmiało.

- Ach! – odezwała się Lieve i podeszła do niego natychmiast. – Więc ty jesteś Eren! Wiele o tobie słyszałam. Mam na imię Lieve – uścisnęli ręce. – Miło mi cię poznać.

- Mnie ciebie też. – Uśmiechnął się szeroko. Z bliska dziewczyna mogła dokładnie zobaczyć, jak duże są jego oczy. Piękniejszych w życiu nie widziała.

- Dobra, spadamy Eren – wtrącił Levi. – Nara Arvid, Lieve.

- Chwilę, co? – oburzyła się sanitariuszka, łapiąc Erena za rękaw. – Dopiero co go poznałam! Chciałabym…

- Ja wiem co ty byś chciała – powiedział kapral. – Najchętniej dałabyś mu kota, bo dzieciak wygląda na tak zmarnowanego i zgnębionego. Trzymaj swój instynkt macierzyński na wodzy, dobra?

- Instynkt macierzyński! – wykrzyknęła rozeźlona. – Byle samiec nie będzie mnie o tym pouczał! Mój altruizm nie jest instynktem macierzyńskim, egoisto! Nie wszyscy ludzie są tacy zimni i nieczuli jak ty. Dziwne, ale prawdziwe.

Przez chwilę patrzył na nią obojętnie. Nie wyglądało na to, żeby jej słowa w jakikolwiek sposób go zraniły. Mimo to w oczach można było to zobaczyć. Ledwo, ale zawsze. Levi był doskonałym aktorem.

- Powinnaś ochłonąć – odezwał się zimno. Chłód jego głosu przypomniał Lieve sen z tytanem zamkniętym pod taflą z diamentu. – Nie gniewam się ani nic z tych rzeczy, więc później nie przychodź mnie przepraszać. Wiem, że pewnie i tak to zrobisz.

Dziewczyna zacisnęła pięści. Wiedziała, że on ma rację.

- Przepraszam – rzuciła więc od razu, odwracając się do niego plecami. Czuła niewyobrażalny wstyd.

Levi nie odpowiedział. Eren podszedł do Lieve, która spojrzała na niego zaskoczona. Jeszcze raz uścisnął jej rękę i powiedział kilka ciepłych słów, które nieco złagodziły jej nerwy. Jakieś takie proste rzeczy, że przecież mają jeszcze mnóstwo obowiązków, którymi trzeba się zająć, że jest mnóstwo czasu, który razem w przyszłości spędzą. Jest zmęczona, więc to normalne, że łatwo ją rozdrażnić. Ten nowo poznany chłopak wiedział dokładnie, co Lieve potrzebowała usłyszeć. Kiedy już ją ugłaskał poczuła się jeszcze bardziej winna swojego zachowania wobec kaprala, ale nie zatrzymała go, kiedy wychodził z Erenem. Levi każde słowo wybaczył jej w momencie, kiedy dopiero co wyszło z jej ust.

- Jak się czujesz? – zapytał Arvid, podsuwając jej krzesło i dając paczkę z suszonymi śliwkami. – Levi’m się nie przejmuj, puści to w niepamięć.

- Nie sądzę – wyburczała, biorąc jedną śliwkę. – On jest taki jak ty. Wybacza, ale nigdy nie zapomina. Czuję się całkiem dobrze – przyznała. – Gdzie Shana? Chciałabym się z nią zobaczyć.

- Wykopałem ją do domu. Kiedy leżałem w szpitalu, cały czas pracowała za mnie. Należy jej się odpoczynek.

- Rozumiem.

- Lieve?

- Hmm?

- Co się stało? – zapytał możliwie najdelikatniej. – Co się stało, kiedy byłaś w śpiączce?

Lieve opowiedziała mu wszystko dokładnie, pomijając jedynie postać małego chłopca. Doszła do wniosku, że jego osoba jest przeznaczona tylko i wyłącznie dla jej oczu, a niepokoiła ją i wpędzała w coś na kształt fascynacji. Jej wizje zwykle pokazywały wszystko jak na dłoni, ale chłopiec umiał nią pokierować tak, że niewiele rzeczy stanowiło dla niej tajemnicę. Arvid słuchał wszystkiego uważnie, nie przerywał, nie zadawał pytań. Zawsze czekał, aż jego siostra skończy opowiadać, dopiero potem mówił, co uważał za słuszne.

- Mówiłam przez sen – dodała na koniec gorzko. – Levi siedział obok i wszystko słyszał. Domyśla się, że to nie były zwykłe koszmary i dlatego drąży temat. Wkurzał mnie dzisiaj regularnie i dlatego tak na niego naskoczyłam. Miałam po prostu dosyć. Dzienna dawka jego tekstów i złośliwego sprytu mnie dzisiaj przerosła.

Arvid westchnął i wyjął spod biurka butelkę z czerwonym winem. Otworzył ją na oczach zdegustowanej Lieve i nalał sobie trunku do najbliższej szklanki. Wypił i jeszcze raz westchnął. Przeciągnął się, ziewnął, znowu westchnął, potem jeszcze raz, znowu sobie nalał, a dziewczyna z każdym jego łykiem patrzyła się z coraz większym zniesmaczeniem.

- Trzymałem abstynencję, kiedy byłaś w śpiączce – wyjaśnił. – Trochę się stęskniłem. Nie miej mi tego za złe…

- Co mam robić z Levi’m? – przerwała bezceremonialnie. – Rozumiesz pewnie lepiej ode mnie, że przed nim nie uda mi się nic ukryć.

- To nie ukrywaj. I tak wszystko słyszał – Arvid chyba nie dostrzegał w tym żadnego problemu. – To nie jest typ człowieka, który wygada to wszystkim naokoło. Nie jest głupi i dotrzyma tajemnicy. Wie, czym ujawnienie tej informacji mogłoby się dla nas wszystkich skończyć. Niepotrzebnie się martwisz.

- Może i masz rację – zgodziła się Lieve z głębokim westchnieniem. Przez chwilę siedzieli w ciszy. Arvid nalewał sobie wina i pił je małymi łykami. Dziewczyna milczała, wlepiwszy wzrok w ścianę.

- Wiem, że czasami nienawidzisz swoich zdolności, Lieve – odezwał się Arvid niemal szeptem. – To chyba jedyna rzecz na całym świecie, która napawa cię obrzydzeniem.

- Są jeszcze tytani.

- Taaak. Tytani – powtórzył porucznik i odłożył butelkę na miejsce.

********************
Rozdział 4
********************


Mijały żmudne tygodnie przygotowań do wyprawy za mury, w których Lieve, rzecz jasna, również uczestniczyła. Nie miała zielonego pojęcia o celu misji, ale miała to w nosie, bo to nie była jej sprawa. To znaczy no może poniekąd, ale co z tego? Ta wiedza nic by jej nie dała, pewnie tylko dodatkowo spowodowała zmartwienie i przedwczesną depresję. Bała się i to jak… poskręcane ciała kolegów i koleżanek, z którymi teraz śmiała się i swobodnie rozmawiała przy stole, ciągle nawiedzały ją w snach. Dokładnie takie, jakimi zapamiętała je ze swojej śpiączki. Wokół strzępy ubrań, ostrza, brunatne skrzepy na pniach drzew, wyglądające jak skorupa jakiegoś upiornego owada. Ilekroć sobie to przypomniała, trzęsła się z przerażenia, ale zrobiła już przecież wszystko, co mogła. Powiedziała Arvidowi.

Brat nie poświęcał jej teraz zbyt wiele czasu, ale doskonale rozumiała, że nie pozwalał mu na to nawał obowiązków. Przygotowania do wyprawy za mur zawsze zajmowały dużo czasu i wysiłku. Erwin starał się doprowadzić do tego, by maksymalnie ograniczyć liczbę ofiar. Lieve w głębi duszy uważała, że dowódca niepotrzebnie się stara. Zawsze wracali z wypraw zdziesiątkowani, przy czym nie przynosili żadnych nowych informacji. Dziewczyna wiedziała, że to bardzo okrutny sposób myślenia, ale nie umiała go zmienić.

Przeprosiła Elodie za swoje karygodne zachowanie podczas obrony Trostu, za wszystkie krzyki i własną słabość. Koleżanka oczywiście natychmiast jej wybaczyła, ale to wcale nie pomogło Lieve. Czuła się bardzo bezsilna. Wszyscy naokoło starali się, a ją dopadało ciągłe przeczucie, że i tak nie ma żadnego wpływu na przebieg wydarzeń, że i tak jej przyjaciele umrą, a ona nie będzie mogła zrobić nic, żeby im pomóc.

Poznanie nowych ludzi trochę odsunęło ją od tych ponurych rozmyślań. Do Zwiadowców dołączyło wielu kadetów, łącznie z Erenem. Lieve spędzała więc czas w ich siedzibie, pomagając sprzątać i wykonując takie prozaiczne czynności jak gotowanie. Popołudniami oczywiście pracowała w szpitalu, ale wcześniej dzień upływał jej prawie przyjemnie w towarzystwie zwiadowców i Kocmołucha. Kocur niezbyt uprzejmie zachowywał się w stosunku do obcych, dlatego na początku dochodziło do pewnych spięć.

Był na przykład taki jeden, Armin, który jak tylko widział Kocmołucha, zaczynał przeraźliwie krzyczeć. Lieve myślała, że go zamorduje.

- Rozumiem, że można bać się zwierząt – powiedziała wściekła za którymś razem, kiedy straciła cierpliwość. – Ale jeśli usłyszę, że krzyczysz na tego kochanego czarnego diabła, to osobiście cię zatłukę. Lubię koty, cieniasie.

Armin z każdym jej słowem wyglądał na coraz bardziej przerażonego. Mimo to ostatecznie jakoś udało mu się dogadać z Lieve, która wciąż traktowała go raczej chłodno. Owszem, rozmawiali bez gróźb i brzydkich określeń, ale wciąż nikt normalny nie nazwałby tego przyjacielską relacją. Lieve uważała Armina za słabowitego i płaczliwego chłoptasia i absolutnie nie widziała w nim nic z żołnierza.

Za to z Erenem dogadywała się aż za dobrze. Już za pierwszym razem kiedy razem zabrali się za sprzątanie, skończyła się to bitwą na psikacze i mopy. Levi z wściekłą miną odesłał dziewczynę do kuchni, a z Erenem… wolała nie wiedzieć, co zrobił. Tak czy inaczej kapral ostatecznie nie mógł ich powstrzymać od gonitw po całej siedzibie i działania mu na nerwy. Żadnym sposobem. Lieve całkiem nieźle poznała tego chłopaka o obłędnych oczach, ale nie umiała czuć się z tym do końca szczęśliwie. Ciągle przede wszystkim zamartwiała się przyszłością i wyprawą za mury.

Postanowiła zrobić sobie jedno przedpołudnie wolne, by móc spokojnie pójść na zakupy i kupić sobie coś ładnego. Pogoda była tego dnia średnia, bowiem niemal całe niebo przykryły poszarzałe chmury. Wiał lekki, ciepły wiatr. Mimo wszystko nie zapowiadało się na deszcz.

- Cześć, Kocyk – kocur podszedł do Lieve i otarł się o jej łydkę. – Chcesz iść ze mną?

Nie była pewna, czy wszystkie plotki o niechęci do czarnych kotów są prawdziwe, ale znajomi jej żołnierze odnosili się do Kocyka raczej serdecznie. Postanowiła więc nie martwić się na zapas i po prostu poszła dalej. Zwierzę podreptało za Lieve jak pies, z niebieskimi oczami wlepionymi w jej twarz. Czasami ten kot ją przerażał, ale tylko czasami.

Na ulicy zebrał się tłum słuchający słów jednego z kapłanów, którego Lieve już kiedyś widziała. Nie umiała tylko przywołać odpowiedniego wspomnienia, więc możliwe, że tylko jej się śnił. Podeszła bliżej i wsłuchała się w to, co krzyczał. Jak zwykle wychwalał mury, głosił, że nie wolno ich w żaden sposób zmieniać, a bóg pokaże ich za zatkanie wyrwy skałą. Dziewczyna zaciskała pięści z bezsilnej złości, chcąc facetowi mocno przygrzmocić. Nie rozumiała idei religii, która głosiła wyższość kamiennych brył nad ludzkim życiem. Doskonale wiedziała o tym, że ta głupia sekta składa w ofierze ludzi. Wyglądało na to, że teraz również ma to nastąpić.

Mężczyzna w średnim wieku wlókł za włosy kobietę, która wyrywała mu się i płakała. Facet miał z metr dziewięćdziesiąt wzrostu i szerokie bary. Kobieta wyglądała przy nim jak szmaciana lalka, jak kukła, którą mógł pomiatać wedle swojej woli. Lieve nigdy nie rozumiała, na czym to dokładnie polegało, czy wybierano ofiarę losowaniem, czy jakimś innym sposobem. Kocmołuch zamiauczał. Dziewczyna spojrzała na niego. Kocur uporczywie wpatrywał się w jej twarz. Znowu zamiauczał.

- I co ja niby mogę zrobić? – spytała z rozżaleniem.

Jeszcze raz zamiauczał, a Lieve czując, że robi coś niewyobrażalnie głupiego, przepchnęła się prosto w stronę mężczyzny i stanęła mu na drodze. Już sama ta postawa wywołała wśród zebranych niemałe poruszenie. Facet chyba uważał, że coś jej się pomyliło, dlatego chwycił ją za bluzkę i brutalnie odepchnął, nie mówiąc ani słowa. Lieve złapała go za koszulę od tyłu i mocno zaparła się nogami. Wyglądało to bardzo komicznie, ale tylko tyle była w stanie zdziałać.

- Oszalałaś? – warknął w jej stronę. Kobieta tymczasem skorzystała z szansy i wyrwała się mężczyźnie. W biegu z histerycznym śmiechem przeorała mu policzek paznokciami, ale facet nawet się nie skrzywił.

- Łapać ją! – krzyknął klecha, ale żaden człowiek się nie ruszył.

Kapłan wyglądał na wściekłego. Kilku żołnierzy z Oddziału Stacjonarnego stało obok, ale nie mieli zamiaru pomagać szaleńcowi w odprawianiu jego zabójczych praktyk. Wciąż mieli Kościołowi za złe, że tak zaciekle broni murów i nie pozwala wbudować dodatkowych zabezpieczeń.

- Ona też może być – stwierdził. – Głupia heretyczka. Łap ją – rzucił rozkaz w stronę wielkiego mężczyzny, który poprzednio prowadził tamtą roztrzęsioną kobietę.

- Tylko spróbuj – znikąd pojawił się Levi.

Jego spokojny, ale stanowczy głos przywołał wszystkich do porządku. Wielki facet zatrzymał się niepewnie, a klecha umilkł. Wszyscy zebrani zaczęli przekazywać sobie szeptem, że jest tu najsilniejszy żołnierz ludzkości. Kapral oczywiście zignorował to i stanął przed Lieve, zwrócony do niej plecami. Kiedy przechodził obok, dostrzegła na jego twarzy wyraz, jakim darzył każdego, kogo nienawidził. Dziewczyna wolałaby osiem razy przeżyć atak swojej migreny, niż żeby Levi raz się tak na nią spojrzał.

- Jak wiesz, jestem jej znajomym ze Zwiadowców – powiedział prosto w stronę klechy. – Jej bratem jest porucznik Arvid. Obaj świetnie posługujemy się bronią. Zrób jej krzywdę, a Żandarmeria do końca trwania twoich ukochanych murów będzie zbierać twoje wnętrzności z całego Trostu. Idziemy, Lieve.

Odwrócił się i ruszył, a Lieve potruchtała za nim. Słyszała, jak ludzie coraz głośniej za ich plecami komentują zdarzenie, ale kapral nie zdawał się tym za bardzo przejmować. Jego fanki patrzyły na niego porozumiewawczym wzrokiem i posyłały całusy, całe rozanielone, ale on tylko gapił się do przodu. Żadnej nie zaszczycił nawet jednym spojrzeniem.

- Dzięki, Levi – odezwała się sanitariuszka, bo chyba powinna tak zrobić. – Czemu jesteś w mieście i to w dodatku bez Erena? Po co przyszedłeś?

- Żeby zapobiec tragedii. To chyba oczywiste.

- Chwila! – powiedziała nieco rozeźlonym tonem. Zaskoczył ją chłód w głosie kaprala. - Skąd niby miałeś wiedzieć, że…

Zatrzymał się i zgromił ją spojrzeniem. Zwykle był zimny, ale dzisiaj miał najwyraźniej jeszcze gorszy humor. Nie był w nastroju na owijanie w bawełnę.

- Kiedy spałaś, twoje oczy wywróciły się tak, że było widać tylko białka – oświadczył bez litości. – Wtedy zaczęłaś mówić nienaturalnie grubym głosem, dziwnie dobierając słowa. Powiedziałaś między innymi, że Eren zatkał dziurę w murze. To była prawda. Potem przewidziałaś, że zleję go w sądzie, i w ten sposób przyłączą go do Zwiadowców. Zrobiłem to, i faktycznie tak się stało. Na koniec przewidziałaś własną śmierć w płomieniach. Skoro tamte rzeczy się sprawdziły, z tą stałoby się podobnie. Powinnaś to wiedzieć lepiej ode mnie – ochrzanił ją najgroźniejszym ze swoich spojrzeń. – Jest wiele innych sposobów śmierci, znacznie bardziej atrakcyjnych i przydatnych, niż bycie spaloną przez grupę zidiociałych fanatyków.

Lieve stała jak słup soli, słuchając jego słów. Doprawdy nie spodziewała się, że będzie aż tak bezpośredni. Naprawdę ma zły humor, pomyślała.

- Wiem, że jesteś wieszczem, Lieve – dodał bez pardonu, kompletnie ją nokautując. – Nie mam zielonego pojęcia jakim cudem i dlaczego, ale twoje przepowiednie się sprawdzają. Nie rób takiej miny, nie powiem nikomu. Arvid wie, prawda?

Dziewczyna kiwnęła ostrożnie głową i wzięła głęboki oddech.

- Wie tyle, ile sama mu powiem. Dlatego…

- Dobrze, nie będę z nim o tym rozmawiał. W zamian chcę, żebyś mi też mówiła o wszystkim, co widzisz.

- Jasne. – Powiedziała natychmiast. To i tak była niewielka cena, na którą mogła przystać. To, jak Levi bezczelnie ją zdemaskował, kompletnie odebrało jej wiarę w siebie. Będzie musiała mówić mu o wszystkim, co się dzieje w jej głowie… w sumie to pewien rodzaj niewolnictwa. Parsknęła śmiechem na tę myśl, ale szybko się opanowała.

Spojrzała na kaprala z mieszaniną niepewności i żalu.

- Jesteś na mnie zły, co nie? – spytała.

- Jak cholera – przyznał. – Ukrywałaś coś naprawdę istotnego.

- Wiesz, że nie mogłam nikomu powiedzieć. Bałam się reakcji… twojej, tych wszystkich ludzi. Jesteś bardzo trzeźwo myślący i nie wierzysz w coś takiego, jak zdolności nadprzyrodzone. Uznałbyś mnie za wariatkę.

- Na własne uszy słyszałem ciebie podczas jednego z takich, nazwijmy to „ataków”. Po czymś takim musiałem uwierzyć.

- Racja. Przepraszam.

Westchnął i pokręcił głową z dezaprobatą. Wymruczała przeprosiny za to, że przeprasza, a potem poszli prosto w kierunku gabinetu Arvida.

***(Mikasa)***


- …podzielimy się w ten sposób.

Arvid kreślił na tablicy różnego rodzaju linie i punkty, które podpisywał imionami i nazwiskami. Mikasa słuchała uważnie, notując wszystko na białych kartkach papieru. Obok niej siedziała Shana, dziwnie nieobecna i obojętna. Ackerman starała się zignorować to spostrzeżenie i zająć słowami porucznika. Wyjście za mury to nie żarty i trzeba się do tego odpowiednio przygotować. Jeśli martwiła się o Shanę, mogła jej o tym powiedzieć później. I pocieszyć, o ile szeregowa będzie miała ochotę na zwierzenia, co było raczej wątpliwe.

Armin siedział po drugiej stronie Mikasy. Podobnie jak ona, zdawał się słuchać aż nadto uważnie. Dziewczyna zastanawiała się głęboko nad tym, czy jej decyzja o przystąpieniu do oddziału porucznika Arvida była słuszna, ale w jej głowie żadna z odpowiedzi nie wydawała się poprawna, każda miała za to swoje plusy i swoje minusy. Postawiono ją daleko od Erena, ale z drugiej strony przede wszystkim była żołnierzem. Do jej zadań należało chronić ludzkość. Kiedy wstąpiła do wojska, zrobiła to tylko dlatego, że poszedł tam Eren. Obiecała sobie zawsze go bronić, ale… koniec końców to nie ona decydowała o tym, czy będzie blisko niego. Musiała się starać tu, gdzie ją przydzielono, aby pewnego dnia dostała na tyle znaczący awans, żeby móc mieć go już zawsze przy sobie.

- Zawiesiłaś się – zauważyła delikatnie Shana, patrząc na nią badawczo. – Stało się coś?

Mikasa pokręciła głową. Powinnam ciebie zapytać o to samo, pomyślała. Szeregowa miała oliwkową karnację, przez co zawsze wyglądała na żywą i wypoczętą. Mimo to Mikasie nie umknęły sińce pod oczami i wyraźne oznaki niewyspania. Każdy ruch Shany zdawał się być leniwy, powolny. Zdawała się myśleć wolniej i mówić ciszej.

- Wyglądasz na wyczerpaną – odpowiedziała więc, starając się nie brzmieć wścibsko.

- Jestem zmęczona. Ostatnio miałam dużo pracy – uśmiechnęła się Shana, bardzo przyjaźnie i szczerze. Tak jak zawsze. Nie wyglądało na to, żeby kłamała.

Arvid tłumaczył coś właśnie jednemu ze swoich żołnierzy, więc Mikasa wykorzystała tę chwilę, żeby jeszcze raz prześledzić wszystko, co wcześniej napisał na tablicy. Hmm. Czyli ma mieć pod swoją opieką mały oddział złożony z dwóch ludzi.

- Przydzielił ci Griet i Ryker’a – westchnęła Shana, krzywiąc się trochę. – Ciężki orzech do zgryzienia. Są silni, ale bardzo się ze sobą kłócą. Będziesz musiała ich nieustannie rozdzielać. To może być męczące zadanie.

- Którzy to? – Mikasa rozejrzała się z zainteresowaniem.

- Ryker siedzi w prawym górnym rogu, o tam – wskazała palcem. – Griet w lewym dolnym. Łatwo się tego domyślić.

Ackerman odwróciła głowę i napotkała nieprzychylne spojrzenie zielonych oczu Griet. Przeszły ją ciarki. Ta dziewczyna była wielkoludem i przewyższała o głowę wszystkich żołnierzy, którzy siedzieli obok, przez co wyglądała jeszcze groźniej. Mikasa doskonale wiedziała o swojej sile. Mimo to postura Griet nie pozostawiała żadnych złudzeń… w walce wręcz mogłaby się polać krew z obu stron.

- Czemu patrzy na mnie z taką nienawiścią? – spytała Shanę, która wzruszyła ramionami.

- Kto ją tam wie. Podejrzewam, że trochę wkurza ją, że będzie musiała słuchać rozkazów kogoś, kto dopiero co dołączył do Zwiadowców. Bardzo ciężko trenuje i sama chciałaby dowodzić.

Mikasa westchnęła ciężko.

- Może być problem.

- Poradzisz sobie. Wielu żołnierzy na początku nie ufa nowemu dowódcy, ale to naturalna kolej rzeczy.

- Tobie kogo przydzielono?

- Armin, czyli ty – odezwała się Shana do niego. Odpowiedział nieśmiałym uśmiechem. – Oraz jakąś Sashę. To nie ta, która ostatnio ukradła z kuchni trzy kilogramy ziemniaków?

- Tak, ta sama.

Mikasa nie zamierzała tłumaczyć szeregowej, jaką dokładnie osobą jest Sasha. Miłośniczka żarcia zawsze odnosiła się do niej życzliwie, ale to była jednostronna uprzejmość. Ackerman jeździła po niej ilekroć tylko mogła, wcale się z tym nie kryjąc. Ziemniaczana Panna nie wydawała się tym ani trochę przejmować. Dziwna kobieta.

Shana powachlowała się kartką i odchyliła na krześle, patrząc w sufit. Miała bardzo długie włosy, ale spinała je podczas walk i na treningach. Czasami Mikasa jej zazdrościła, ale krótkie włosy miały więcej plusów, podczas gdy długie tylko jeden. Ładnie wyglądały.

- Chyba będzie dobrze – stwierdziła Shana, zerkając na Sashę. Mina dziewczyny wskazywała na to, że ta z trudem powstrzymuje się od sięgnięcia do wybrzuszonej kieszeni. Mikasa dałaby sobie głowę uciąć, że znajduje się tam ziemniak lub coś równie absurdalnego.

- Ja… - odezwał się Armin w stronę Shany. – Nie jestem zbyt silny – przyznał otwarcie. – Dam jednak z siebie wszystko…

- Hę? – brązowe oczy Shany zaiskrzyły się automatycznie. Popatrzyła na niego niemal groźnie. – Nie licz na fory. I nie próbuj się podlizywać.

- Ja tylko…

- Nie bądź dla niego taka ostra – wtrąciła Mikasa. – Armin jest bardzo sprytny i nieraz to właśnie jego pomysły zadecydowały o powodzeniu naszych misji.

Szeregowa zmrużyła oczy i popatrzyła na Armina, lustrując go od stóp do głów. Mikasa łatwo domyśliła się, co też Shana może zobaczyć. Słabeusza. Smutne, ale prawdziwe. Arlert nigdy nie wykazywał się dużą sprawnością fizyczną, jeszcze zanim trafił do wojska. To ona i Eren musieli wyciągać z kłopotów swojego blond przyjaciela, słabego, ale mądrego i wrażliwego. Nawet na moment, nigdy nie przyszło jej do głowy, by obwiniać Armina za jego słabość. Nie wolno mierzyć ludzi własną miarką, bo każdy potrafił wykazać się w czymś innym. Dobry dowódca o tym wiedział i starał się maksymalnie wykorzystywać potencjał każdego ze swoich żołnierzy.

- Przeszkadzam?

Mikasa podniosła oczy, tak samo jak Shana i Armin. Przed nimi stał Arvid i najwyraźniej był wściekły. Uśmiechnął się jadowicie. Szeregowa ostrzegała Mikasę wcześniej, żeby uważnie słuchała porucznika podczas wyjaśniania taktyki, bo łatwo się wtedy wkurza. I wcale nie dlatego, że jest kimś pokroju zwykłego, znudzonego życiem, sfrustrowanego nauczyciela. On po prostu świetnie zdawał sobie sprawę, że znajomość tego wszystkiego co mówił, może im uratować życie.

- Nie, panie poruczniku – odezwała się Shana. Mikasa nie miała odwagi, by to uczynić. Nic nie wiedziała na temat Arvida i trochę się go bała. Sprawiał wrażenie dobrego człowieka, ale surowego dowódcy.

Zerknęła w bok na Shanę. Jej oczy wpatrywały się w twarz porucznika spokojnie i pewnie. Nie wyglądała na ani trochę zestresowaną.

- Przepraszamy – dodała szeregowa. – Chciałam wyjaśnić koleżance kilka ważnych kwestii dotyczących tego, co pan napisał, poruczniku. Rozumiem jednak, że to nie jest odpowiedni czas i miejsce. Zrobię to później.

Mikasa patrzyła się z szeroko otwartymi oczami, jak Arvid kiwa ze zrozumieniem głową i wraca do tablicy, dopisując na niej kilka uwag. Nie do wiary, że miał aż takie zaufanie do swojej szeregowej. Shana uśmiechnęła się do niej uspokajająco i pokazała kciuk w górę. Ackerman parsknęła cicho i pokręciła głową. Nie do wiary. Naprawdę.

Do końca wykładu Arvida siedziała cicho i słuchała uważnie. Nie zwracała uwagi na przysypiającą ze zmęczenia Shanę ani na odgłosy chrupania ze strony, gdzie siedziała Sasha. Starała się za wszelką cenę odgonić wrażenie, jakby ktoś ją obserwował. Cały czas czuła na sobie badawczy wzrok Griet, która zapewne zastanawiała się, kim jest ta cała Mikasa Ackerman, której rozkazów będzie trzeba słuchać. Podporządkowanie sobie kogoś takiego okaże się zapewne zajebiście trudne.

Z tą myślą poszła na chwilę odwiedzić Erena. Bardzo chciała go jeszcze raz zobaczyć, zanim wyruszą. Chłopak wydawał się być zajęty. Pomagał swoim towarzyszom pakować odpowiednie zaopatrzenie i nawet jej nie zauważył. Podeszła i wyręczyła go w niesieniu butli z gazem, na co trochę się skrzywił.

- Zawsze musisz mnie niańczyć? – zapytał sucho.

Mikasie zrobiło się przykro. To była pierwsza chwila odkąd obronili Trost, kiedy mogła z nim porozmawiać sam na sam. Wiedziała, że jej nadopiekuńczość może działać na niego jak oliwa na ogień, ale, na boga, czy on nie mógł zrozumieć pewnych spraw? Był dla niej szalenie ważny. Ważniejszy niż ktokolwiek inny. Uratował jej życie niejednokrotnie. Byli rodziną, a teraz mieli tylko siebie. Czy to naprawdę takie dziwne, że za wszelką cenę chciała go chronić?

- Eren – zaczęła, ale od razy umilkła. Nie. Ona nie umiała rozmawiać o takich rzeczach. – Czy zakazali ci podczas wyprawy zamieniać się w tytana? – spytała zamiast tego, a w sercu poczuła ciężar. Eren drgnął.

- Skąd wiedziałaś?

- Nie słuchaj ich – powiedziała rozemocjonowana. – Jeśli będzie ci coś grozić, nie wahaj się, rozumiesz?

- Co ty… to jasne, że pozwolili mi zrobić to, jeśli moje życie będzie zagrożone.

Westchnęła.

- Nikt nie wie, jak to się dzieje, że umiesz to robić. Nikt też nie wie, dlaczego wtedy straciłeś kontrolę nad tytanem. Ale jedno jest pewne. Jesteś wtedy znacznie silniejszy i prawdopodobieństwo, że ktoś cię, skrzywdzi, jest nikłe.

- Mikasa – warknął Eren, starając się zabić ją wzrokiem. – Znowu dbasz tylko o swoje interesy. Nikt mnie nie skrzywdzi, co? A inni? O nich też muszę myśleć. Nic nie interesują cię ludzie, którzy są tutaj podobnie jak ty po to, żeby mi pomóc. Nie chcę dać im zginąć tylko dlatego, że nie posłucham rozkazu.

- Eren…

- Powinnaś już iść.

Mikasa nie miała wyboru, jak tylko go posłuchać. Miał rację. Miał, a mimo to… nie umiała sobie z tym poradzić. Zawsze był, jest i będzie dla niej najważniejszy.

***(Shana)***


Był ciepły wieczór, kiedy Shana i Arvid kończyli pracę w jego gabinecie. Z większością papierów zdążyli się uporać zgodnie z oczekiwaniami Smitha, dlatego porucznik bezceremonialnie wyciągnął butelkę z winem i położył nogi na biurku. Westchnął głęboko z błogim uśmiechem, a szeregowa rzuciła mu zniesmaczone spojrzenie spod uniesionych brwi. W tym akurat zgadzała się z siostrą swojego dowódcy – powinien coś zrobić ze swoimi nawykami alkoholowymi. Z dwojga złego mimo wszystko wolała, żeby od czasu do czasu było czuć od niego procenty, niż non stop smród tytoniowego dymu. Nienawidziła papierochów najbardziej na świecie i wcale się z tym nie kryła.

- Jutro wyruszamy – przypomniała mu bezlitośnie. – Nie powinien pan przesadzać.

Arvid przeciągnął się i spojrzał na nią jak zraniony szczeniak.

- Jesteś taka zimna – poskarżył się. – Dlaczego nie napijesz się ze mną? Dot Pixis obiecał towarzyszyć mi przy kieliszku, ale obowiązki zatrzasnęły mnie w tym gabinecie. Co ty na to, Shana? Jeden raz, ślicznie proszę. Nikt się nie dowie.

Shana przez chwilę czuła lekką frustrację na widok tak wielkiej nieodpowiedzialności człowieka, którego kochała. Potem poczuła, jak jej usta mimowolnie układają się w uśmiech. Pokręciła głową, jakby nie mogła uwierzyć.

- Przykro mi, poruczniku. Może nawet o dziwo bym się z panem napiła – powiedziała, mając ochotę przygrzmocić głową w mur. Dźwięk tych słów wydobywających się z jej własnych ust był zbyt abstrakcyjny. – Chcę dzisiaj jeszcze odwiedzić siostrę.

Arvid zakołysał się na krześle i spojrzał na nią zaskoczonym wzrokiem.

- Aa… - wydusił z siebie po jednej chwili. – No tak, faktycznie. Masz siostrę. Starszą, prawda?

- Ma na imię Megan. Mieszka niedaleko razem ze swoim mężem i dwójką dzieciaków.

- Ooo. Tyle szczęścia.

- Prawda?

- Szeregowa, zamierzam przydzielić ci do grupy również Lieve – ton Arvida trochę się zmienił. Jego oczy zdawały się patrzeć gdzieś w przestrzeń. Shana cała się spięła na jego słowa. – Nie denerwuj się tak. Wiem, co myślisz. Że to taka odpowiedzialność za życie mojej siostry, to-tamto, ale wiesz, przy tobie pewnie będzie bardziej bezpieczna niż przy mnie. Jest co prawda wojskową sanitariuszką, dobrze zna trójwymiarowy manewr i teoretycznie asystowała przy zabiciu kilkunastu tytanów. To jednak nie czyni z niej dobrego żołnierza. Zdajesz sobie z tego sprawę, prawda?

- Tak, poruczniku. Ale nie sądzę, żebym…

- Dasz radę. Wierzę w ciebie, szeregowa. Zresztą… - dodał, przenosząc na nią swoje spojrzenie. – Będę czuł się lepiej, jeśli zostaniecie blisko siebie.

Shana odłożyła na biurko stos dokumentów, ostatni, jakim musiała tego dnia się zająć. Kiwnęła głową na słowa przełożonego, chociaż ani trochę nie czuła się pewnie po decyzji porucznika. Chciała jak najszybciej opuścić gabinet i uciec przed jego pełnym zaufania spojrzeniem. Było nie do zniesienia.

- To wszystko, poruczniku. Mogę już iść? – w odpowiedzi tylko wzruszył ramionami, więc podeszła do drzwi. – Tylko niech pan nie przesadza – dodała na koniec, mierząc wino rozeźlonym spojrzeniem.

Arvid popatrzył na nią spod przymrużonych powiek i podniósł lampkę teatralnie.

- Twoje zdrowie, Shana.

Zamknęła za sobą drzwi i wybiegła na świeże powietrze. Zmierzchało już, ludzie powoli schodzili się do swoich domów, a niebo przybrało pomarańczowy kolor. Różowe chmury zdobiły je jak małe kłębuszki waty. Dziewczyna stała chwilę w miejscu, tam, przed wejściem, chcąc uspokoić oddech i własne myśli. Co do cholery myślał sobie porucznik? Lieve była bardzo słaba, nie miała szans na przeżycie za murami. Udawało jej się to tylko dlatego, że był przy niej kapral Levi lub Arvid. To nieodpowiedzialne, żeby własną siostrę powierzać komuś takiemu jak ona. Komuś, kto pozwolił umrzeć własnemu braciszkowi.

Arvid o tym nie wiedział, rzecz jasna. W ogóle niewiele o niej wiedział, dlatego też traktował z zaufaniem większym, niż na to zasługiwała. Shana przyłożyła sobie rękę do ust, czując, że zbiera jej się na płacz. Uspokój się, powiedziała sobie. Te puste słowa skierowane pod własnym adresem nie mogły jej jednak pomóc, skoro za chwilę znajdzie się u swojej rodziny, przed którą chciała uciec. Nie, nie przed siostrą, bo siostrę nad życie kochała. Gdyby kiedyś stanęła przed wyborem, kogo ocalić – Arvida czy Megan, prędzej odebrałaby sobie własne życie. To była dwójka z trójki najważniejszych ludzi w jej życiu.

Był też oczywiście Tim. Braciszek, który odszedł, zanim na dobre zaczął żyć. Kochała go nadal, bo przecież śmierć bliskiej osoby nigdy nie jest wystarczającym powodem, by przestać. Pozwoliła mu zginąć, wiedziała, że do tego wkrótce dojdzie. Mimo to nie zrobiła nic, żeby go uratować. Bo była młoda, słaba. Bo była tchórzem. Cały czas uciekała, byle dalej.

Westchnęła i odczekała chwilę, aż gula w gardle zniknie. Nie mogła się przecież rozpłakać, na litość boską. Każdy, tylko nie ona.

- Witaj w domu, Shana – Megan przytuliła ją na powitanie. Shana ucieszyła się, że ją widzi, chociaż te słowa za każdym razem brzmiały w jej uszach jak kłamstwo.

Megan miała oczy nieco jaśniejsze od niej, tak samo włosy. I była niższa, chociaż wciąż każdy rozpoznałby w nich rodzeństwo. Mąż Megan, Dran, był z dziećmi na podwórzu, grając w jakąś grę. Shana była wdzięczna, że zostawił kobietom trochę przestrzeni. Jakoś nigdy nie czuła się dobrze w tym miejscu. Miała wrażenie, że wtrąca się w szczęśliwe życie dwójki ludzi, w szczęśliwe życie, którego nigdy nie będzie w stanie poznać, bo… bo się bała, że coś schrzani. Tak samo jak schrzaniła bycie starszą siostrą dla Tima.

Dran i Megan byli szczęśliwi, a ona była tą osobą, która im to szczęście mąciła. Wizytami, narzucaniem się, własnym smutkiem, którego nie umiała odgonić. Nigdy nie pogodziła się ze stratą rodziny. A w tym domu mieszkał jeszcze ktoś, kogo widok sprawiał Shanie największy ból. Ich matka. Jedyna osoba, którą Shana obwiniała bardziej niż samą siebie.

- Ona chce cię zobaczyć – powiedziała łagodnie Megan, kiedy postawiła przed Shaną kubek z herbatą. – Tęskni za tobą.

- Każdego dnia na nowo. Nie robi to jej różnicy – Shana nienawidziła siebie za ten chłód. Mimo to jeszcze bardziej nienawidziła kłamstwa. Gdyby zobaczyła matkę, uczucia wzięłyby górę i musiałaby kłamać.

- Wiesz, że jest chora. Każdego dnia budzi się i zachowuje tak samo. Zadaje dokładnie te same pytania, o ciebie i o ojca, i o… Tima. Ona nie pamięta, że Tim nie żyje. Za każdym razem. Sądzisz, że to takie łatwe? Każdego dnia opiekować się nią i udawać, że wszystko jest w najlepszym porządku, że ojciec wyjechał służbowo, a jej syn poszedł na noc do kolegi… albo radzić sobie z szokiem, jaki zawsze wywołuje u niej widok mojego męża i dzieci.

Shana zacisnęła pięści pod stołem. Twarz pozostawiła nieruchomą i bez emocji, zupełnie jak maskę.

- Rozumiem, że ci ciężko.

- Nie, nie rozumiesz, słońce – w tych słowach nie było pretensji, tylko ciepło. Megan uścisnęła jej dłoń, chcąc dodać otuchy. – Spotkanie z tobą pomogłoby jej.

- Jutro by tego nie pamiętała. Spotkanie ze mną nic jej nie da, a mnie zniszczy.

- Nie możesz tego wiedzieć. Kiedy ostatnio się z nią widziałaś?

- Bardzo dawno temu.

- A z ojcem?

To pytanie spotęgowało tylko rosnące poczucie winy. Z tatą widziała się nieprzyzwoicie często w porównaniu z tym, na jaki margines zepchnęła własną matkę. Ojciec odszedł od nich tuż po śmierci Tima, kiedy dla wszystkich było już jasne, że matka zwariowała. Megan była dorosła i silna, więc podjęła się opieki nad nią. Shana uciekła do wojska niemal natychmiast, nie chcąc mieć nic wspólnego z rodziną i ich domem wariatów. Wiedziała, że postąpiła źle, tchórzliwie i egoistycznie, ale wtedy była tylko dzieckiem. Słabym, bezbronnym, nieszczęśliwym.

- Zobacz się z nią, Shana – naciskała dalej Megan. – Bardzo cię proszę.

Nie, nie, nie. Nie chciała. Z drugiej strony czuła się winna, i śmierci Tima, i tego jak traktowała kobietę, która wydała ją na świat. Nie wątpiła w to, że mama ją kochała. Początkowymi objawami choroby były napady histerii i lęku, potem zaniki pamięci, aż skończyła jak teraz. Pewnie niedługo umrze, a Shana jakoś nie umiała sobie tego wyobrazić. Jak na łożu śmierci jej matka ma uwierzyć, że podczas gdy ona opuszcza ten świat, najmłodszy syn jest na nocowaniu u kolegi, Shana uczy się do późna, a ojciec wyjechał służbowo? To tak rozpaczliwie beznadziejne, że aż chce się płakać.

Jestem okropną córką i siostrą, pomyślała Shana. Jestem też beznadziejnym żołnierzem, bo kocham się w swoim dowódcy i nie umiem wykonać jego rozkazów bez myślenia o sobie. Pozwoliłam umrzeć bratu, matce oszaleć, ojcu odejść, sobie cierpieć.

- Jest w pokoju na górze – powiedziała nagle Megan, przerywając ciszę. – Będę z dziećmi i Dranem. Pójdź do niej.

Shana patrzyła, jak sylwetka jej siostry znika w drzwiach, pozostawiając samą tylko niepewność. Po chwili stało się dla niej jasne, że sama rozmowa z Megan była błędem. Nie powinna tu przychodzić, jeśli od samego początku nie miała ochoty widzieć matki. Zwykle udawało jej się tego uniknąć, ale dzisiaj… dzisiaj to zrobi. Musi. Nie wiadomo, ile mama będzie jeszcze żyła, dlatego dobrze zobaczyć ją jeszcze raz. Nawet jeśli będzie musiała spojrzeć na nią z nienawiścią, ze wstydem i strachem. Z pretensją, której ta nie będzie za nic rozumiała.

Każdy stopień schodów skrzypiał pod jej stopami, kiedy wchodziła po nich na górę. Były jak zegar, którego wskazówka sekundowa zbliża wędrowca do celu. Shana dotarła na szczyt i odwróciła się z niepokojem, ale było za późno, żeby zawrócić.

Zapukała delikatnie i nie czekając na odpowiedź, nacisnęła klamkę. Pokoik był skromnie umeblowany, ale zadbany i przytulny. Shana nie przyszła tu jednak po to, żeby oglądać widoki. Na fotelu siedziała przygarbiona, wychudzona postać. Mizerna, wyraźnie zmęczona. Wydłużona twarz była przeorana zmarszczkami bardziej, niż zapamiętała to dziewczyna. Włosy straciły czarny blask, który odziedziczyła po niej Shana. Były siwe, co do jednego. Kobieta uniosła wzrok znad czytanej książki i szeroko uśmiechnęła się na widok swojego dziecka.

- Shana, skarbie – powiedziała ledwo przytomnie. – Zastanawiałam się, co tak późno robisz poza domem. Megan przestrzegła, że widzisz się z przyjaciółmi i masz dużo nauki, ale… czy coś się stało, kochanie?

Dziewczyna czuła, jak jej podbródek drży, a oczy napełniają się łzami. Nie pozwoliła im wypłynąć. Pokręciła głową z fałszywym uśmiechem i usiadła naprzeciwko matki, patrząc na nią spokojnie. Chciała uciec.

Tim, wokół ciebie tyle krwi. Tyle krwi…

- Wydajesz się być smutna. Jakiś chłopak dał ci kosza? – spytała matka, a Shana wstała, nie mogąc znieść tego dłużej. Ledwie usiadła, ale teraz było dla niej jasne, że nie była na siłach do prowadzenia sobie beztroskiej pogawędki z osobą, której wina była niezaprzeczalna. – Hej, skarbie. Co się stało? Jeśli trafiłam w sedno, to się nie przejmuj. W twoim wieku miłość…

- Wiem, mamo – powiedziała dziewczyna zimno, zatrzymując się w połowie drogi do drzwi.

Och, Tim, przepraszam, tak bardzo mi przykro…

Shana niemal usłyszała, jak mama szeroko się uśmiechnęła.

- Zawsze taka byłaś, prawda, Shano? – spytała ciepłym głosem. – Zdystansowana i chłodna, ale byłaś tutaj, ilekroć cię potrzebowałam ja, Megan, ojciec lub Tim. Nie przejmuj się chłopakami…

- Mamo – zaczęła Shana, naprawdę chcąc to zakończyć i wreszcie wyjść. – Ja naprawdę wiem, co to znaczy kogoś kochać, chociaż są na świecie ludzie gotowi powiedzieć, że kochają szynkę. Nie należę do nich i znam znaczenie tego słowa.

- W takim razie spójrz na mnie i powiedz – odezwała się spokojnie. – Kochasz mnie?

Dziewczyna odwróciła się powoli. Twarz mamy, wymizerniała, ale szczęśliwa, długo potem nie chciała opuścić jej pamięci.

Tim, wokół ciebie… przepraszam, przepraszam.

- Tak – skłamała i wyszła.

********************
Rozdział 5
********************


Eren wiedział, że po szczelnym załataniu bramy w Troście, nie ma co liczyć na wydostanie się właśnie przez nią. Zwiadowców czekała długa droga na terenie wroga. Ich zadanie polegało głównie na wytyczeniu ścieżki, która miała prowadzić do Shiganshiny i tego się trzymał. Nie miał wielkich oczekiwań, że pokona na dzień dobry kilku tytanów. Kapral Levi skutecznie zgasił w nim tę arogancję i dał do zrozumienia, że jego własna przemiana nie jest mile widziana. Przynajmniej nie wtedy, kiedy ktoś odpowiedni nie wyda rozkazu albo jego życie nie będzie zagrożone. Tak, zapomnij o przemianie, Eren.

Nie miał zamiaru kłócić się z decyzją dowódców. Mieli rację. Sam czuł się okropnie z myślą, że zaatakował Mikasę. Nie ufał swojej sile tytana na tyle, by nie posłuchać kaprala. Nie pamiętał nic z chwil, kiedy był już potężnym gigantem, w pewnym sensie pobratymce wroga. Ta moc mogłaby ocalić ludzkość, ale musiał się nauczyć w pełni ją kontrolować, żeby przypadkiem nie skrzywdzić przyjaciół. Mikasa z pewnością to rozumiała, ale wciąż stawiała tylko i wyłącznie na jego bezpieczeństwo. To nie był tok myślenia, którym powinien wykazywać się żołnierz. Dlatego traktował ją z udawanym chłodem, mając nadzieję, że dziewczyna się opamięta. Kochał ją, ale każdym czasami trzeba potrząsnąć.

Niebawem mieli wyruszać. Konie stały przygotowane do drogi, a żołnierze biegali w pośpiechu. Eren dostrzegł znajomą postać przy jednym z wierzchowców. Trzymała w rękach zieloną pelerynę Zwiadowców i wpatrywała się w nią tępo.

- Cześć, Lieve – uśmiechnął się. – Czemu tak tu stoisz?

- Nie wiem.

Zdawała się być dziwnie smutna, na co i jemu zrobiło się przykro. Pomyślał, że zapewne boi się misji i dlatego wydaje się taka nieobecna. Zdawał sobie sprawę, że Lieve nie pierwszy raz pojedzie za mur, ale kiedy tylko poruszał temat jej poprzednich wypraw, milkła i wyraźnie dawała do zrozumienia, że nie chce o tym rozmawiać.

- Wiesz, Eren – powiedziała cicho, uporczywie wpatrując się w materiał. – Za każdym razem, kiedy każą mi to zakładać, czuję się oszustem.

- O czym ty mówisz? – spytał. Przecież była pomocna.

- Nie umiem dobrze walczyć. Może i nigdy nie byłam słabeuszem, ale ja… po prostu się boję. Jestem strasznym tchórzem, Eren. Potrafię innych leczyć, jeśli wiem, że nie muszę walczyć z tytanami. Za każdym razem, kiedy się do nich zbliżam, wymiękam.

Co miał jej powiedzieć? Jak pocieszyć? Sam wykazywał się przecież niemałą odwagą, wręcz brawurą. Jeśli miałby zabić tytana, po prostu by to zrobił. Już raz „umarł” z ręki tych bestii. Zrobi to jeszcze raz, jeszcze i jeszcz, jeśli będzie trzeba.

- Wiem, co sobie myślisz. Nie rozumiesz – ciągnęła. – Koty mają ponoć dziewięć żyć, ty pewnie masz jeszcze więcej – uśmiechnęła się blado. – Ale ja jeszcze nie chciałabym umrzeć.

- Nie umrzesz.

Oczywiście to były najgłupsze słowa, jakie mógł jej powiedzieć, ale po prostu mu się wyrwało. Nie umiał rozmawiać o uczuciach, o życiu i śmierci, o odwadze i tchórzostwie. Kiedyś zapewne obsmarowałby każdego, kogo uznałby za tchórza, ale teraz… teraz już nabył nowych doświadczeń, zyskał zdrowy rozsądek. Nie można winić nikogo, kto boi się tytanów. Są straszni. Przerażający. Strach przed nimi to rzecz normalna, a nie każdy rodzi się po to, żeby zostać żołnierzem.

- Nie umrzesz, bo jesteś mądra…

- W zamian za to zginą odważni, żeby mógł żyć tchórz? – spytała Lieve, a na jej twarzy pojawił się cień szyderczego uśmiechu.

- Mówiłem, że jesteś mądra – westchnął. – Nie martw się na zapas. Będą jechali z tobą doświadczeni żołnierze, w tym szeregowa Shana. Twój brat nie powierzyłby cię swojej szeregowej, gdyby nie była bardzo silna.

- Och, teraz próbujesz mnie pocieszyć w trochę inny sposób i sugerujesz, że troszczę się tylko o swoje bezpieczeństwo – w jej głosie nie było śladu pretensji lub gniewu. To było zwykłe, chłodne stwierdzenie. – Daj spokój, Eren – dodała, kiedy chciał się wtrącić. – Jestem ci wdzięczna, że próbujesz mnie pocieszyć, ale to na nic. Mogę sobie poradzić jedynie przezwyciężając własny strach, a to jestem w stanie zrobić tylko sama.

Uśmiechnął się.

- Na pewno dasz radę. Ćwiczyliśmy kilka razy, prawda? Już teraz wiem dlaczego mnie o to prosiłaś – powiedział. – Wierzę w ciebie.

Jej oczy zaszkliły się niebezpiecznie, na co Eren westchnął i udał, że patrzy w inną stronę. Czuł na sobie wzrok Lieve. Zbliżyli się do siebie podczas wykonywania takich prostych czynności jak sprzątanie w ich siedzibie. Ganiali się po korytarzach ze szczotkami, wiadrami wody i mopami, a Levi krzyczał na nich bez większego rezultatu. Umiliła mu pierwsze chwile w dywizji i był jej za to niezmiernie wdzięczny. Lubił Lieve i na pewno nie chciałby, żeby stała jej się krzywda.

Zanim zdążył zaproponować jej, żeby powoli zaczęła kierować się w stronę oddziału Shany, przytuliła go mocno. Nie bardzo wiedział, czy powinien coś powiedzieć lub zrobić, dlatego nieśmiało odwzajemnił ucisk.

- Dziękuję, Eren – odsunęła się od niego. – Uważaj na siebie, dobrze?

- Czasami zachowujesz się podobnie jak Mikasa – stwierdził. – Zatroszcz się o siebie, co?

- Ty się troszczysz o nas, a my o ciebie. Świat byłby okropnym miejscem, gdyby każdy troszczył się tylko o siebie.

Już otwierał usta, żeby coś jej na to odpowiedzieć, ale uśmiechnęła się i znikła w mieszaninie ludzi i koni. Miała rację mówiąc, że tak właśnie działa troska. Ani on, ani nikt z ludzi których kochał, nie był egoistą. Idąc do walki myślało się bardziej o towarzyszach, przynajmniej on tak uważał. Domyślał się, że taki tok myślenia kształtuje się z czasem, gdy już przeżyło się strach o własne życie i przezwyciężyło go, ratując kogoś innego. Cieszył się, że ma przy sobie takich ludzi, bo nie musiał czuć się sam. Był od nich inny, różnił się, oczywiście. W końcu posiadał moc zamiany w jednego z potworów, których wszyscy się bali. Nic dziwnego, że duża grupa ludzi traktowała go inaczej. Wyjątkowo lub z pogardą, w zależności od własnych przekonań. Mimo to zostali przy nim przyjaciele – wszyscy z grupy szkoleniowej, a co najważniejsze Mikasa i Armin, tak więc Eren nie czuł się odizolowany. Był prawdziwym szczęściarzem, że miał kogoś, na kogo można tak liczyć.

Statystyki poprzednich wypraw były zatrważające i za wszelką cenę wolał myśleć, że tym razem będzie inaczej. Przeżyją. Może nie wszyscy zwiadowcy, ale przynajmniej wszyscy jego przyjaciele.

Podszedł na chwilę do Mikasy i przeprosił ją za swój chłód. Poprosił, żeby była ostrożna i nie martwiła się o niego, bo będzie wśród mądrych i silnych ludzi. Zdawał sobie sprawę, że towarzystwo kaprala Levi’ego nie bardzo by ją pocieszyło, dlatego nazwiska pominął. Życzył jej też szczęścia, czyli czegoś, co istniało sobie na świecie niezależne od niczego. Zwiadowcy potrzebowali szczęścia bardziej niż chyba jakikolwiek człowiek na świecie, chociaż szczęście pojawiało się zwykle wtedy, kiedy samo tego chciało. Czyli nigdy wtedy, kiedy chodziło o jakąś naprawdę istotną sprawę. Zresztą pal licho. Jesteśmy silni, pomyślał.

- Jedziemy, Eren – odezwał się do niego karal Levi z tym swoim ponurym wyrazem twarzy.

Jeager cały się spiął i zasalutował dowódcy, po czym dosiadł konia i był już gotowy do drogi. Levi przerażał go trochę, ale jednocześnie chłopak dotychczas żył w takim podziwie wobec wszystkich zwiadowców i każdego z osobna, że to przyćmiewało wszelkie inne uczucia. To bohaterowie, którzy idą walczyć z wrogiem tam, żebyśmy nie musieli walczyć tu, stwierdził. A teraz jestem jednym z nich.

***(Arvid)***


Czuł na języku zbyt gęstą ślinę i bardzo chciało mu się pić. Przesadził trochę poprzedniego wieczora, ale naprawdę tylko trochę. Wciąż był w pełni władz umysłowych i fizycznych, tylko nękało go ciągłe pragnienie. Miał przy sobie piersiówkę, rzecz jasna, ale chyba nigdy w życiu nie ośmieliłby się z tego korzystać podczas wyprawy za mury. Zwłaszcza, że miała być jego pierwszą. Przeniósł się do Zwiadowców stosunkowo niedawno i jakoś nie czuł się do końca pewnie. Bał się, że coś spieprzy, a wielu jego ludzi zginie, jak to przewidywały statystyki. Kurewskie statystyki, na które kazali mu wcześniej patrzeć. Ciekawe po co. Może po to, żeby się przedwcześnie załamał, żeby wyobraził sobie od razu znajome nazwiska na długiej liście poległych?

Nieważne po co, ważne że mu kazali i to wystarczyło, żeby zaczął wpadać w depresję. Oczywiście nikomu o tym nie powiedział, bo tylko wpłynąłby negatywnie na postawę swoich ludzi, a tego raczej by nie chciał. Nie miał zamiaru szukać pocieszenia u Shany, która zapewne miała wystarczająco własnych zmartwień, w tym pieczę nad jego siostrą. Obdarzył ją wielkim zaufaniem i wiedział, że może to być dla niej ciężarem. Ilekroć patrzył na nią, zdawała się być bardzo poważna, a jednocześnie zgarbiona, jakby ta odpowiedzialność ją przytłaczała. Nie mógł jej winić. Doszedł do wniosku, że należy jej się awans i wolność od takiego porucznika jak on.

Sam Arvid nie chciał brać do siebie Lieve, bo wiedział, że ich relacja może wpłynąć na podejmowane przez niego decyzje. Będzie stronniczy, cały czas wystraszony i myślący tylko o jej bezpieczeństwie. Potrzebował przestrzeni. Nie mógł jej widzieć blisko siebie, bo wtedy koniec. Zwłaszcza, że miała to być jego pierwsza misja za murami. Chłodny, kalkulujący umysł przede wszystkim i basta.

- Jak się pan dzisiaj czuje, poruczniku? – zagadnęła go Shana tuż przed samą wyprawą. – Nie przesadził pan wczoraj z alkoholem, prawda? – dodała surowym tonem.

Roześmiał się i poklepał ją po ramieniu.

- Czuję się świetnie, szeregowa – skłamał, chociaż faktycznie zrobiło mu się lżej, gdy ją zobaczył. Westchnęła.

- To dobrze. To pana pierwsza wyprawa, powinien pan dać przełożonym dowód, że słusznie pan zajmuje swój stołek.

- Nie musisz mi o tym przypominać. Wiem doskonale.

- Przepraszam. Z całym szacunkiem, ale czasami zachowuje się pan bardzo nieodpowiedzialnie i nie wiem, gdzie przebiega granica.

Spojrzał na nią trochę surowo.

- Sprawy dotyczące życia moich żołnierzy zawsze traktuję poważnie.

- Ale sprawy dotyczące pana życia i pana stołka, już tak nie zawsze – uśmiechnęła się lekko. – Dlatego wolałam przypomnieć. Domyślam się, że pan się martwi, poruczniku. Może nawet bardziej niż każdy z nas.

- Tego nie wiem – westchnął. – A jak ty się czujesz, szeregowa, ze świadomością, że zaraz wyruszamy za mur?

- Neutralnie, poruczniku. Ten fakt średnio mnie martwi, bo umiem walczyć z tytanami i jestem całkiem silna, czego mam świadomość. Gdybym musiała umrzeć, trudno. Stałoby się. Poszłam do wojska i zawsze musiałam się z tym liczyć. Bardziej martwi mnie, że porucznik powierzył mi swoją siostrę. Nie sądzę, żebym była odpowiednią osobą do opieki nad kimś tak ważnym dla mojego dowódcy.

- Jesteś najbardziej odpowiednią osobą pod słońcem, szeregowa. Tobie ufam najbardziej ze wszystkich moich ludzi.

Shana popatrzyła na niego tymi sarnimi oczami. Wyglądała bardzo poważnie. Zwykle starała się przynajmniej trochę żartować, ochrzaniać go za coś, co nie było istotne. Robić fikcyjne problemy tylko po to, żeby się z nim podroczyć. Teraz znikło jej poczucie humoru, została twarda skorupa żołnierza walczącego w imię ludzkości.

- Byłam za murem – powiedziała cicho. – Już tam walczyłam, zanim jeszcze pan porucznik dołączył do Zwiadowców, zanim jeszcze zostałam szeregową. Pojechałam tam jako jeden z nowo przyłączonych kadetów i nie miałam pojęcia, jak wygląda tytan. Nie było mnie wtedy tam, w Shiganshinie, więc nigdy ich wcześniej nie widziałam. To był pierwszy raz. Pierwszy raz, a wystarczył, żebym natychmiast wydoroślała. Niech pan porucznik nie myśli sobie, że mówię to wszystko, żeby pokazać nad panem wyższość. Po prostu się martwię. Tam jesteśmy daleko od wszystkiego, co może nas ochronić, jesteśmy zdani tylko na siebie i swoje umiejętności. Mury są daleko, a tytani wszędzie. Często teren jest tak trudny, że nie ma najmniejszych szans na trójwymiarowy manewr.

- Zdaję sobie z tego sprawę.

Nie chciał, żeby mówiła dalej, żeby zamartwiała i jego, i siebie. Ale Shana kontynuowała swój monolog.

- Kilka razy prawie zginęłam, a niezliczoną ilość razy widziałam, jak tytani pożerają moich towarzyszy. Nigdy nie przestałam się ich bać, ale jednocześnie nie żałowałam, że zostałam żołnierzem. Zresztą rozmawiałam z panem o tym. Wybranie Zwiadowców i poświęcenie życia jest tym, co powinien zrobić ktoś, kto wybiera wojsko. Tak uważam. To jest słuszne. Nie możemy wygrać z wrogiem, jeśli będziemy się ciągle przed nim chować – dodała na koniec. – Tam, za murem, zobaczy pan piekło, ale miejmy nadzieję, że kiedyś dzięki temu doczekamy się nieba.

Nie mógł się nie uśmiechnąć.

- Zawsze przemawiasz w taki depresyjny sposób, żeby na koniec dodać coś budującego? Trochę to podstępne, ale działa.

- Cóż – wzruszyła ramionami. – Ludzie mają różne talenty, ten jest akurat mój.

Shana odwróciła się z zainteresowaniem, bo ktoś wyraźnie gromkim głosem dał do zrozumienia, że nadchodzi czas. Arvid w tamtym momencie zlustrował swoją szeregową od stóp do głów i doszedł do wniosku, że z tyłu wygląda równie atrakcyjnie co z przodu. Szybko wygonił te myśli ze swojej głowy. Był jej przełożonym i tak nie wypadało.

- Idź już, szeregowa – powiedział z uśmiechem, kiedy z powrotem się do niego odwróciła. – Uważaj na siebie i na Lieve. Wróćcie do mnie całe i zdrowe.

Zasalutowała mu z ręką na sercu.

- Wrócimy – obiecała. – Niech pan się nie martwi, poruczniku. Proszę na siebie uważać – dodała i odeszła.

Arvid był nieobecny myślami przez całą drogę do muru w dzielnicy Karanes. Słowa Shany pokrzepiły go, ale nie do końca. Niedaleko siebie miał Mikasę Ackerman, której przydzielił do współpracy Griet i Ryker’a. Czy dobrze zrobił? Chciał, żeby zintegrowała się z innymi na swoich warunkach, żeby pokazała im swoją siłę i czegoś nauczyła. Problem leżał oczywiście w charakterach tamtej dwójki. Griet, kiedy dobrze znała dowódcę, była niezastąpiona, pozytywna i dobra. Ale tylko wtedy. Gdy miała iść do walki prowadzona przez kogoś obcego, w dodatku w towarzystwie Ryker’a, wysiadał jej wszelki optymizm.

Porucznik cały czas słyszał, jak żrą się za plecami Ackerman. Dziewczyna zdawała się nie być ani trochę zrezygnowana, raczej opanowana. Słyszał już od innych żołnierzy, że po niej można się spodziewać tylko właściwych decyzji i dobrych posunięć. Umiała walczyć. Robiła to bezbłędnie. Arvid nie wahał się ani chwili, żeby położyć na niej odpowiedzialność za życie innych. Był pewien, że to pomoże jej zdobyć doświadczenie i wiedzę o innych żołnierzach, co należało do ważnych spraw. Nikt nie chciałby walczyć ramię w ramię z kimś, o kim nie ma pojęcia. Mikasa da sobie radę. Tylko najpierw musi przycisnąć Griet. I nie wiadomo, jak na sytuację zareaguje Ryker.

- Bądź twarda – poradził jej szeptem, żeby dwójka żołnierzy przypadkiem ich nie usłyszała. – Nie daj się zdominować, młoda.

Mikasa kiwnęła głową na znak, że usłyszała. Arvid wyprostował się w siodle, zadowolony. Chwilę czekali na otwarcie bram, dosłownie kilka uderzeń serca. W tym czasie zdał sobie sprawę, że ma spocone ręce i sztywne mięśnie, że się boi. Otwarcie tej bramy będzie symbolem, namaszczeniem go jako pełnoprawnego członka Zwiadowców. Gdy wyjdzie poza ten mur, nic już nie będzie takie samo.

Tam, za murem, zobaczy pan piekło, powiedziała. Wierzył jej. W stu procentach. Po dokładnym przeczytaniu statystyk, naprawdę nie miał żadnych złudzeń. Wiedział, że wielu jego żołnierzy zginie. Być może Ryker. Być może Griet albo nawet Mikasa. Być może kilkadziesiąt osób, których imion nie zdołał na dobre zapamiętać przez swoje lenistwo. Teraz dopiero zdał sobie sprawę, jak fatalnie zachowuje się jako ich dowódca. Poczuł wstyd. Co może myśleć sobie szary żołnierz? Zginę, a mój dowódca nawet nie zapamięta mojego imienia.

Wstyd, Arvid. Wstyd i żenada.

Teraz jednak było za późno na wyrzuty sumienia. Ruszyli za Erwinem, który jechał na czele. Mknęli do przodu jak najszybciej, by oddalić się od murów i stawić czoła tytanom. Mimo tego, że Arvid wielokrotnie był już na terenie między murami Rose i Marią zanim przez Marię przebili się tytani, czuł się, jakby oglądał to wszystko po raz pierwszy. Serce waliło mu jak oszalałe, kiedy w tumanach kurzu mijali budynki, niegdyś zamieszkałe przez ludzi. Wyobraził sobie ich wnętrza. Poodsuwane krzesła, niedokończone posiłki na brudnych stołach. Wszystko w tych domach musiało wyglądać groteskowo i nierealnie, jakby wszyscy ludzie zniknęli po jednym pstryknięciu palców.

Dokładnie wiedział, kiedy powinien odbić z lewej strony razem wybranymi przez siebie żołnierzami. Nie wahał się ani chwili, kiedy Smith wydał rozkaz. Słyszał tętent kopyt, które mknęły za nim. Nagle między budynkami zobaczył siedmiometrowego tytana, który biegł prosto na nich. Cudownie, pomyślał. Zagram z wami w tę morderczą grę.

- Zajmę się nim! – krzyknął do żołnierzy za swoimi plecami.

Wzbił się w powietrze prosto z grzbietu swojego konia i poleciał w stronę tytana, okrążając go możliwie z największą prędkością. Może i czuł się pewnie w walce, ale to nie zmieniało faktu, że nie chciał podejmować zbędnego ryzyka. Tytan był odmieńcem i ciężko przewidzieć, jak szybko mógł biegać. Hipotetycznie szybciej od ich wierzchowców, dlatego lepiej zarżnąć go teraz.

Arvid zawrócił za jego plecami, by wykonać trochę za płytkie cięcie w karku potwora. Skurwysyn był szybki. Porucznik nie zabił go, ale ta rana wystarczyła, by zwalić odmieńca z nóg. Runął jak długi, a wtedy mężczyzna mógł już go dobić bez żadnych problemów.

Hę? Bez żadnych problemów? Widział jak od tej samej strony nadchodzą kolejni. Mikasa szybko dogoniła go na koniu i zatrzymała się.

- Poruczniku! – krzyknęła. – Przechodzimy na trójwymiarowy manewr?

Arvid odwrócił się i zmierzył żołnierzy badawczym wzrokiem. Musieli trzymać się cholernego planu i wytyczyć możliwie najlepszą ścieżkę do cholernej Shiganshiny. Jeśli zostaną tu i będą po prostu walczyć, na nic zdadzą się ich wysiłki. Umrą, przy czym nie zrobią nic, żeby pomóc ludziom odzyskać utracone ziemie.

Wskoczył na konia i natychmiast odpowiedział Mikasie.

- Jeśli zobaczysz po drodze jakiegoś odmieńca z prawej, zajmij się nim. Miej oko na Ryker’a i Griet, żeby pilnowali tyłów. Ja zajmę się lewą stroną i przodem. Jedziemy, nie mamy czasu do stracenia. Musimy zarżnąć tylko tych, którzy są w stanie dogonić nasze konie, rozumiesz?

- Tak jest.

Pojechali dalej, ale napięcie rosło w powietrzu. Arvid był zestresowany, Mikasa zresztą też, ale chyba byli jedynymi, którzy umieli jakoś to w sobie ukryć. Reszta wciąż jęczała i marudziła, niektórzy krzyczeli ze strachu. Tych jeszcze dawało radę znieść, ale Griet i Ryker skakali sobie do gardeł. Porucznik starał się nie zwracać na to uwagi, ale jego nerwy były na granicy wytrzymałości. Nie miał przy sobie Shany, która z łatwością zgasiłaby irytującą dwójkę. Był sam w towarzystwie kilku innych żołnierzy oraz Mikasy, a ta nie miała wystarczającego autorytetu, żeby pod jej komendą się zamknęli.

Usłyszał, że od strony tyłów zmierza w ich stronę odmieniec i to najwyraźniej szybciej, niż mogli się tego spodziewać. Przekomarzania Griet i Ryker’a umilkły, kiedy oboje z pomocą trójwymiarowego manewru znaleźli się w powietrzu. Arvid obserwował ich kątem oka, jak idealnie ze sobą współpracują, kiedy zachodzi taka potrzeba. Kobieta wykonała zwinny zwrot tuż przed nosem potwora, a Ryker dorwał go z tyłu bez żadnych problemów. Porucznik odetchnął głęboko i zwrócił się w stronę Mikasy.

- Mówiłem ci, że potrafią współpracować.

- Byliby dobrymi żołnierzami, gdyby trochę mniej mówili – odparła Mikasa z bladą twarzą, nie spuszczając z oka prawej strony.

Chwilę potem Ackerman znalazła się w powietrzu, kiedy zobaczyła szybkiego tytana. Arvid nawet na nią nie spojrzał. Wiedział, że z takimi wynikami i doświadczeniem z pewnością da sobie radę. Wolał martwić się o innych swoich żołnierzy, którzy wystraszeni zdawali się nie mieć w sobie ani krzty woli walki. Cóż, tak to już było skonstruowane ich wojsko. Zdarzali się brawurowi szaleńcy pokroju Griet czy Ryker’a, a także perełki pokroju Mikasy czy Levi’ego. Większość szeregów stanowili jednak najzwyklejsi ludzie pod słońcem, którzy na dobrą sprawę nie wyróżniali się niczym. Umieli walczyć, ale szybko kończyli życie, popełniwszy jeden błąd. W przypadku walki z tytanami, jeden błąd był jednym błędem za dużo. Kosztował wszystko.

- Co robisz, idiotko? – odezwał się z tyłu Ryker w stronę Griet. Arvid przewrócił oczami. Zabili jednego potwora i zaczynają od nowa. Oszaleć można.

- Czyszczę mundur – odwarknęła. – Gdybyś umiał wykonać idealne cięcie, nie pryskałoby krwią na wszystkie strony.

- Czyścisz mundur – powtórzył, nie dowierzając. – A gdyby nas teraz zaatakował tytan, to co byś zrobiła? Uniosłabyś obie ręce w obronnym geście, a on grzecznie by czekał, aż skończysz?

- Nie umiesz ciąć i to dlatego, półgłówku! Uważaj, bo jeszcze pomyślę, że ciąłeś tak specjalnie!

- Tak jasne! Wszystko po to, żeby ci dokuczyć tutaj, za murami!

- Morda! Wszyscy wiedzą, jakim jesteś niewdzięcznym gburem i złośliwą szują!

Potem Griet krzyknęła, a jej koń zakwiczał, kiedy Ryker swoim ogierem przylepił im mocne uderzenie w bok. Arvid zacisnął pięści, siląc się na cierpliwość. To zadanie Mikasy, powiedział sobie. Niech ich ta młoda uciszy, bo zaraz ją ochrzanię.

Ackerman jakby czytała mu w myślach. Odwróciła się w siodle w stronę dwójki żołnierzy i zmierzyła ich chłodnym spojrzeniem.

- Jeśli nie chcecie zginąć – powiedziała spokojnie. – To lepiej zajmijcie się robotą i bądźcie cicho.

- Umiemy walczyć – Griet nie zamierzała tak łatwo dać za wygraną. – Jeśli przyjdzie tutaj tytan, serdecznie go zaproszę do walki ze mną.

- Nie tytana miałam na myśli – odpowiedziała beznamiętnie Mikasa.

Ackerman odwróciła się z powrotem w stronę Arvida, zostawiając Griet z twarzą, na której malowało się niedowierzanie i czysta wściekłość. Wciąż musiała żywić do swojej nowej przywódczyni niemałą złość, więc jedyną dobrą stroną tej sytuacji było, że się zamknęli. Przynajmniej między sobą. Griet wyglądała, jakby chciała rzucić się na Mikasę i przegryźć jej tchawicę. To w końcu nowo przybyła kadetka otrzymała zwierzchnictwo nad mini oddziałem, a nie taki weteran jak Griet. Musiało to mocno uderzyć w jej dumę. No trudno.

Chwilę później tytanów wokół było tak wielu, że nie dało się nie przejść na trójwymiarowy manewr. Arvid wystrzelił w powietrze flarę oznaczającą, że zbliżają się tarapaty. Uzupełnił gaz jedną z dwóch butli, które trzymał przy siodle. Innym kazał zrobić to samo. Potem zaczęła się prawdziwa walką, którą wielu żołnierzy przypłaciło utratą kończyn, a w konsekwencji życiem. Nie mieli szans, jeśli obok nie było wojskowego sanitariusza lub większej liczby żołnierzy, która mogłaby ich ochronić. Czekali, aż potwór podniesie ich po raz drugi i zje lub sami wykrwawią się na śmierć, leżąc do nieprzytomności w kałużach czerwonej posoki.

Porucznik starał się, jak tylko mógł. Widząc, że tytan atakuje żołnierza, którego sparaliżował strach, ruszał w tamtą stronę natychmiast. Ciął, latał wściekle w tę i z powrotem, nie zważając na protest linek i całego sprzętu. Nie miał ani chwili wytchnienia, a mimo to… kiedy wylądował na jednym z dachów i cofnął się kilka kroków, potknął się o coś. Była to ręka jednego z kadetów, którego przyjął do swojego oddziału. Poznał po tatuażu na nadgarstku. Skrzywił się i z trudem powstrzymał, żeby nie zwymiotować. Widział przecież gorsze rzeczy niż poodrywane kończyny. Ale co z tego?

W głowie widział teraz tylko bezlitosne statystyki. Cyferki, nazwiska, znowu cyferki, przy nich słowo „zgon”, znowu cyferki i znowu nazwiska. Pierdolić statystyki i pierdolić tytanów, pomyślał, ostatkami silnej woli nie pozwalając sobie na wyjęcie piersiówki. Shana miała rację, to było piekło. W uszach dudnił mu krzyk towarzyszy rozrywanych na strzępy w tym samym momencie, kiedy on myślał o statystykach.

- Poruczniku! – krzyknęła Mikasa.

- Co tam? – zapytał, jakby nigdy nic. Zdawał sobie sprawę, że musi być śmiertelnie blady, ale nigdy w życiu nie przyznałby się przed podwładnym do swojej słabości. Chyba że przed Shaną.

- Dowódca Hanji z częścią oddziału zmierza w naszą stronę!

Arvid zmrużył oczy. Faktycznie, wszędzie poznałby tamtą okularnicę. Miała bardzo unikalną barwę włosów. Niby szatynka, ale w słońcu jej włosy nabierały bordowego akcentu. No i oczywiście okulary, od których odbijało się oślepiające światło. Tylko głupiec nie rozpoznałby Hanji Zoe, nawet mimo takiej odległości.

- Wytrzymajcie jeszcze chwilę! – ryknął w stronę swoich żołnierzy.

Wtedy oblał go zimny pot. Zobaczył tytana, który trzymał w palcach nikogo innego, jak Griet we własnej osobie. Kobieta nie krzyczała z przerażenia, po prostu pluła na potwora potokami pikantnego mięcha, chociaż stwór oczywiście nic sobie z tego nie robił. Podnosił ją powoli w kierunku swoich szeroko uśmiechniętych ust. Szarpała się trochę, chociaż pewnie wiedziała, że to na nic. Ohydne zębiska tytana były już niebezpiecznie blisko.

Ktoś krzyknął, a potem minęła chwilka, dosłownie jedno uderzenie serca i Griet spadła na dach z głośnym grzmotem. Zza pleców tytana wyłonił się Ryker, wybawiciel niedoszłej nieboszczki, a Arvid mógł tylko dziękować bogu za takich żołnierzy. Nie kto inny zawołał Ryker’a, jak Mikasa we własnej osobie, która właśnie klęczała obok Griet i pomagała jej wstać na nogi. Chyba nic się kobiecie nie stało, oprócz niezłych potłuczeń po spadku z całkiem sporej wysokości.

- Nic ci nie jest? – dobił do nich Arvid.

Griet patrzyła ze złością pod nogi. Pokręciła głową.

- Masz u Ryker’a niezły dług wdzięczności – skwitował porucznik.

- Nie chcę mieć u niego żadnych długów, pieron jeden – wyburczała. – Już ja mu pokażę, kto z nas lepiej walczy.

- Liczy się też szczęście – wtrąciła cicho Mikasa. – Trudno w to uwierzyć, ale podstawą wydarzeń na tym świecie są przypadki, a dopiero potem nasze decyzje.

- Wobec ciebie też nie chcę mieć długów – odpowiedziała Griet wojowniczym tonem.

Ackerman wzruszyła ramionami.

- Nie masz żadnych.

Mówiąc to ruszyła w kierunku kolejnych tytanów, chcąc pomóc innym żołnierzom. Arvid uśmiechnął się i poklepał wciąż rozeźloną Griet po plecach. Teraz doszedł do wniosku, że połączenie Mikasa – Griet nie jest wcale takie złe.

- Dasz radę walczyć? – spytał kobietę. Wyglądała dobrze, ale pozory potrafiły mylić.

- Bez problemu – odparła z ogniem w oczach. – Tyłek mnie trochę boli, ale tyłkiem nie wygrywa się bitew. Przynajmniej nie takich – odparła po chwili namysłu.

- W takim razie leć – powiedział Arvid, starając się stłumić śmiech. Griet wyszczerzyła zęby i pomknęła za Mikasą.

***(Lieve)***


Od samego początku wiedziała, że tak będzie. Niosła na sobie znamię pechowca, osoby niemal przeklętej przez boga i jego cholerny plan. Oczywiście zakładając, że jakiś bóg w ogóle istniał. Słysząc wokół krzyki i trzaski łamanych kości, szczerze zaczynała w to wątpić. Jeśli istniał bóg czy też bogowie, to z pewnością nienawidzili oni ludzi. A skoro oni nienawidzili ludzi, pozwalali ludziom ginąć w tak okrutny sposób, bolesny i niesprawiedliwy, Lieve miała ich głęboko w dupie. Poczuła nienawiść do wszystkich kapłanów Kościoła Murów i ich beznadziejnych poglądów, nienawiść do rytuałów religijnych, które nie przynosiły żadnych skutków.

Oto jak wygląda rzeczywistość, pomyślała. Kończyny porozrzucane wokół w bezładzie, zupełnie jak klocki przez rozkapryszone dziecko. Kałuże krwi, moczu i gówna, a w nich poplątane jelita. Widok zaiste urzekający, proszę bogów, proszę ja szanownych, miłosiernych, kochających bogów. Nie powiedziała tych słów głośno, ale wystarczyło, że wycedziła je sama do siebie. Pragnęła się zatrzymać i odratować tych, którzy jeszcze dychali w kałużach własnych nieczystości i płynów ustrojowych, ale przede wszystkim słuchała rozkazów Shany. Shana kazała jechać dalej i nie zatrzymywać się bez względu na wszystko. Mieli zajechać jak najbliżej Shiganshiny. Koniec kropka.

Nad linią drzew zobaczyła czerwień. Dokładnie tam, gdzie powinien być teraz oddział Arvida. Zacisnęła mocno ręce na wodzach i starała uspokoić. Nic mu nie będzie, powiedziała sobie z całą stanowczością. Jest silny.

- Nie przejmuj się – usłyszała głos Shany. – Poradzi sobie.

Dziewczyna jechała z przodu, a Lieve ślepo podążała za nią. Po lewej jechał Armin, cały spocony i przerażony, a po prawej Sasha, wcale nie wyglądając lepiej. Jesteśmy siebie warci, pomyślała sanitariuszka. Dobraliśmy się wprost idealnie. Biedna Shana.

Szeregowa jednak wcale nie miała im za złe tego, że nie wykazują się nadprogramową odwagą i nie krzyczą, że chcą walczyć. Zdawała się tego nie dostrzegać albo celowo ignorować. Jakby to miało w czymś pomóc…

- Odmieniec leci na nas od prawej! – zawołała piskliwym głosem Sasha.

- Leci ich kurewsko dużo ze wszystkich stron – podsumowała wszelkie spostrzeżenia Shana. A potem powiedziała coś, czego Lieve obawiała się od samego początku. – Przechodzimy na trójwymiarowy manewr, panowie i panie.

Mówiąc to natychmiast wzbiła się w powietrze, a pozostali za nią. Lieve również, chociaż ze strachem. Wiedziała, że będzie musiała walczyć, a przynajmniej spróbować. Pomyśleć, że tak niedawno miała pretensje do Armina za jego słabość. Może i ona nie była od niego słabsza, ale… zdecydowanie bardziej tchórzliwa. Przerażała ją sama perspektywa stania oko w oko z tymi wielkimi potworami, dla których zabicie człowieka nie stanowiło kompletnie żadnego wysiłku.

Stanęła na dachu i patrzyła tępo, jak Shana walczy. Szeregowa wzbijała się wysoko, robiła zwroty, czasami odwracała odwagę tytana, żeby Sasha mogła w niego uderzyć. Dobrze współpracowały, chociaż poznały się całkiem niedawno.

- Uważaj! – usłyszała.

W ostatniej chwili wpadł na nią Armin i razem przeturlali się po dachu, żeby na końcu z niego spaść. Lieve spojrzała w górę, a tam zobaczyła tytana. Wpatrywał się w nich i oczywiście szybko przyjęła do wiadomości, że chciał ich zjeść. Poderwała się gwałtownie, ciągnąc za sobą swojego wybawcę. Przysięgła sobie, że nigdy więcej nie powie o Arminie złego słowa. Był słaby, ale przynajmniej nie był tchórzem tak jak ona.

Teraz jednak musieli skupić się na tytanie i na realnym zagrożeniu, jakie stanowił. Pociągnęła chłopaka za rękaw.

- Zwiewajmy, Armin.

Obdarzył ją uspokajającym spojrzeniem.

- Shana go widziała, zajmie się nim.

Ledwie powiedział te słowa, a tytan był już martwy. Jego zwłoki powoli zaczynały się rozkładać, a na kości potylicznej potwora stanęła szeregowa, przyglądając im się badawczo. Lieve pomachała jej i pokazała kciuk w górę na znak, że nic im się nie stało. Shana widząc to poleciała zająć się innymi tytanami.

- Nie wygląda na to, żeby nadciągało wielu nowych – odezwał się Armin, kiedy oboje przy pomocy manewru dostali się na dach. – Jeśli załatwimy tych, którzy są tutaj, powinniśmy dać radę pojechać dalej.

Lieve nie odpowiedziała, patrząc na niego w całkowitej ciszy. Zacisnęła dłonie na mieczach, czując, że ta sytuacja jest nie do zniesienia.

- Wiem, co myślisz – ciągnął, nie doczekawszy się odpowiedzi. – Że jesteś słaba i nie dasz rady. Widziałem, jak trenowałaś z Erenem. Jesteś silna.

- Nie o siłę tu chodzi – przerwała, nie chcąc tego słuchać. – Jestem tchórzem, Armin.

Z przykrością zdała sobie sprawę, że pod koniec tej wypowiedzi głos jej się załamał. Nie chciała od niego pocieszenia po tym, jak odnosiła się do niego z lekceważeniem. Wystarczy, że uratował jej życie.

- Ja natomiast jestem słaby – powiedział, nie zważając na jej zawstydzenie. – Użycz mi swojej siły, a ja ci użyczę swojej odwagi.

Mówiąc to z nieśmiałym uśmiechem wziął Lieve za rękę. Mając już gdzieś to co robi i przy kim się znajduje, wybuchła płaczem. Nie pozwoliła się przytulić Arminowi, starając się szybko otrzeć potok łez i odepchnąć napływ wzruszenia. Po jego słowach poczuła ciepło w sercu, bo tego właśnie potrzebowała usłyszeć. Potrzebowała, żeby ktoś użyczył jej swojej odwagi.

Przypomniała sobie wszystko, o co warto walczyć. O bezpieczeństwo Shany, Arvida, Erena i pozostałych, a przede wszystkim o wolność. Obiecała Erenowi, że kiedyś pojadą zobaczyć razem śnieg, bo tak nazywała się tamta chłodna, delikatna wata z jej snu. To było niewinne marzenie, bardzo proste, ale jakże trudne do spełnienia. Lieve nie mogła się poddać.

- Tego załatwmy – Armin wskazał na tytana, który wyraźnie szedł w ich kierunku. – Będę odwracał jego uwagę, a ty załatwisz go z tyłu. Wiem, że sobie poradzisz – dodał, bo Lieve już otwierała usta. – Na pewno. Ufam ci.

Dziewczyna nie była pewna, czy na to zaufanie zasługuje. Jeden jej błąd mógł zabić ich oboje, a jeśli się zawaha…

Nie, nie zawaha się. Spojrzała przed siebie rozognionym wzrokiem. Zacisnęła mocno dłonie na mieczach.

********************
Rozdział 6
********************


Kiedy jeden z tytanów zaatakował Lieve, Shana na jeden krótki moment zapomniała, jak się oddycha.

Zobaczyła, jak Armin doskakuje do dziewczyny, zbijając z nóg i ją, i siebie, po czym oboje spadają z na szczęście dość niskiego budynku. Szeregowa w panice dopadła dziewięciometrowca, zabijając go natychmiast. W ten sposób niemal przeoczyła tytana, który szedł za nią i dopiero w ostatniej chwili zdołała mu umknąć. Z pomocą Sashy jakoś dała radę, ale serce wcale nie chciało zwolnić. Wciąż miała przed oczami uprzejmie zdziwioną twarz Lieve, kiedy ta zdała sobie sprawę z nadchodzącego zagrożenia.

Klęła w myślach na Arvida za tę odpowiedzialność, którą na nią zrzucił. Wolałaby sama zginąć, niż pozwolić zginąć jego siostrze. Kochała go. Nie umiała wyobrazić sobie ogromnego wstydu i poczucia winy, gdyby do tego doszło. Nie potrafiłaby nigdy więcej spojrzeć w twarz ani jemu, ani samej sobie. Tak po prostu stać przed lustrem każdego dnia i widzieć tyle słabości, tyle goryczy. To myślenie było bardzo desperackie, ale co z tego? Shana była gotowa wszystko dla Arvida poświęcić. Wszystko oprócz życia innych ludzi, ale swoje… swoje jak najbardziej.

- Pani Shano! – usłyszała piskliwy krzyk Sashy.

Odwróciła się w tamtą stronę i zobaczyła, jak nowo upieczona zwiadowczyni staje oko w oko z czternastometrowym odmieńcem. Szeregowa w jednej chwili rzuciła się w tamtym kierunku, nie chcąc zostawić dziewczyny samej z tym problemem. Po drodze zawirowała przed nosem czterometrowca, którego szybko dobili inni żołnierze, korzystając z odwróconej uwagi potwora.

- Leć za nim! – krzyknęła Shana, zniżając swoją pozycję.

Odmieniec był bardzo szybki. Szeregowa wiedziała, że ryzykuje bardzo dużo, chcąc zbliżyć się do jego nóg. Nie zmieniało to jednak faktu, że tytana należało załatwić tu i teraz, żeby nie robił problemów całej formacji. Bycie zgniecioną przez kopniak odmieńca i tak wydawało się zdecydowanie lepszą śmiercią od pożarcia.

- Kiedy dam ci znać, przetnij mu kark! – zawołała do Sashy, która została trochę w tyle.

- Tak jest! – pisnęła dziewczyna.

Shana wzięła głęboki oddech i spróbowała zawirować w taki sposób, w jaki zwykle robił to Levi. Polecieć wzdłuż obu nóg tytana i przeciąć ścięgna, a potem bezpiecznie wrócić na pozycję. Tyle że ona nie była Levi’m. Nie była też jednak słabeuszem. Jedną nogę załatwiła bez problemu, przy drugiej trochę oberwała i poleciała do tyłu, cała poobijana i oblała. Wylądowała na ziemi, ale z satysfakcją zobaczyła, że odmieniec również.

Syknęła z bólu, unosząc się trochę na łokciach.

- Sasha, tnij go! – krzyknęła, kiedy zwiadowczyni spojrzała na nią niepewnie.

Sasha zgodnie z rozkazem na chwilę zignorowała ból swojej przełożonej i dopadła tytana, który zdawał się już powoli podnosić. Cięła trochę w pośpiechu podsycanym paniką, ale była skuteczna. Szeregowa westchnęła z ulgą i skupiła się na bólu w kościach i kręgosłupie.

Spróbowała się podnieść, ale nie udało jej się. Plecy rwały niemiłosiernie, a lewą nogawkę z tyłu miała zakrwawioną. Czyli coś sobie rozcięła. Bosko. Sasha dopadła do niej, postawiła ją na nogi, po czym używając trójwymiarowego manewru zabrała z ziemi, prosto na jeden z pobliskich domów. Shana jękneła przy lądowaniu, kiedy podwładna nieuważnie zbyt mocno postawiła ją na rannej kończynie.

- Przydałaby się Lieve – mruknęła, chociaż wiedziała, że trochę to głupie. Zdolności medyczne Lieve były przydatne dopiero pod koniec misji, kiedy wszyscy ranni żołnierze jechali na wozach, wracając. Teraz panował zbyt wielki chaos.

- Da pani radę walczyć?

Sasha wyglądała na wystraszoną, ale Shana kiwnęła głową z uspokajającym uśmiechem. Gdyby musiała biegać, to stanowiłoby problem, ale przecież używała trójwymiarowego manewru. Wymagało to dobrego bilansu i silnych nóg, chociaż szeregowa w powietrzu wcale tego tak nie odczuwała. Powinna sobie poradzić. Nie chciała przecież zawieść ani Sashy, ani Arvida. Sasha była dobrym żołnierzem, ale wciąż nie nabrała wystarczającej pewności siebie i swoich umiejętności. Mimo wszystko w walce dawała sobie świetnie radę i szeregowa była z niej bardzo dumna.

Oparła się o Sashę i rozejrzała. Mieli bardzo duże straty w ludziach, widok masakry trochę ją zemdlił. Kolejna horda odmieńców spłoszyła większość koni, a co z tym idzie zabrała im zapas butli z gazem. Istniały jeszcze wozy z zaopatrzeniem, ale zanim tutaj dotrą… Shana niepewnie sprawdziła ilość gazu, który jej pozostał. Niestety niezbyt wiele. Mogło starczyć, o ile ktoś dostarczy im pieprzone zaopatrzenie teraz, zaraz.

- Potrzebujemy gazu i koni – oświadczyła Shana w stronę podwładnej. – Wyślij flarę.

- Tak jest!

Sasha zrobiła to, co kazała jej szeregowa. Brunetka odnalazła wzrokiem Lieve i jej szczęka mimowolnie powędrowała w stronę ziemi. Drobna siostra Arvida zbratała się z Arminem i razem z nim stawiała czało tytanom. Był to widok zaiste zadziwiający. Blondyn odwracał uwagę potworów, podczas gdy Lieve zachodziła ich z tyłu i cięła, za każdym razem przeraźliwie krzycząc. Shana patrzyła na to z mieszaniną zdziwienia, podziwu i dumy. Wiedziała przecież, że sanitariuszka bała się tytanów bardziej niż czegokolwiek innego. Nie chciała mieć z nimi nic wspólnego, a na pewno nie chciała z nimi walczyć. A tu proszę. Najprawdopodobniej krzyk za każdym cięciem miał rozładować dręczący ją lęk.

Bardzo dzielna. W końcu była siostrą Arvida, więc czemu tu się dziwić. Shana widziała, jak dobrze sobie radzi, współpracując z Arminem. Kiedy jakiś tytan zaczął iść w ich kierunku, zignorowała ból w kościach i udzie, po czym zabiła go pierwsza. Duet Lieve-Armin mógł zdziałać wiele, ale nie z dwoma wielkimi przeciwnikami. Na to było stanowczo za wcześnie.

Odwróciła się w stronę, gdzie wcześniej zobaczyła flarę pochodzącą od drużyny Arvida. Na pewno z nimi wszystko dobrze, powiedziała sobie. Jest tam Arvid, jest tam Mikasa. Oraz Griet i Ryker, których Shana bardzo sobie ceniła. Byli denerwujący i gadatliwi, to prawda, często też na nich krzyczała. To jednak nie miało znaczenia na polu prawdziwej bitwy, takiej jak ta. Oni umieli walczyć. Poradzą sobie. Była tego pewna.

- Pani szeregowa! – usłyszała spanikowany głos żołnierza, za którym biegł tytan.

Zwiadowca przemieszczał się po ziemi i w tym samym momencie Shanę oblał zimny pot. Zabrakło mu gazu? Czy to jakieś jaja? Co teraz, kurwa mać? Ruszyła za nim, zażynając po drodze tytana, po czym w powietrzu chwyciła żołnierza, przenosząc się z nim na dach. Był cały spocony, dygotał jak w febrze. Jego przerażone oczy świadczyły tylko o tym, że ledwo wyrwał się z sideł śmierci i nie mógł w to uwierzyć. Shana spoliczkowała go. Niezbyt mocno, ale na tyle, żeby mężczyznę ocucić. Spojrzał na nią nieprzytomnie.

- Nie masz już gazu, żołnierzu? – spytała.

Zatrząsł się i zacisnął pięści. A potem zapłakał.

- Tak – wydusił z siebie, patrząc na swoje bezradne dłonie.

Shana wstała i rozejrzała się. Armin i Lieve dużo walczyli, a co z tym idzie zapas gazu mógł im się szybko skończyć. Trzeba ich ostrzec i to natychmiast. Już, już chciała do nich biec, ale zatrzymała się w napływie lęku. Ostrzec ich, a potem co? Nie obronią się przed tytanami, nie mając gazu. Nie mieli ani gazu, ani koni. I co wtedy?

Zginiemy, zrozumiała nagle. Wszyscy. Tutaj, za chwilę.

Zadrżała, podobnie jak wcześniej uratowany przez nią żołnierz. Odwróciła się w jego stronę.

- Flara – powiedziała. – Powiadom innych, że już po nas.

Nie czekała na to, aż mężczyzna ją zatrzyma i zacznie panikować, żeby przy nim została i go obroniła. Albo żeby wpadł w histerię i nie wykonał rozkazu. Musiał to zrobić, inaczej Shana zabije go pierwsza. Nie tylko ty się boisz, chciała mu wykrzyczeć. Zamiast panikować, spróbujmy przetrwać to jak najdłużej.

- Lieve! – wrzasnęła, przekrzykując odgłosy walki. – Armin! Do mnie!

Pojawiła się przy niej również Sasha. Dziewczyna zdawała się być zdezorientowana nagłą paniką szeregowej, ale wystarczyło jedno spojrzenie, żeby zrozumiała. Natychmiast sprawdziła gaz, który jej pozostał. Zaczęła płakać.

Sanitariuszka wylądowała, a tuż obok niej Armin.

- Pani szeregowa – powiedział chłopak spanikowanym głosem. – Gaz…

- Wiem – warknęła niecierpliwie. – Po to kazałam wam tu natychmiast przylecieć. Oszczędzajcie się. Nie mam zielonego pojęcia, czy doczekamy się jakiejś pomocy z zaopatrzeniem, ale musimy wytrwać jak najdłużej…

Ledwo to powiedziała, kiedy rozległ się wrzask odratowanego wcześniej żołnierza. Niestety, teraz nie mogła mu już pomóc. Umarł szybko. Krzyknął, jego kości trzasnęły jednocześnie, a potem było już po wszystkim. Shana zamknęła oczy w napływie niefizycznego bólu.

- Nie oddalajcie się ode mnie – pouczyła ich, ignorując to uczucie.

- Jesteś ranna! – zauważyła nagle Lieve, kompletnie nie zważając na jej słowa. – Połóż się na brzuchu – rozkazała nagle nieznoszącym sprzeciwu tonem.

Shana otworzyła usta, ale natychmiast je zamknęła. Oczy sanitariuszki strzelały gromy. Bąknęła tylko w stronę Sashy i Armina, żeby uważali na idących w tę stronę tytanów. Potem syknęła do Lieve, żeby lepiej uwinęła się z tym szybko. W przeciwnym razie szeregowa bezceremonialnie wstanie i będzie dalej walczyć z rozwaloną nogą.

Jednak jej obawy okazały się bezpodstawne. Dla przyzwyczajonej do działania w zagrożeniu Lieve, była to bułka z masłem. Rozcięła materiał, sprawnie zdezynfekowała i zszyła zranienie. Potem posmarowała jakimś środkiem, które łagodziło ból i Shana przestała mieć do niej pretensje. Na koniec założyła bandaż i stan nogi wydawał się być o wiele bardziej znośny.

- Dziękuję – powiedziała szeregowa, po czym w jednym momencie odepchnęła Lieve, kiedy tytan wymierzył w nich swoją wielką łapą.

- Przepraszam! – zdążył krzyknąć Armin. Sasha przymierzyła się do ataku, ale zginęłaby, gdyby nie szybka reakcja Lieve.

Dziewczyna znowu zaskoczyła wszystkich. Wykorzystała tę sytuację podobnie jak wtedy, kiedy Armin robił za przynętę, tyle że teraz była nią Sasha. Wzbiła się, krzyknęła i wylądowała na karku tytana, wykonując przy tym idealnie cięcie. Gdy wróciła do Shany, była cała blada i drżała. Odratowana zwiadowczyni rzuciła się na nią we łzach, dziękując za pomoc.

- Brawo, Lieve – Shana nie uśmiechnęła się. To ona powinna być tą, która chroni swoich towarzyszy i chroni Lieve. To ona powinna walczyć.

Z drugiej strony miała chyba najmniej gazu z nich wszystkich. Odetchnęła głęboko, próbując odzyskać zdolność racjonalnego myślenia. Tylko że jak tu myśleć racjonalnie, kiedy grozi ci śmierć? Kiedy śmierć grozi osobie, którą poprzysięgłaś chronić za cenę wszystkiego? Nie da się myśleć racjonalnie. Po prostu nie.

- Oj – odezwała się nagle Lieve drżącym głosem.

Wszyscy odwrócili się w jej stronę jak jeden mąż.

- Skończył mi się gaz.

Shana otworzyła szeroko oczy w napływie przerażenia. Armin w ostatniej chwili złapał Lieve, kiedy zemdlała.

Zginiemy, pomyślała szeregowa. Zdechniemy jak te psy, jak nic niewarte ścierwa. Wszystko przez moją głupotę.

***(Arvid)***


- Widziałaś to? – zapytał Hanji, kiedy ujrzał na horyzoncie smugi flar. Pochodziły od Shany. Nie mógł tego wiedzieć z całą pewnością, ale po prostu tak czuł. Jego instynkt jeszcze nigdy go nie oszukał.

- Nie sądzę, byśmy mogli coś na to poradzić – powiedziała.

Przybyła w samą porę. Horda odmieńców była przejściowa i prawie już sobie z nimi poradzili. Pozostały niedobitki, ale pokonanie ich na tyle, by móc odjechać, pozostało kwestią może dziesięciu minut.

- Zawsze możemy – warknął. – Chcę tam pojechać.

Zoe uniosła ręce w obronnym geście.

- A jedź, poruczniku – powiedziała. – Nikt panu nie broni. Weźmie pan gaz i zapasowe konie i niech pan jedzie. To pana ludzie. Wcale się panu nie dziwię.

Arvid westchnął. Wolał sobie nie wyobrażać, że tytani mogą zabić Shanę lub Lieve. A jednak zaraz dojdzie do tego, jeśli jeszcze nie doszło. Beznadzieja, pomyślał i wyciągnął piersiówkę. Dosyć tych pierdolonych zasad. Co u licha myślał sobie Erwin Smith? Tyle drużyn wysłało już w powietrze poddańcze flary, że niebo straciło swój niebieski kolor. Zarządź odwrót, skurwysynu. Błagam, zrobię wszystko, czego tylko będziesz chciał, ale nie każ już umierać moim ludziom.

Stał nad tragiczną sceną, zabarwioną krwią i brudem, kończynami, palcami, narządami. Człowiek był wszędzie. A raczej jego elementy. Cuchnęło potem, nieczystościami i metalem. Ciężko powiedzieć, od czego bardziej zalatywało metalem – od połamanych ostrzy czy litrów przelanej tu krwi.

- Niedługo zarządzony zostanie odwrót – podjęła Hanji. – Cierpliwości, poruczniku. Dowódca Erwin jest prawie u celu.

Po trupach do celu, pomyślał Arvid. Wiedział, że to stwierdzenie jest bardzo niesprawiedliwie w stosunku do Smitha. Byli żołnierzami, dobrze wyszkolonymi zwiadowcami. Tyle że przede wszystkim byli ludźmi. A ludzie umierają.

- Ackerman! – zawołał, ale dziewczyna go nie usłyszała. Była za daleko.

Porucznik rzucił Hanji jeszcze jedno spojrzenie, chcąc odejść, ale zatrzymała go.

- Weź ze sobą Allison – powiedziała. – To jedna z dziewczyn z mojego oddziału. Jest przeciętnie silna, ale słucha rozkazów i ma wyjątkowe szczęście we wszystkim, co robi. Sam sobie nie poradzisz, Arvid – dodała, zwracając się do niego po imieniu, kiedy otwierał już usta. – Nie ma żadnych szans. Żebyście zabrali się tam z gazem i kilkoma końmi, będziesz potrzebował towarzysza. Znam Griet i Ryker’a, rozdzielenie ich nie wchodzi w grę. Tak samo jak odłączenie od nich Mikasy. Wszyscy troje są sobie potrzebni. Weź ode mnie Allison.

- Która to? – zapytał zrezygnowany Arvid.

- Tamta długonoga blondynka – wskazała Hanji ruchem głowy.

Kobieta zwana Allison była mniej więcej w wieku Arvida. Była bardzo piękna, co musiał sam przed sobą przyznać. Stała na dachu jednego z domów i wykrzykiwała rozkazy, z tym że sama nie pchała się za bardzo w wir walki. Uznał to za niezbyt zadowalający sygnał, ale nie skomentował. Ufał Hanji i wiedział, że nie zaproponowałaby mu do pomocy kogoś, kto by się do tego nie nadawał.

- Dobra – zgodził się.

Nie czekał na odpowiedź Hanji, tylko zerwał się szybko i przekierował w stronę walczącej Mikasy. Dobijała odmieńca w chwili, kiedy Arvid ponownie ją zawołał. Wylądowała obok niego gwałtownie, a jej wzrok mówił, że jest zaniepokojona i bardzo pochłonięta walką. Chciała wrócić w jej wir, działać i mordować wrogów. Dobrze, wróci. Najpierw trzeba tylko uświadomić jej odpowiedzialność, która spoczywała na jej barkach.

- Jadę w kierunku szeregowej Shany – powiedział. – Zostawiam was tutaj i całkowite dowództwo przekazuję tobie. Rozumiesz, co to znaczy, prawda?

- Spodziewałam się tego od samego początku, poruczniku. Wiem oczywiście, co do mnie należy.

- W takim razie idę. Miej oko na Griet i Ryker’a.

- Poruczniku? – zapytała, odwracając się do niego plecami i wymieniając ostrza.

- Hmm?

- Proszę ich uratować – powiedziała i skoczyła do walki.

Wiem, Mikaso, odpowiedział jej w myślach. Dobrze o tym wiem. Spoczywała na nim odpowiedzialność za śmierć jego żołnierzy, tak samo odpowiedzialność za ich rozwój i siłę. Musiał ich chronić, ale jednocześnie czasami pozwolić na samodzielnie działanie, na czynienie postępów. Z tą właśnie wiarą pozwolił Shanie walczyć na własną rękę, a teraz Mikasie. Zaraz. Skoro zostawił Shanę i skończyło się to tragedią, to raczej nie powinien teraz zostawiać Mikasy, prawda?

Potarł zmęczone oczy. Przypomniał sobie słowa swojej matki, która na wieść, że jej syn chce zostać żołnierzem, nie przyjęła tego dobrze. Z czasem pogodziła się z jego decyzją, ale nie pochwalała jej. Teraz Arvid dobrze ją rozumiał, bo wcześniej chciał iść do wojska jako zbuntowany gówniarz. Marzyło mu się bohaterstwo, chwała. Kusiła duma i zaszczyt. Matka mówiła mu za każdym razem, że sam nie może uratować całego świata. Miała rację.

Powinienem iść, pomyślał Arvid. Tak, to jest słuszne. Sam nie mogę uratować całego świata, ale mogę ocalić podwładnych i własną siostrę. Muszę też zaufać innym, zaufać Mikasie, zaufać jej sile i odpowiedzialności.

Tak musiał postąpić i zrozumiał to, chociaż myśli wciąż kłębiły się w jego głowie, a wątpliwości nie chciały odejść. Bał się, że wybierze źle. Potem miałby do siebie pretensje, byłby wściekły. Ale… nie mógł przecież przewidzieć wszystkiego tak jak Lieve. Chciał ją ratować. Przez jedną krótką chwilę pozwolił sobie na dopuszczenie do siebie osobistych uczuć. Uratować Lieve. Uratować Shanę.

Tak, Shany też nie chciał stracić. Była mu niezwykle oddana i dałby sobie głowę uciąć, że nie znalazłby równie dobrej szeregowej. Ona zdawała się czytać mu w myślach. Zawsze wiedziała, co chciał usłyszeć. Jej słowa za każdym razem dodawały mu sił. Przychodziła do niego, a ból po prostu odchodził.

Był tam potrzebny, był potrzebny żołnierzom, a najbardziej tym dwóm dziewczynom, którym winien był wszystko.

- Panie poruczniku Arvid – znalazła się przy nim Allison. – Przysłała mnie do pana dowódca Hanji.

Zmierzył kobietę krytycznym spojrzeniem. Miała duże, intensywnie zielone oczy. Była bardzo atrakcyjna i wydawało mu się, że świetnie zdaje sobie z tego sprawę i często to wykorzystuje. Mógł się mylić, poza tym ten tok myślenia był czysto stereotypowy. Arvid wbrew wszelkim regułom rządzącym męskim światem, nie przepadał za takimi ładnymi laskami. Najczęściej były puste, irytujące i samolubne. Uważały, że należy im się cały świat, że zdobędą wszystko głębokim dekoltem i starannym makijażem.

Nie chciał wyrabiać sobie opinii o Allison na podstawie samego jej wyglądu, ale o makijażu lala nie zapomniała. Jechała za mur, a mimo to wciąż poświęciła cenny czas na robienie czegoś tak głupiego, jak tapety na ryju. Nie bądź okrutny, zganił się w myślach. Nie oceniaj innych po pozorach.

- Panie poruczniku Arvid? – spytała, kiedy nie zareagował.

- Jedziemy do szeregowej Shany – odezwał się wreszcie. – Wieziemy im zapasowe konie i gaz. Jakiś sprzeciw?

Zadane przez niego pytanie nie zabrzmiało ani trochę przyjaźnie. Przez stres i własną głupotę zaczął odchodzić od rozsądnych działań. Weź się w garść, zganił się w myślach jeszcze raz.

Allison wystraszyła się jego reakcją. Uniosła obie ręce w obronnym geście, nie chcąc zostać źle zrozumianą.

- Absolutnie, poruczniku – powiedziała. – Czemu miałabym mieć sprzeciw?

Wzruszył ramionami.

- Przygotowane dla nas konie czekają za tym budynkiem – wskazała ręką. – Mają już przymocowane do siodeł butle z gazem, więc musimy tylko tam iść.

- W takim razie lecimy.

Arvid skierował się w tamtą stronę, kątem oka obserwując Allison. Może i źle ją ocenił. W sumie to nie wiadomo. Zdawała się być odpowiedzialna i rozsądna, ale nie mógł się oprzeć wrażeniu, że jest jedną z tych egoistycznych dziuń. Zresztą jakie miało to teraz znaczenie? Byli w pracy. Zabójczej, bo zabójczej, ale pracy. Tutaj nie miały znaczenia takie idiotyczne błahostki.

***(Lieve)***


Spadała gdzieś w dół. Wokół migały obrazy zwiadowców za murami, ich marnych wysiłków, rzezi, potem znowu ten las, znowu ten przeklęty las, a w lesie był Eren i Levi. Krzyknęła, chcąc odgonić te nieszczęsne wizje. Już to widziałam, pomyślała. Tak, widziałaś, odpowiedział jej mózg, ale jeszcze nie tak wyraźnie, nie tak namacalnie, nie tak okrutnie…

Próbowała zacisnąć powieki, ale przecież w swoich myślach nie miała oczu, które mogłaby zamknąć. Oglądaj wszystko… patrz i wiedz, co wydarzy się tobie i twoim przyjaciołom, jeśli nawalicie.

Lieve wiedziała, że to bardzo prawdopodobny koniec. Była zmęczona i obolała. Zanim odpłynęła, wszyscy panikowali przez brak gazu i koni. Bez tego naprawdę umrą. Zginą niemal natychmiast przez nikogo innego, jak obrzydliwych tytanów, tych paskudnych potworów, którzy swoim terrorem odbierali ludziom wolność i życie.

Lieve zobaczyła swoje odbicie w przestrzeni, wykrzywioną z bólu twarz, całą we krwi, pooraną długimi szramami. Potarganą i krzyczącą, bo właśnie miała umrzeć zjedzona przez tytana. Nie, nie, nie, powtarzała sobie, kręcąc głową z rozpaczy. Nie umrę tak, nie umrę… Ale zdawała sobie sprawę, że to nieuniknione. Oni już przegrali. Jeśli chociaż przez chwilę wydawało jej się, że będzie w stanie walczyć z tymi bestiami, może nawet wygrać i do czegoś się przydać, myliła się od samego początku. To wcześniejsze myśli były właściwe. Nie da rady ich pokonać. Nigdy…

Przypomniał jej się Armin i jego odwaga. Zachciało jej się płakać. On był taki dzielny. Słaby, ale dzielny, znacznie bardziej przez to przydatny od niej. Gdyby nie on… Lieve dawno by się poddała, dawno by pozwoliła sobie na chwile nieuwagi, chwile bezruchu i stagnacji, które mogłyby doprowadzić ją prosto przed uśmiechnięte oblicze śmierci.

- Witaj – usłyszała niski głos.

Odwróciła się i zobaczyła przed sobą tamtego chłopca. Bladego, chudego i uśmiechającego się mądrze, jakby… jakby wiedział coś, czego ja nie wiem, przeszło jej przez myśl. Ale przecież tak było w rzeczywistości – on wiedział wszystko. Tyle że żądał zapłaty.

- Przyszedłeś znowu mnie dręczyć? – zapytała napastliwie. Obraz własnej śmierci trochę ją otrzeźwił. Wciąż widziała wykrzywione w cierpieniu twarze przyjaciół.

- Dręczyć?

Dzieciak zmrużył oczy. Kiedy zrobił to, cofnęła się o krok. Miała wrażenie, że widziała już gdzieś ten gest, znała kogoś, kto mrużył oczy identycznie. Przełknęła ślinę. Weź się w garść, powiedziała sobie, ale były to puste słowa bez pokrycia.

- A może nie? – spytała, mierząc go rozeźlonym spojrzeniem. – Kim jesteś?

- Chcesz wiedzieć?

- Dlatego przecież pytam.

- Zapłacisz?

- To za odpowiedź na to pytanie mam zapłacić? – wytrzeszczyła oczy. – Dlaczego?

- Jestem trochę tobą – powiedział chłopiec, a jego stalowe oczy lśniły bezlitosną szczerością. – Jestem też twoim bratem. Jestem odpowiedzią na wiele twoich pytań. A także zbiorem całkowicie nowych, na które nie znam odpowiedzi.

- Ty chcesz, żebym to zobaczyła – zrozumiała nagle.

- Chcę, żebyś pomogła mi znaleźć odpowiedzi.

- Czy to nie wystarczająca zapłata? – spytała trochę wkurzona. – Kiepski jesteś, jeśli chodzi o handel wymienny. Ty pokazujesz mi odpowiedź na moje pytania, a ja znajduję odpowiedź na twoje. Nie podoba ci się ten układ?

Chłopiec uśmiechnął się.

- Zginiesz – powiedział.

Lieve przeszły ciarki. Poczuła, jak w twarz uderzają jej z powrotem znajome obrazy, niczym kłęby buchającej pary. Skrzywiła się.

- Nie – odpowiedziała, sama się sobie dziwiąc. Uśmiech chłopca zniknął.

- Tu możesz znaleźć ważne informacje – mówiąc „tu” wskazał na swoją głowę. – Dzięki temu być może przeżyje wielu ludzi. Być może przeżyje Arvid, Levi i Eren, Shana, Armin i pozostali twoi przyjaciele. Chyba warto dla nich zaryzykować.

Lieve nabrała do płuc powietrza i zastanowiła się przez chwilę. Może i chłopiec mówił prawdę. Może i faktycznie posiadał znaczące wiadomości na temat pochodzenia tytanów lub czegoś podobnego. A może i nie, podpowiedział jej instynkt samozachowawczy. Naiwność cię zgubi, głupia dziewczyno.

Ale jaka naiwność? Miała przed sobą fizyczną formę swoich umiejętności. Wszystkie wizje pochodziły od nikogo innego, jak od tego chłopca. Nie wiedziała, kim jest, ani co dokładnie miał na myśli, mówiąc, że jest częścią jej i częścią Arvida. Jak to? Chyba że… nie, odepchnęła od siebie absurdalne przypuszczenia. Z drugiej strony jednak… Ten dzieciak wyglądał dokładnie jak… Zacisnęła pięści, bo teraz nie mogła się wycofać. Nie, kiedy dręczyły ją TAKIE wątpliwości.

- Cena? – zapytała.

Chłopiec się uśmiechnął.

- Wezmę od ciebie coś w taki sam sposób, jak mnie zostało odebrane.

Uniosła brwi.

- To znaczy?

- Dowiesz się.

- Kiedy?

- Będziesz wiedziała. Zrozumiesz.

Okej. Tyle wystarczy. Przez jedną krótką chwilę pozwoliła sobie na wyłączenie wszystkich myśli. Odetchnęła głęboko i zmierzyła dziecko badawczym spojrzeniem. Chłopiec uśmiechał się uprzejmie, czekając na odpowiedź.

- Zgoda. Pokaż mi.

Wyszczerzył ząbki, jeszcze mleczaki, jak zdążyło zauważyć jej lekarskie przyzwyczajenie. Ciemność wokół rozpłynęła się, a potem przekształciła w gigantyczny tłok, który zaczął spychać Lieve niżej i niżej, głęboko w czerwoną otchłań. Spadała posłusznie i bezładnie, wiedząc, że wizje nie mogą jej skrzywdzić. Nie krzyczała, a serce utrzymywało spokojny, jednostajny rytm. Nie czuła strachu, co ją samą trochę zaskoczyło.

Otaczała ją zewsząd cisza, błoga i delikatna, ani trochę nie nerwowa czy niebezpieczna. W tej wizji Lieve miała fizyczną postać. Zobaczyła przed sobą lustro. Podeszła do niego wolnym krokiem, omiatając wzrokiem całe miejsce. Ściany miały odcień szkarłatu, tak samo sufit, a podłogę pokrywała czerń. Ponuro, ale dziwnie spokojnie, pomyślała. Czuła się tu dobrze, a kiedy spojrzała w lustro, zdała sobie sprawę, że są to emocje kogoś innego.

Nie zobaczyła swojej twarzy, ale śpiące niemowlę. Jego usta poruszały się delikatnie przy każdym oddechu, paluszki zaciskały się w powietrzu. Lieve zastanawiała się, co to może oznaczać, ale dziecko obudziło się i otworzyło niebieskie oczy. Niebieskie bo niebieskie, ale każde niemowlę miało niebieskie oczy i ona jako lekarz doskonale o tym wiedziała. Domyśliła się jednak, że to ów chłopiec, że to tamten dzieciak o stalowych tęczówkach.

Niemowlę w lustrze zaczęło płakać, a coś czerwonego od góry zaczęło zalewać nieskazitelną taflę. Dziecko krzyczało, a Lieve pieczołowicie starała się wytrzeć posokę, którą okazała się być krew, najprawdziwsza, jeszcze ciepła. Dziewczyna pocierała lustro, ale krwi było zbyt wiele. Przysłaniała widok drącego się w niebogłosy malca. Zanim Lieve się wreszcie poddała, była cała we własnych łzach i obcej krwi.

- Co to ma znaczyć? – rzuciła pytanie w przestrzeń. Głos miała bardzo cichy i zachrypnięty.

Rozejrzała się. Krew spływała z lustra, lądując ciurkiem na czarnej podłodze, płynąc we wszystkich kierunkach, jakby żyła. Ścieżki cieczy pomknęły w stronę Lieve. Nie ruszyła się z miejsca, bo po pierwsze była lekarzem i potoki krwi już dawno przestały ją obrzydzać i przerażać, a po drugie przecież cała już była umazana czerwienią. W jej uszach wciąż dudnił krzyk dziecka z lustra.

Podłoga nagle zaczęła się kruszyć. Płaty czerni opadały jak puzzle, a razem z nimi spływały w otchłań strugi krwi. Lieve nie bała się i skoczyła.

Wylądowała w niewielkim pomieszczeniu, przypominającym izbę dzienną w typowym domu, niezbyt bogatym, ale przytulnym. Na stole stały misy, talerze, sztućce, a także niewielki wazon z kwiatami, które Lieve widziała po raz pierwszy w życiu. Tyłem do niej stała kobieta, krzątając się przy jedzeniu i nucąc melodię, którą dziewczyna rozpoznała od razu. Przełknęła głośno ślinę, nie ruszając się z miejsca. Tyle razy słyszała tę piosenkę, że nie potrafiłaby jej zapomnieć.

Kobieta odwróciła się w jej stronę, rozwiewając wszelkie wątpliwości. Była dość młoda. Na jej twarzy nie widniały jeszcze żadne zmarszczki, a kasztanowe włosy nie miały w sobie ani jednego pasma siwizny. Poza tym była bardzo szczupła, wysoka i atrakcyjna. Uśmiechała się szeroko, a jej oczy lśniły. Nie garbiła się, nakładając jedzenie, nie narzekała na ból w plecach i nie człapała wolno z jednego kąta domu do drugiego. Ale z pewnością była matką Lieve i Arvida.

Dziewczyna otworzyła szeroko oczy ze zdziwienia, nie mogąc pogodzić się z tym, co widzi. Nie pamiętała matki tak młodej. Teraz kobieta miała mocno pod sześćdziesiątkę, była już w takim wieku, że marzyły jej się wnuki. Ale nie było mowy o pomyłce. Ta piosenka, te włosy, które Lieve po niej odziedziczyła. Sposób, w jaki mama mrużyła oczy, był po prostu identyczny.

Tyle że o co tutaj chodzi? Co jest grane? Lieve patrzyła spokojnie, jak kobieta nakłada jedzenie, a potem woła głośno:

- Chodźcie na obiad!

Już idę mamo, pomyślała z rozżaleniem, chcąc się popłakać. Była cała obolała i zmęczona walką z tytanami, wykończona myślami o śmierci swojej i śmierci swoich przyjaciół. Już idę, mamo, powtórzyła do siebie, a łzy pociekły jej po policzkach. Już idę.

Ale to nie ją mama wołała na obiad z tak promiennym uśmiechem. Do pomieszczenia wszedł wysoki mężczyzna, który w niczym nie przypominał ich ojca. Tata Lieve i Arvida był niższy od swojej żony, miał blond włosy i szerokie bary. Ten facet nie miał za dużo ciała przy kościach, a na jego policzkach widniał kilkudniowy zarost. Niósł na ramieniu siekierę pomalowaną na granatowo. Odstawił ją i ucałował matkę Lieve, na co ta nie bardzo wiedziała, co powinna o tym myśleć.

Była święcie przekonana, że ojciec był pierwszym mężem mamy i ten widok kompletnie wytrącił ją z równowagi. Po co mama miałaby kłamać? Przecież nikt, ani Lieve, ani Arvid, nikt nie miałby jej za złe, że wcześniej dzieliła życie z innym. Chyba że ojciec…

Ale… ale tata… dziewczyna poczuła, jak jej serce rozdziera się na pół. Jej ojciec był takim dobrym człowiekiem, zanim umarł. On by wybaczył wszystko swojej żonie i dzieciom, bo dobro rodziny stanowiło dla niego absolutny priorytet. Tak więc… mamo, dlaczego?

- Jak tam na mieście, skarbie? – spytała mama, kładąc przed mężczyzną talerz. Usiadł i podziękował.

- Normalnie – burknął. – A dzieciak?

Mama sposępniała.

- Nadal dzieją się z nim dziwne rzeczy. Cały czas rozmawia ze swoimi przewidzeniami, unika zabawy z innymi dziećmi. Martwię się o niego – mama naprawdę wyglądała na szczerze zmartwioną. – Ale lekarz mówił, że dzieci mają zwykle bogatą wyobraźnię.

- Wiesz dobrze, co myślę na ten temat. Jest szurnięty. Powinniśmy go odesłać do jakiegoś ośrodka i mieć święty spokój – powiedział ostrym tonem, a Lieve nagle poczuła, że bardzo go nienawidzi.

- Jest naszym synem! – krzyknęła mama.

- Jest nieobliczalny. Przeklęty. Wokół niego dzieją się dziwne rzeczy, dobrze o tym wiesz. Umierają zwierzęta, dzieci zostają ranne. Wszystkie od niego uciekają i wcale im się nie dziwię.

- On sam przed nimi ucieka. Wie, że jest samotny i nie chce tego zmieniać, bo jego wysiłki na nic się zdają. Głównie przez ciebie!

Lieve rzadko oglądała zdenerwowaną mamę, ale teraz faktycznie kobieta wyglądała na wściekłą. Między małżonkami zaległa cisza.

- Co byś zrobiła… - zapytał nagle, a czas wydawał się stanąć w miejscu – gdyby chłopiec umarł?

Talerz upadł na podłogę i rozbił się na małe kawałki. Mama patrzyła na mężczyznę ze ślepą furią rozjuszonego drapieżnika. Lieve w jednej chwili przeszły ciarki i zrozumiała, że tak wygląda kobieta, która chce ochronić swoje dziecko. Mama drżała, ale nie umiała ukryć podenerwowania i złości.

- Zamordowałabym cię – powiedziała, a Lieve natychmiast jej uwierzyła.

W tej samej chwili do środka wszedł chłopiec. Wyglądał znacznie lepiej niż obraz, jaki zakodowała sobie w myślach dziewczyna. Dziecko było ubrane czysto i schludnie. Poza tym z pewnością ważyło więcej od chuderlaka z wizji Lieve. Stalowe oczy chłopca lśniły niemal wesoło, kiedy siadał przy stole i dziękował mamie za podanie posiłku.

To mój przyrodni brat, uświadomiła sobie nagle Lieve. To było tak absurdalne, że aż nie chciała uwierzyć. Jednakże tak właśnie wyglądała prawda, a ona musiała to zaakceptować. Zresztą naturalne współczucie kazało jej nienawidzić mężczyzny i kochać tego biednego chłopca, który został odrzucony przez podobny dar, jaki posiadała ona.

- Idę na dwór – powiedział facet i wyszedł. Mama starała się zrobić dobrą minę do złej gry.

- Chcesz jeszcze buraczków? – zapytała synka. Kiwnął głową. – Masz, kolego.

- Tata ma coś do zrobienia?

- Ta… - mruknęła, a wszystkie negatywne myśli odbiły się na jej twarzy. Na szczęście stała tyłem do dziecka. – Jest bardzo zajętym człowiekiem. Zrób coś dla mnie i pomóż mi dzisiaj w domu, dobrze?

- Okej, mamo.

Chłopiec pomógł jej pozmywać talerze. Do końca dnia Lieve obserwowała matkę, jak ta bije się z myślami. Chciała chronić syna, ale nie wiedziała tak to zrobić. Chciała trzymać go z daleka od ojca. Lieve nie wątpiła, że był na tyle złym człowiekiem, by po prostu dziecko zabić.

Tego, co zobaczyła później, nie zapomni już nigdy. Mogła się spodziewać śmierci braciszka, ale nie takiej. Wizja rozmyła się, kiedy chłopiec kierował ją do kulminacyjnej sceny, omijając po drodze kadry z życia codziennego. Lieve zobaczyła w nich niewiele, ale zdążyła ocenić, że mama starała się ze wszystkich sił, by go ocalić. Prosiła syna często o pomoc, żeby był przy niej. Całkowicie serio mówiła również o zamordowaniu męża. Kilka razy trzymając kuchenny nóż, zdawała się być zamyślona i patrzyła na ostrze badawczo.

Lieve wcale to nie dziwiło. Postawiła stopy na miękkiej trawie. Zobaczyła braciszka stojącego w towarzystwie ojca nad rzeką. Serce dziewczyny mimowolnie zabiło szybciej. Chciała go dosięgnąć, obronić, ale wiedziała, że nie może zrobić nic. Chwilę później zresztą sparaliżował ją strach.

- Mama kazała nam dzisiaj wcześniej wrócić – powiedział chłopiec, chowając swoją wędkę. – Powinniśmy wracać, tato.

Ale nie wrócili nigdy. Ojciec wstał, a Lieve cofnęła się kilka kroków, kiedy zamienił się w czterometrowego tytana. Dziewczyna rozdziawiła usta, nie chcąc w to uwierzyć. Domyśliła się, że facet zapewne spaliłby ciało, by nikt go nigdy nie znalazł, ale że…

Chłopiec zawył, kiedy olbrzymia ręka schwytała go i wzniosła w powietrze. Wierzgał małymi kończynami i płakał. O boże, tak bardzo płakał, tak głośno krzyczał, że chce do mamy, że nie chce umierać, a Lieve stała i patrzyła i nie mogła nic zrobić, choć tak bardzo pragnęła po prostu złapać go i przytulić i powiedzieć, że już dobrze i że kocha go, jakby żyli ze sobą od zawsze.

Tytan zjadł chłopca, a mężczyzna wrócił do swojej dawnej postaci. Resztę wizji przykryła mgła i Lieve stanęła oko w oko ze swoim braciszkiem, teraz już w znajomej formie. Chłopiec patrzył na nią wyczekująco. Rozpłakała się, bo nie miała przed sobą już niewinnego, kochającego z całych sił dziecka, miała przed sobą pozbawiony emocji wrak, nieczułego manekina, który wciąż był jej bratem, ale nie czuł się nim ani trochę i pewnie nienawidził jej teraz głęboko.

- Zapłatę przyjmę później – powiedział i znikł.

********************
Rozdział 7
********************


Uciekali, chociaż nie mieli żadnych szans. Zwyciężyła desperacka chęć przetrwania, tym sposobem Shana zignorowała ból i beznadzieję ich położenia. Gaz się skończył, Lieve zemdlała, Armin zaczął panikować. W porę udało jej się jakoś do niego dotrzeć, żeby się chociaż trochę opamiętał, ale wciąż drżał i miał szkliste oczy, jakby zamierzał się lada chwila popłakać. Prawdę powiedziawszy, sama mam ochotę to zrobić, pomyślała. Tyle że nie mogła. Była dowódcą ich nielicznej grupki, filarem tych ostatnich bezsensownych działań przed śmiercią ich wszystkich.

Zeszli z dachu, bo nie było sensu na nim siedzieć. Bez gazu i koni ucieczka i tak nie miała szans się powieść, ale przynajmniej zyskają kilka minut, a przy odrobinie szczęścia, może nawet godzin. Dwóch rzeczy Shana była całkowicie pewna – po pierwsze nie zamierzała stać bezczynnie na dachu i czekać, aż przyjdą po nią tytani. Po drugie umrze z nich wszystkich pierwsza. Nie miała już najmniejszego zamiaru patrzeć, jak jej podwładni zamieniają się w szkarłatne plamy, ani słuchać ich rozdzierających krzyków podczas ostatnich chwil życia, ostatnich, bo pierwszych pod jej komendą. Żałosne.

Sasha zgodziła się wziąć Lieve na barana. Armin był na to zbyt słaby, a Shana z nich wszystkich miała najwięcej sił i zdolności do chłodnej kalkulacji. W jej zwyczaju nie leżało poddawanie się strachowi, panice i histerii. Jeśli czuła się bezsilna, uciekała, to jasne. Ale zawsze rozsądnie, tą drogą, która wydawała się być najlepsza. Tak jak wtedy uciekła do wojska, nie mogąc znieść myśli oglądania swojej rodziny każdego kolejnego dnia, nie chcąc codziennie patrzeć na świat z tych samych perspektyw. Nie chciała zostać praczką, nie chciała zostać sprzątaczką, kurą domową i krową przeznaczoną do rozrodu. Nie takiego życia pragnęła.

Nie mogła iść gdzie indziej, niż tylko do wojska. Mury ograniczały swobodę wszystkim ludziom, a w każdej dzielnicy rządziły te same zasady. Shana podjęła słuszną decyzję i nawet w tym kluczowym momencie nie zamierzała niczego żałować. Zrobiła, co należało.

- Ile jeszcze będziemy tak biec? – dyszał Armin.

Shana bez słowa skręciła w jedną z bocznych uliczek. Zamierzała się zatrzymać w jednym z domów, a potem w razie czego uciec gdzieś dalej. Pokonali większość tytanów, ale zwykłe osobniki kręciły się po okolicy i z pewnością po nich przyjdą. W jednej chwili zrozumiała, że to nie jest do końca tak, że niczego nie żałuje. To zabawne. Czy tak właśnie działa perspektywa nieuchronnej śmierci?

Żałowała bardzo wielu decyzji ze swojego życia. Żałowała, że pozwoliła umrzeć Timowi. Żałowała, że nigdy nie udało jej się nawiązać dobrej relacji z matką. Żałowała, że dostała od niej tak mało miłości. Żałowała, że nigdy nie powiedziała Arvidowi, że go kocha. Żałowała, że zbyt rzadko mówiła to swojej siostrze i innym ludziom ze swojego życia. Żałowała, że zaraz umrze przez nią Lieve, że złamała dane porucznikowi słowo.

Miała w sobie aż nadto żalu. Łzy cisnęły się do oczu, ale nie mogła sobie na nie pozwolić. Nawet na to nie zasługiwała. Była złym człowiekiem.

- Tutaj! – zawołała, wbiegając do jednego z domów.

Nie wiedziała, dlaczego wybrała akurat ten. Musiała chyba sama przed sobą udowodnić, że robi wszystko, co może. Dlatego biegła, biegła i biegła, zmuszając podwładnych, by robili to za nią. Ten budynek nie różnił się za bardzo od reszty zabudowań, które mieli wokół siebie. Shana jednak nie myślała o tym racjonalnie. Chciała uciec, a nikt nie ucieknie, jeśli będzie stał w miejscu.

- Połóż ją tutaj – odezwała się do Sashy, która pokornie ułożyła Lieve na podłodze. Zrobiła to bardzo delikatnie, ale szeregowej zdawało się, że wszystko teraz może tę cenną dziewczynę skrzywdzić.

Dotknęła czoła sanitariuszki. Było bardzo zimne, ale oddech wydawał się równy i wyraźny. Lieve z bladością na twarzy i zamkniętymi oczami wyglądała jak lalka. Shana nie mogła się nie przejąć jej stanem. Wiedziała przecież, że poprzednie omdlenie zakończyło się śpiączką. Stanie się to samo, jeśli nie udzieli się dziewczynie pomocy natychmiast. Tyle że ona kompletnie nie znała się na medycynie. W niewielkiej torebce sanitariuszki znalazła całą masę strzykawek i preparatów, ale kompletnie nie wiedziała, co ma z nimi zrobić.

Spojrzała bezradnie w stronę Sashy i Armina. Przyglądali jej się w milczeniu. Shana domyśliła się, jak strasznie musi teraz wyglądać. Roztrzęsiona, spocona i brudna. Miała zakrzepłą krew dosłownie wszędzie, na ubraniu, rękach, twarzy. Kiedy otwierała usta, czuła jej smak.

- Niech pani spokojnie usiądzie – odezwał się nagle Armin. Odważnie jak na zaistniałą sytuację i stan psychiczny przełożonej. – Proszę.

Chciał ją odciągnąć od Lieve, ale warknęła cicho. Sasha położyła chłopakowi dłoń na ramieniu.

- Pani Shano – powiedziała ostrożnie. – Armin ma rację. Nie pomożemy teraz Lieve, trzeba ją zabrać do lekarza. Na razie przecież tylko straciła przytomność, czyż nie? Oddycha. Żyje. Wszystko w porządku.

Sasha mówiła uspokajającym, kojącym głosem. Shana odsunęła się od Lieve i poczuła, jak ktoś kładzie jej na ramionach koc. Armin przyniósł drugi i okrył nim Lieve. Dopiero wtedy szeregowa zmusiła się do dokładniejszego obejrzenia otoczenia. Wcześniej nie zwracała na nie uwagi, bo co może być w takim domu potrzebnego żołnierzowi do walki z tytanami? Nie mieli szans choćby na znalezienie żywności, upłynęło bowiem stanwczo za dużo czasu. Kiedy tylko przypomniała sobie o jedzeniu, pojęła, że jest po prostu przeraźliwie głodna. Na tę myśl otuliła się szczelnie kocem. Chciała móc sobie ot tak zasnąć, odpłynąć i nie zwracać uwagi na nic.

W domu było bardzo brudno, co nie dziwiło nikogo. Kurz piętrzył się warstwami na podłodze i na stole, przykrył też talerze i pleśń, która niegdyś była obiadem. Sztućce były porozrzucane w nieładzie, co świadczyło o pośpiechu przy opuszczaniu budynku. Shana z łatwością umiała sobie wyobrazić, jaka tragedia spotkała tych ludzi.

- Armin, chodź ze mną – powiedziała i wstała. – Rozejrzymy się tutaj.

Kiwnął głową. Pewnie uważał, że nie ma to większego sensu, ale Shana nie dbała już o sens swoich działań. Nie chciała zginąć i zamierzała znaleźć jakiś sposób na przeżycie. Musiał jakiś istnieć. Musiał, prawda?

- Sasha, zostań tutaj z Lieve na wypadek, gdyby się obudziła. Jeśli usłyszysz kroki tytana lub zobaczysz jakiegoś, krzycz najgłośniej, jak tylko potrafisz.

Dziewczyna kiwnęła posłusznie głową. Zwykle miała w zwyczaju odpowiadać „tak jest”, ale ta sytuacja jakoś przyćmiła poczucie wojskowego obowiązku ich wszystkich. Shana nie dziwiła się temu. Nadal dowodziła, to jasne, ale nie było to już nie to samo. To nie była prawdziwa walka, tylko zwykła farsa o przedłużenie sobie życia o jedną godzinę, może dwie. A może mniej.

- Same śmieci – ocenił Armin, grzebiąc w sąsiednim pomieszczeniu. – Figurki i obrazki. Może mieszkał tu jakiś rzeźbiarz. Tak, chyba tak… - dodał, patrząc na obrazek. – I malarz. Ta osoba to może jakaś jego krewna lub znajoma…

Niech sobie bredzi do woli, pomyślała Shana. Nic nie obchodził ją rzeźbiarz, malarz, czy inny właściciel tego domu. Mimo to spokojny ton głosu kogoś obok powodował, że było jej lżej. Czuła się bezpieczniej i pewniej, chociaż to głupie.

- To nam się na nic nie przyda – dodał, odrzucając w kąt inne obrazki i cuchnące worki z czymś, co chyba kiedyś było jedzeniem. – A to?

Podniósł wysoko widły. Shana pokręciła głową, ale jednak się zawahała.

- Nie da się takim czymś walczyć z tytanem, ale przynajmniej znieśmy na dół wszystko, co jest ostro zakończone. Ooo… - spojrzała w kąt i zobaczyła wielką siekierę. Podniosła ją i zważyła w dłoniach. – Chciałabym mieć ją przy sobie za każdym razem, kiedy Griet z Ryker’em się kłócą.

Armin parsknął, a ona sama uśmiechnęła się nieznacznie. Żartowanie w sytuacjach kryzysowych było czymś odruchowym, zwłaszcza wtedy, kiedy sama nie była w stanie znieść stworzonego przez siebie napięcia i nerwów. Wiedziała, że to potrafi przynajmniej odrobinę pomóc psychice ludzi, chociaż mogło być zabójcze w przypadku wszystkich późniejszych działań. Lepiej nie tracić czujności.

Otworzyła kopniakiem skrzynię stojącą w pomieszczeniu i zobaczyła w niej ubrania. Nic więcej. Zaklęła, chociaż koniec końców przeszukiwanie domu nie miało żadnego sensu i dla nikogo nie było to tajemnicą. Shana dałaby wszystko za przynajmniej jedną butlę z gazem, ale to niedorzeczne. Tkwili w budynku mieszkalnym, nie militarnym. W pobliżu nie było żadnego, zresztą nawet jeśli by był, zwiadowcy i inni żołnierze pewnie wcześniej by się do niego dobrali.

- Jest pani z Shiganshiny? – zapytał Armin z nienacka.

To pytanie tak ją zaskoczyło, że aż przycięła sobie palce. Syknęła i wyprostowała je, po czym spojrzała na chłopaka badawczo. Halo, przecież byli w pracy. Nie bardzo wiedziała, do czego mogłaby doprowadzić ich ta rozmowa, ale wolała nie poruszać tematów osobistych. Dobrze czuła się w skórze szeregowej Shany z Korpusu Zwiadowców, nieco gorzej w skórze siostry Tima, bezimiennej dziewczyny zza granic muru Rose.

- Nie – odpowiedziała z niejakim chłodem, wracając do przetrzepywania pomieszczenia.

- Ja tak. Byłem wtedy, kiedy tytani się tu dostali.

- Rozumiem. Przykro mi. – Naprawdę było jej przykro. Żaden człowiek na świecie nie zasłużył sobie na to, by dotknęło go okrucieństwo tytanów.

- Mówię o tym dlatego, że panią podziwiam – powiedział. – Jest pani bardzo odważna. Dobrze pani zna zagrożenie, jakie stanowią tytani, wielokrotnie pewnie była pani świadkiem śmierci swoich ludzi za murami. Mimo to…

Shana głośno zatrzasnęła kolejną skrzynię z ciuchami. Nie miała ochoty wysłuchiwać o tym, jaka rzekomo jest odważna, jaka silna, jaka coś tam.

- Wszystko przechodzi i przychodzi z czasem, Armin. Tak jak tchórzostwo i odwaga.

- Może i tak… kiedyś w życiu bym nie pomyślał, że zostanę żołnierzem.

- Więc czemu to zrobiłeś?

- Nie chciałem ich zostawiać – odparł. – Erena i Mikasy. Nie, to w sumie nie tak. Po prostu nie chciałem zostać sam.

Nie odpowiedziała, otwierając kolejno szuflady.

- Pewnie pani uważa, że to żałosne.

- Nie, nie uważam – jej głos zabrzmiał twardo i nieprzyjaźnie. – Gdybyś znał moje powody, mogłabym powiedzieć to samo. Eh, Armin – odwróciła się w jego stronę. – Niczego nie da się przewidzieć. Powody, które tobą kierowały, są równie dobre jak innych. Jesteśmy ludźmi. Jesteśmy egoistyczni. Mało na świecie takich bezinteresownych szaleńców jak Eren.

- Prawda – przyznał. – Mikasa dołączyła do Zwiadowców dlatego, że chciała go chronić.

- To się zmieni.

- Hmm?

Shana uśmiechnęła się i jednocześnie bardzo wzruszyła, bo poczuła na sobie ciężar wszystkich dobrych i złych doświadczeń. Powody, dla których dołącza się do wojska, różnią się od tych, dla których się w nim trwa. Ona dołączyła, by uciec. Trwała, by chronić. Ludzkość, przyjaciół, Arvida, podwładnych, siebie. By walczyć, ponieważ ktoś musiał przelać tę krew. To było konieczne.

- Mikasa zrozumie, że Eren nie jest jedyną wartością, za którą warto oddać swoje życie – odpowiedziała. Kopnęła ze złością komodę, w której nie znalazła nic ciekawego. – Ty zresztą też – dodała – choć mam wrażenie, że już to pojąłeś.

- Chciałem się wydostać z tych murów podobnie jak Eren – szepnął Armin. – Chciałem zobaczyć świat, zwiedzić go, dotknąć.

Położyła mu dłoń na ramieniu.

- Nie mów tak, jakbyśmy już byli martwi. Jeszcze żyjemy.

Przeciągnęła się i ziewnęła. Ze wstydem uświadomiła sobie, że zachowała się identycznie jak Arvid, a przecież zawsze go za to gnoiła. Znowu zrobiło jej się smutno i znowu zaczęła wątpić. Przez myśl jej nawet nie przeszło, żeby jakakolwiek grupa opuściła formację tylko po to, żeby ich ratować. Tak, na pomoc nie ma co liczyć.

- Chodź, Armin – powiedziała. – Idziemy do Sashy.

Chłopak posłusznie udał się za nią na dół. Widok nieruchomej Lieve znowu uderzył w Shanę z całą swoją siłą. Poczuła się bezradna i beznadziejna. Uklękła obok dziewczyny, kładąc na ziemi siekierę. Wpatrywała się w twarz sanitariuszki z poczuciem winy i lękiem. Jeśli nie zabije jej tytan, być może zrobi to stan zdrowia. Nie miała zielonego pojęcia na temat medycyny, ale organizm dziewczyny był mocno osłabiony i nie musiała mieć wykształcenia lekarskiego, żeby móc to stwierdzić.

Sasha siedziała obok ze spuszczoną głową. Jej ramiona drżały. Dopiero kiedy Shana przysunęła się bliżej, zobaczyła, że dziewczyna płacze. Nie umiała jej pocieszyć, bowiem sama miała ochotę poddać się rozpaczy i bała się, że wkrótce do tego dojdzie. Kiedy nadejdzie śmierć, będzie stała jak słup soli, a jej ludzie zginą, ponieważ ona się boi. Nie chciała do tego dopuścić, ale co mogła zrobić? Jak zaradzić tej beznadziejnej sytuacji?

Między nimi zaległa gęsta, niemal namacalna cisza. Absolutnie nieznośna odmiana ciszy, oceniła Shana. Objęła kolana ramionami i zakołysała się miarowo. Robiła to jako dziecko, kiedy bała się potworów spod łóżka. Ojciec zawsze powtarzał, że one nie istnieją, że jest bezpieczna. Boże, jak on ją wtedy bezczelnie okłamał. Potwory istniały, były właśnie tutaj, za murami. Nie była ani trochę bezpieczna i bała się jak cholera. W nosie miała, że wyglądała teraz jak wystraszona dziewczynka. Chyba tylko Levi pozostałby w takiej sytuacji niewzruszony jak zawsze. Nie.

Levi walczyłby do końca. Arvid też. Bałby się, to jasne, ale walczyłby z całych sił. Dał jej Lieve, bo wierzył, że ona zrobiłaby dokładnie to samo. Miał rację, pomyślała, patrząc na stertę noży, widły, siekierę oraz ostrza, z których dosłownie kilka nadawało się do czegokolwiek.

Nagle Lieve zatrzęsła się konwulsyjnie. Shana poderwała się natychmiast i dopadła do niej. Dziewczyna drżała chorobliwie, zupełnie jakby miała padaczkę. Sasha przytrzymała ją na ziemi, mocno dociskając trzęsące się kończyny.

- Co jej jest? – zapytała przerażona szeregowa.

- Padaczka? – spytał Armin. – Trzeba włożyć jej coś do ust!

Odwrócił się i pognał do pozostałych pomieszczeń, w których leżały książki. Nagle oczy Lieve wywróciły się tak, że było widać tylko białka. Shana czuła, że do oczu napływają jej łzy. Co robić? Sasha też wydawała się być kompletnie załamana. Bardzo chciała pomóc dziewczynie, równie mocno co szeregowa, ale…

Te rozmyślania przerwał głos. Głośny i dźwięczny, a wydobywał się z ust Lieve.

- Zginiesz – powiedziała.

W tym słowie było tyle mocy, tyle siły, że Shana cofnęła się odruchowo. Sasha pisnęła i puściła ciało dziewczyny. Ta drżała się i tarzała w konwulsjach, a jej usta poruszały się szybko w niepowiązanych ze sobą słowach. Ziemniaczana Panna przycisnęła mocno dłonie do uszu.

Wbiegł Armin i wcisnął książkę w usta Lieve. Wydobywał się z nich charkot, zduszony krzyk. Sasha płakała w kącie. Chłopak odgarnął nieprzytomnej włosy z czoła. Shana dotknęła jej. Była zimna, a jednocześnie pociła się, jakby przebiegła pięć kilometrów w upale. Nigdy wcześniej nie słyszała, żeby siostra Arvida cierpiała na taką chorobę i przestraszyła się, że to może jakiś szok czy coś… w każdym razie coś spowodowanego przez jej beznadziejne dowództwo.

Przestań, Shana, powiedziała sobie. Nie jesteś winna całemu złu tego świata.



***(Mikasa)***


- Dowódco Hanji – odezwała się Mikasa, kiedy rozprawili się już z grupą odmieńców. Okularnica spojrzała na nią pytająco. – Mamy dalej utrzymywać formację?

- Ta strona została rozbita niemal całkowicie. Decyzja należy do ciebie, co ma zrobić twoja drużyna. Podążanie za resztą nie ma już sensu.

Ackerman przygryzła wargę. Najchętniej pobiegłaby od razu do Erena, chcąc upewnić się, że wszystko z nim w porządku. Tyle że przy nim byli sami najsilniejsi żołnierze Zwiadowców, a ona… ona miała na sobie odpowiedzialność za Griet i Ryker’a. Zerknęła na nich przez ramię. Griet skręciła kostkę i kulała, chociaż była to jej jedyna kontuzja, stosunkowo niegroźna. Zwłaszcza przy trójwymiarowym manewrze. Ryker natomiast mocno oberwał w głowę przy upadku, ale Mikasa już go opatrzyła. Był bardzo blady, choć trzymał się dzielnie.

Co więc robić? Nie zarządzono jeszcze odwrotu, co było czystą głupotą według Mikasy. Mieli zatrważające straty, a za chwilę mogło być tylko gorzej i gorzej. Nie lepiej po prostu brać dupę w troki i zjeżdżać stąd, zanim zostaną całkowicie rozbici i wszyscy pożegnają się z życiem?

Bez sensu jechać do Erena, skoro był tak daleko w towarzystwie najsilniejszych. Bez sensu stać w miejscu i czekać na tytanów. A odwrót byłby szczytem niekompetencji. Pomyślała natychmiast o Arminie. Był w grupie Shany, tak samo jak Ziemniaczana Panna i młodsza siostra Arvida, o której Mikasa na dobrą sprawę nie wiedziała nic. Ale Armin też przecież był jej przyjacielem i nie chciała, żeby stała mu się krzywda. Czy jednak taka decyzja nie zostanie uznana za zwykłe osobiste pobudki? Nie, przecież…

Przecież Arvidem też kierowały osobiste uczucia. I to niekoniecznie wyniosłe i wydumane, jak miłość i przyjaźń, czy coś podobnego. Mógł pragnąć ocalić siostrę, ale przecież zależało mu na jego ludziach. Nie chciał pozwolić im zginąć. Mikasa mogła pomyśleć w podobny sposób. A nawet jeśli tak nie było, miała na uwadze uczucia Griet i Ryker’a. Oni z pewnością pragnęli rzucić wszystko i natychmiast pojechać za porucznikiem, któremu byli bezgranicznie oddani. No i z pewnością pragnęli uratować Shanę. Mikasa nie miała wątpliwości, że to właśnie Shana najczęściej nimi dowodziła i była dla nich absolutnym numerem jeden.

- Chcę pojechać za porucznikiem Arvidem – powiedziała do Hanji. Kobieta wyglądała na lekko zaskoczoną, ale uśmiechnęła się ciepło.

- To chyba dobry pomysł.

Ackerman odwróciła się w stronę dwójki swoich żołnierzy. Ponownie spróbowała ocenić ich stan, ale nie wyglądało na to, żeby było z nimi bardzo źle. Sama oberwała tylko raz i skończyło się na potłuczeniach. Nic groźnego.

- Dacie radę jeszcze trochę powalczyć? – spytała. Nie wątpiła, że po drodze natkną się na jednego lub dwóch tytanów.

- Pytanie.

Rozogniony wzrok Griet mógłby stopić metal. Mikasa spojrzała znacząco w stronę Ryker’a.

- Ta – odparł. Griet wepchnęła mu łokieć między żebra.

- Więcej entuzjazmu – syknęła. – Co ty, świeżak jesteś?

- Mniejsza – burknął, po czym zwrócił się do Mikasy. – Czemu pytasz? Pokonaliśmy już tych pieprzonych tytanów. Minęło dużo czasu. Zbiera się na odwrót.

- Nie zarządzono jeszcze odwrotu.

- Sugerujesz, że będziemy jechać dalej? – Griet nie kryła oburzenia. Wyraźnie na usta cisnęły jej się przekleństwa i same przykre określenia pod adresem Mikasy. Miała aż nadto oleju w głowie, żeby rozumieć bezsensowność takiego działania.

- Oczywiście, że nie – odpowiedziała cierpliwie. – Ale chyba rozumiesz, prawda? Zrobimy to, co sama zarządziłabyś na moim miejscu.

- Uratujemy Shanę.

- Tak. Pomożemy Arvidowi. Na to chyba zgodzicie się bez większych kłótni, prawda?

Ryker wymienił spojrzenie z Griet. Przez chwilę między ich oczami zawisła iskra, która zwykle prowadziła do kłótni, ale tym razem szybko zgasła. Nie odezwali się do siebie, chociaż mieli taką szansę.

- Chodźcie – rzuciła, schodząc na ziemię przy pomocy trójwymiarowego manewru. – Konie? – zapytała jednego z żołnierzy.

Wskazał ręką sześć wierzchowców, które najwyraźniej zostały wcześniej spłoszone, a teraz schwytane. Mikasa dosiadła jednego z nich, a Ryker i Griet poszli w jej ślady. Natychmiast ruszyli w tę samą stronę, co Arvid, ani trochę nie oszczędzając koni i samych siebie. Momentami ogier Griet zrównywał swój bieg z klaczą Mikasy, która jechała na przedzie. Griet mała ognisty temperament i Ackerman zdążyła się już o tym przekonać.

Wyjechali na gładki teren, gdzie rosły jedynie trawy, krzewy, niewielkie drzewa. Pustkowie jak okiem sięgnąć. Jechali w ciszy, którą przerywało jedynie rżenie koni i świst prędkiego wiatru w uszach. Oraz kroki jednego z tytanów, który wyraźnie zmierzał w ich stronę. Mikasa przekierowała ich trochę na bok, żeby mogli uniknąć konfrontacji. Pięciometrowiec nie był szybki i łatwo dali radę go ominąć bez walki.

Potem natrafili na jeszcze dwóch. O ile pierwszy był podobny do poprzedniego, tak ten drugi z pewnością był odmieńcem. Biegł do przodu, tam, gdzie teraz powinien być Arvid. Ryker zaklął za plecami Ackerman, Griet zresztą również. Mikasa musiała szybko myśleć. Trójwymiarowy manewr na tym terenie jest bardzo ryzykowny, żeby nie powiedzieć, szaleńczy. Żadnych punktów zaczepienia, kompletnie nic. Z drugiej strony jednak, to przecież był odmieniec. Jeśli go zaatakuje, zignoruje ją i będzie biegł dalej, dopóki nie wykona cięcia.

- Proszę nam pozwolić sobie z nim poradzić! – zawołał Ryker, a Griet natychmiast go poparła.

- Przypilnujcie mojego konia – powiedziała Mikasa w odpowiedzi.

Linkami uczepiła się ramienia tytana, po czym wzbiła wysoko w stronę jego karku. Najwyraźniej ten odmieniec był trochę sprytniejszy od innych, bo zauważył, że jakaś mucha lata mu koło głowy. Spróbował odgonić ją swoją wielką łapą, ale Mikasa była zbyt szybka. Okrążyła głowę tytana i zawracając ciachnęła kark. Potwór padł, wysyłając w powietrze tumany kurzu i pyłu.

Dziewczyna zeszła z niego. Griet i Ryker podjechali do niej kłusem. Ryker podał Mikasie wodze jej wierzchowca, na co ta kiwnęła głową w podziękowaniu.

- Niezła jesteś – mruknęła Griet, ale szybko się odwróciła.

***(Lieve)***


Nadal tkwiła w ciemności, a serce waliło jej jak oszalałe. To dziecko… O boże, mój przyrodni brat… Płakała i chociaż nie miała materialnej formy, czuła jak gorące łzy spływają jej po policzkach. Było jej tak bardzo przykro, jak jeszcze nigdy w życiu. Czuła się rozbita i niepewna, jakby zapomniała kim jest. Bo przecież teraz nawet tego nie wiedziała. Wszystko, w co dotychczas wierzyła, rozprysło się na miliony małych kawałków.

Wiadomo, że nigdy nie uważała swojej rodziny za idealną. Mama była kochająca, ale często bywało jej smutno. Ojciec bowiem należał do wojska, a potem Arvid zechciał iść w jego ślady. Lieve nie umiała mamie pomóc, często miewała migreny i była słabego zdrowia. Wkrótce tata zmarł podczas ataku na Shiganshinę, wtedy zostali sami. Nie byli idealną rodziną, chociaż dziewczyna cieszyła się z takiej, jaką posiadała. Nawet łzy nie były tak słone, jeśli miało się je w kogo wypłakać.

Teraz jednak nawet to poczucie szczęścia zostało zburzone. Kłamstwa. Ile kłamstw przez ten cały czas sprzedała im matka? Czy ojciec w ogóle to wiedział? Dlaczego utrzymywała w tajemnicy, że związała się wcześniej z innym mężczyzną? Lieve poczuła, że przechodzą ją ciarki. Może naprawdę go zabiła? Niby nie umiała sobie wyobrazić swojej starszej już, pomarszczonej i zmęczonej życiem mamy w roli zabójcy, ale chłopiec pokazał jej całkiem inne oblicze. Młodą, zdrową i pełną życia kobietę, która w razie zagrożenia potrafiłaby zadać śmierć. Kiedy Lieve wtedy na nią patrzyła, nie miała wprost żadnych wątpliwości, nawet najmniejszych. Zabiłaby. Ta biedna, roztrzęsiona kobieta zabiłaby faceta, który uśmiercił jej dziecko. To był pewnik.

Był jeszcze jeden problem o dwóch imionach. Arvid i Levi. Powiedzieć czy nie? Levi’emu niby obiecała, ale chuj go obchodziła jej rodzina. Nie słyszał tym razem jej wieszczeń, nie musiała mu się z niczego tłumaczyć, zresztą nie miała na to żadnej ochoty. Arvid… czuła, że ta rozmowa mogłaby być bardzo bolesna. Nie chciała go ranić, poza tym pewnie by jej nie uwierzył. Ale musiał się dowiedzieć, przecież cała ta pokręcona sytuacja dotyczyła również jego.

Jednego była jednak pewna. Musi porozmawiać z mamą. Tak, tak właśnie zrobi. I weźmie ze sobą Arvida, żeby wszystko usłyszał.

Poczuła, że wraca jej świadomość i czucie w kończynach. Zacisnęła powieki, bo nieznacznie bała się je rozchylić. Znowu była w śpiączce, czy też może nadal na terytorium tytanów? Przypomniała sobie wszystkie wydarzenia zza murów i od razu zebrało jej się na rozpacz. Ona jeszcze żyje? Jeśli tak, to pewnie minęło od tamtego czasu najwyżej trzydzieści minut. Tytani mieli zabić ją, Shanę, Sashę i Armina. Nie było innego wyjścia.

Otworzyła oczy. Dopiero wtedy zdała sobie sprawę, jak wielki jest to dla niej wysiłek. Była bardzo słaba i zmęczona.

- Lieve! – Armin natychmiast do niej dopadł i wyjął z ust ten dziwny, ciężki przedmiot.

Najchętniej by się podniosła i rozejrzała, jak robi każdy chory w nieznanej mu sytuacji, ale nawet na to nie miała siły. Dlatego spojrzała tylko na jego twarz, potem na zapłakaną Sashę. Na końcu przeniosła wzrok na Shanę. Boże, szeregowa wyglądała koszmarnie. Wszędzie krew, pot, a poza tym przerażenie wypisane na twarzy.

- Jak się czujesz, Lieve? – spytała.

- Słabo – przyznała.

- Mam tutaj twoją torbę – powiedziała Shana, natychmiast wciskając ją w ręce sanitariuszki. – Znajdź coś, co ci pomoże.

- Niczego takiego tu nie ma. Może mi pomóc tylko sen i porządny posiłek – stwierdziła Lieve. – Tutaj nie ma na to żadnych szans. Długo byłam nieprzytomna?

- Około pół godziny – odparł Armin.

Chwycił ją w pół i pomógł usiąść. Zakręciło jej się w głowie, ale podziękowała mu uśmiechem.

- Dostałam drgawek? – spytała, zerkając na wyciągniętą z jej ust książkę.

- I to jak! Przestraszyłaś nas! – Shana nadal zdawała się być przerażona. – Masz, owiń się tym kocem, na litość boską. Jesteś blada jak śmierć. Nigdy nie słyszałam, żebyś cierpiała na padaczkę czy coś takiego, więc kompletnie nie wiedziałam, co mam zrobić! Dobrze, że Armin…!

- Dzięki, Armin – powiedziała Lieve. Dzięki, że nie pozwoliłeś im wszystkim usłyszeć o moich wizjach, dodała w myślach.

- Powinnaś się dokładnie przebadać u innego lekarza.

- Nie ma takiej potrzeby.

- Co ty mówisz? Przecież wszyscy na własne oczy widzieliśmy, że się trzęsiesz, jakby cię jakiś piorun trzasnął!

- Bez paniki, Armin – odparła spokojnie. – Skoro wszyscy to widzieliście, wierzę wam. Sama zrobię sobie odpowiednie badania, możesz być tego pewny.

- Możesz być pewna, że dowie się o tym Arvid – syknęła bezlitośnie Shana. Niepokój ustąpił wściekłości na jej zmęczonej twarzy. – Napędzić mi takiego stracha! Dziewczyno, myślałam, że zaraz umrzesz.

- Przepraszam – powiedziała szczerze, chociaż to nie była jej wina. Po chwili dodała: - Czy ktoś z was jest ranny?

- Nie, głupia. Martw się o siebie, okej? – Shana nie miała najmniejszego zamiaru tak szybko zapomnieć o drgawkach Lieve.

Dziewczyna podniosła się i oparła na Arminie. Przyjrzała się badawczo jego twarzy i na nowo poczuła wielki przypływ sympatii do blondyna. Był takim dobrym człowiekiem. Szybko w jej głowie zrodziła się potrzeba rozmowy z nim albo z kimś podobnym, kto wysłuchałby jej wszystkich zmartwień i pocieszył, doradził coś, nie zostawił z tym wszystkim samej. Tyle że nie było nikogo takiego, a Lieve nie mogła ludziom ufać. Wszyscy kłamali. Jeśli okłamała ją własna matka, to skąd pewność, że nie zrobi tego Armin, Eren, Shana, Levi, ktokolwiek inny? Ufała tylko Arvidowi, ufała bezgranicznie i na zawsze, bo on nigdy nie miał przed nią tajemnic. Wychowywali się razem, razem dorastali i stawali się silni.

Dum, dum. Przyćmione dum. Gdzieś z tyłu głowy słyszała to dum, było ono znajome, ale jakieś niewyraźne, zagłuszone. Nierzeczywiste. Czy to naprawdę dum? Może po prostu książki obsunęły się z regału w pokoju obok i z głuchym dźwiękiem opadły na podłogę? Albo może tylko jej się wydaje, jest tak przerażona, że słyszy dum w swojej wyobraźni.

Ocucił ją przeszywający pisk, a potem krzyk. Oba te dźwięki wydobyły się z gardła Sashy.

- Tytan! – krzyknęła. – Dziewięciometrowiec! Idzie tu!

Shana poderwała się i złapała siekierę oraz widły.

- Weźcie to i chodźcie za mną! – zawołała.

Pobiegli przez cały dom i wydostali się przez tylne drzwi. Teraz kroki tytana wydały się Lieve aż nadto realne. Przypomniała sobie ten paniczny strach i poczuła, że chyba nie da rady się ruszyć. Armin złapał ją za rękę i pociągnął.

- Biegniemy, Lieve! – krzyknął głośno.

Pobiegli tak szybko, jak jeszcze chyba nigdy. Dziewczyna słyszała, jak potwór idzie za nimi spokojnie, nie spieszy się. Nie był odmieńcem, nie musiał biec. Instynkt podpowiadał mu, że stoi na końcu łańcucha pokarmowego, nie musi się starać, żeby dopaść ofiarę. Ofiara się zmęczy, ofiara będzie na niego czekać, zupełnie jak jedzenie na stole podczas normalnej, ludzkiej kolacji.

Nie miała sił. Słaniała się na nogach, było jej bardzo słabo. Armin trzymał kurczowo jej dłoń i zdawało się, że nie zamierza puścić. Ale dlaczego? Przecież ich opór jest bezcelowy. Lieve chciała zostać i przynajmniej zyskać dla pozostałych trochę czasu. To poświęcenie mogło ich uratować, o ile pomoc była w drodze. Tyle że bała się i wcale nie chciała umrzeć. Z drugiej strony jednak jej nogi wydawały się takie miękkie… ziemia tak blisko…

- Lieve!

Powieki zaczęły opadać, kiedy Armin wziął ją na barana. Zachowała przytomność, starała się pozostać przy zdrowych zmysłach za wszelką cenę. Raz po raz uderzała brodą w ramię przyjaciela, kiedy ją niósł, biegnąc. Przyjaciela? Tak, chyba mogła go tak nazwać. Każdy inny żołnierz zostawiłby ją na pastwę tytanów, bo tylko ich opóźniała.

Wiedziała, że blondyn jest słaby i że stanowi dla niego wielki ciężar. Chciała przeprosić. Słyszała, jak głośno dyszał.

Potem kolejne kroki, tym razem z przodu. Otworzyła oczy i zobaczyła piętnastometrowca. Sasha krzyknęła, Shana zaklęła, Armin wciąż dyszał. Wbiegli do jednego z kolejnych domów. Czyli tutaj umrzemy, pomyślała beznamiętnie Lieve. Armin klepnął ją w policzek delikatnie. Czemu to zrobił? Potem trochę mocniej. Dlaczego?

Podeszła Shana i przywaliła jej mocno z plaskacza w twarz. Lieve otrzeźwiała. Spojrzała na Shanę przytomnie i zamrugała. Armin podbiegł do niej natychmiast.

- Nie musiała być pani taka brutalna! – zawołał.

- Musiałam – odparła, a Lieve w duchu przyznała jej rację.

- Przepraszam – powiedziała znowu. – Wyłączyłam się. Już dobrze.

Ale nie było dobrze. Armin usadził ją w kącie, a sam stanął obok Sashy i Shany, wyjmując ostrza. Lieve żałowała, że nie ma siły zrobić tego samego. Bała się, to jasne, ale poczucie bezradności było chyba jeszcze bardziej nieznośne.

Tytani zbliżali się. Na czołach trójki żołnierzy widoczna była każda kropelka potu. Kroki zatrzymały się, a w oknie pojawiło się gigantyczne oko. Lieve pisnęła jako pierwsza, druga spanikowała Sasha. Sanitariuszka wcisnęła się w kąt jeszcze mocniej niż wcześniej. Wtedy wielka ręka przebiła się przez drewnianą ścianę, słabą jak słoma, i skierowała się prosto na nią. O boże… Lieve zamknęła oczy. Myślała, że naprawdę umrze.

Sasha rzuciła ostrza i cofnęła się pod ścianę, chcąc oddalić od wielkich palców. Armin doskoczył do Lieve i osłonił ją własnym ciałem, a wtedy Shana pokazała, na co naprawdę ją stać. Wszyscy wiedzieli oczywiście już wcześniej, że szeregowa jest niezastąpionym, perfekcyjnym żołnierzem, że jest bardzo silna i mądra. Ale nikt nie spodziewałby się, że w takiej sytuacji nie straci nadziei.

Nadziei? Kiedy Lieve patrzyła nad ramieniem Armina w twarz Shany, szczerze wątpiła, czy to nadzieja pcha ją do takich działań. To nie była nadzieja. Podobny wyraz twarzy miała matka Lieve, kiedy jej mąż zasugerował, że zabije syna.

Tak, to było to. Shana krzyczała ile sił w płucach, tnąc na oślep ostrzami, zmuszając tytanów do wycofania się, raz po raz. Kiedy ostrza połamały się do końca, chwyciła za siekierę. Uderzała, wrzeszczała, a krew tryskała na wszystkie strony. Tytani też krzyczeli. Świat zamienił się w mieszaninę czerwieni i dźwięku. Nie wiadomo jakim cudem Shana odrąbała jednemu z nich połowę dłoni, ale zrobiła to. Udało jej się.

Najwyraźniej zapomniała już, że sytuacja jest beznadziejna. Zamieniła się w desperackiego wojownika, w materialne oblicze zemsty i gniewu, dlatego nie poddawała się nawet przez moment. Po prostu cięła i krzyczała, kiedy pozostali siedzieli pod ścianą i płakali ze strachu.

Lieve jednak przez te łzy nie umiała nie czuć podziwu wobec Shany. Tak samo Armin. Dziewczyna widziała w jego oczach, że kiedy patrzył na wyprostowane dumnie plecy Shany, na jej silne ramiona, zaciekłość i odwagę, być może po raz pierwszy czuje dumę, że jest żołnierzem. Śmierć była tak blisko, że zdawała się przenikać wszystko i wszystkich, ale… to nie miało znaczenia. Będzie co ma być.

********************
Rozdział 8
********************


Arvid jechał z Allison, a desperacja nie pozwoliła mu na zatrzymanie się ani na chwilę. Miał szczęście, że natknęli się po drodze tylko na zwykłych tytanów. Omijał ich, klnąc przy tym siarczyście i nijak nie zwracając uwagi na próbującą za nim nadążyć Allison. Kobieta nie skarżyła się, chociaż porucznik zdawał sobie sprawę z tego, jak okropny ma teraz nastrój i że się on uzewnętrznia. Musiało ją to męczyć, ale nie dawała tego po sobie poznać. Był jej za to wdzięczny.

Nie wierzył w boga, ale i tak zaczął się w duchu modlić. Przynajmniej na wszelki wypadek. Może istniał ktoś na górze, kto nie był bezlitosnym bogiem murów, ktoś, kto rozumiał ludzkie cierpienie i miał moc je odpędzić.

- Poruczniku, chyba zarządzono odwrót – odezwała się nagle Allison.

Arvid z przerażeniem zatrzymał konia, nie wierząc własnym uszom. Faktycznie na horyzoncie zamajaczyły odpowiednie flary, wskazujące ścieżkę do muru Rose. Teraz? Nie ma takiej opcji, pomyślał. Nie miał najmniejszego zamiaru zostawiać tu Shany i Lieve, nie, ponieważ wciąż czuł, że one żyją. Muszą żyć.

Pomknął więc dalej, a Allison za nim.

- Poruczniku, zarządzono odwrót! – krzyknęła z oburzeniem.

- Gówno.

Prychnęła, ale nie odpowiedziała na jego bezczelność. Wciąż Arvid był dowódcą oddziału i porucznikiem, a ona zwykłą płotką. Mógłby ją zgnieść, gdyby tylko zechciał. W takiej sytuacji miała pełne prawo odjechać zgodnie z rozkazem Erwina Smitha, ale niepisana zasada mówiła, że słucha się dowódcy, któremu się podlegało. Allison podlegała Hanji, która z kolei na czas tej misji powierzyła ją Arvidowi. Była w kropce. Jeśli odjedzie, może obędzie się bez konsekwencji, ale porucznik jej tego nie wybaczy, znajdzie ją i zniszczy życie. Nie dlatego, że był mściwy, ale teraz ratował swoich podwładnych i siostrę. Nie tolerował dezercji.

O tak. Arvid dobrałby się jej do skóry. Pomijając już to, że nienawidził takich opryskliwych laluń, nienawidził tchórzostwa. Sądził, że gdyby wziął ze sobą Mikasę, ona nie zadawałaby żadnych pytań i nie sugerowałaby odwrotu. O nie, nigdy.

Minęli pierwsze zabudowania. Domy migały mu przed oczami. Zatrzymał się i rozejrzał. Co teraz? Jak wśród tych domów ma znaleźć Shanę i pozostałych? Oblał go zimny pot. A co jeśli oni nie żyją? Wokół w końcu panowała nieznośna, dudniąca cisza. Słychać było tylko wiatr. Przywiązał wszystkie konie do słupów i kazał Allison zrobić to samo.

- Przechodzimy na trójwymiarowy manewr, lalko – powiedział.

Allison w żaden sposób nie skomentowała tego, jak ją nazwał. Byli w wojsku, więc pewnie nasłuchała się dużo gorszych określeń. Nie dała po sobie poznać, że w ogóle ją to obchodziło. Posłusznie wzbiła się wysoko na jeden z wyższych dachów.

- Może powinniśmy…

- Nie, nie rozdzielimy się.

Arvid jej nie ufał, a poza tym Hanji sama określiła siłę dziewczyny jako „przeciętną”. Jeśli natknęłaby się na odmieńca, wątpliwe, czy sama by sobie poradziła. Nabrał powietrza do płuc, po czym wypuścił je z głośnym świstem. Starał się zignorować dźwięk lekkiego wiatru, oddech Allison i swój własny, a także bicie serca, którego głuchy rytm przypominał porucznikowi uczucie strachu.

- Tam! – krzyknął.

Pomknął jak strzała, nie zważając na powolne ruchy blondynki. Z pewnością nie dopuściłby kogoś takiego do swojego oddziału. Tolerował słabość, ale tylko jeśli ta słabość była połączona z pragnieniem samorealizacji i ciężkiego treningu. W przeciwnym razie won.

Dotarł do źródła problemu. Dwóch tytanów pochylało się nad niskim budynkiem. Ręka jednego z nich dymiła intensywnie, podczas gdy drugi wepchnął do środka swoją. Rozległy się krzyki ze środka, tytan zawył. Arvid dostał gęsiej skórki. Jego ludzie byli uwięzieni w środku, był tego całkowicie pewien. Poczuł znajomy gniew, ten sam, który ogarnął go w Troście. Gorąca nienawiść wobec tytanów rozpaliła w nim ogień.

- Osłaniaj mnie, lalko – rzucił tylko w stronę oniemiałej Allison.

Skoczył do ataku. Dobił ryczącego tytana, zanim potwory w ogóle zorientowały się z jego obecności. Nigdy w życiu jeszcze nie poruszał się tak szybko. Nie minęła sekunda, kiedy zawirował przed drugim, odwracając jego uwagę. Zawrócił i ciął, a wtedy było już po wszystkim. Wylądował i stał tak przez chwilę, patrząc na czarniejące zwłoki swoich wrogów, na ich wielkie gęby, które pochłonęły tyle ludzkich żyć.

Obok niego wylądowała Allison.

- Miałam pana osłaniać – powiedziała ze wstydem, który mieszał się z niedowierzaniem.

Nie odpowiedział jej, tylko przeniósł swój wzrok na dziurę w domu. Wybiegł stamtąd niewielki kształt przyminający kulkę, po czym dopadł go i zwalił z nóg. Kształt zaczął płakać i Arvid zrozumiał, że to była Lieve. Nie poznał jej, bo owijał ją koc. Na twarzy dziewczyny malowała się bladość i niewysłowiona ulga. Teraz porucznik mógł spokojnie podzielić to uczucie. Ulga. O boże, dziękuję, pomyślał. Jeszcze przed chwilą cholernie się bał, że stracił siostrę, że stracił innych.

- Lieve – odezwał się i usiadł, pomagając jej zrobić to samo. – Nic ci nie jest?

Pokręciła głową, wciąż łkając.

- Nic a nic. Ocalałam ja, Shana, Armin i Sasha.

- Wszyscy z tych, których jej przydzieliłem – powiedział zdumiony. – A pozostali?

Lieve uniosła głowę i spojrzała nad jego ramieniem. Tylko zerknął i zaraz z powrotem się odwrócił. Wielokrotnie oglądał taki obraz, nie było potrzeby zadawać więcej pytań.

Z domu wyłonił się otępiały Armin i Sasha. Byli bladzi, ale chyba szczęśliwi. Sasha płakała. Kobiety ciągle płaczą, pomyślał Arvid. Ciekawe czy Shana też będzie. Sasha zrobiła coś, czego najmniej się spodziewał. Rzuciła mu się na szyję i ryczała we łzach swoje podziękowania. Nigdy dotąd nie spotkało go coś takiego ze strony podwładnego, dlatego nie wiedział, jak powinien zareagować. Poklepał dziewczynę nieśmiało po plecach. Odsunęła się.

- Gdzie Shana?

- Ona… - zaczął Armin, ale nie było potrzeby, żeby kończył.

Arvid zobaczył to widmo o skórze w kolorze popiołu, całe w zakrzepłej krwi, potargane i brudne. Krwi było najwięcej. Pokrywała policzki, czarne pasma opadające jej na pierś. Mundur… Shana oprócz tego, że przypominała widmo, była też ranna. Na udzie widniał opatrunek. Niegdyś biały, teraz wyglądał, jakby ktoś go pokrył błotem. Porucznikowi zabrakło słów.

Shana wpatrywała się tępo w przestrzeń. W ręku trzymała siekierę. Stała tak i patrzyła na tytanów, których jej porucznik przed chwilą wykończył.

- Co tam się stało? – spytał Armina.

Chłopak opuścił głowę.

- Walczyła z nimi bardzo długo – powiedział chłopak. – Jako jedyna z nas wszystkich. Nie chciała się poddać. Nawet po tym, jak zabrakło ostrzy, walczyła dalej.

- Allison – przywołał ją nagle Arvid. – Zaprowadź dzieciaki do koni. Niech uzupełnią gaz i będą gotowe do drogi. Zaraz ruszamy.

Zasalutowała. Lieve spojrzała na Arvida pytająco.

- Idź z nimi – polecił. Posmutniała trochę. – No idź. Zaraz tam wrócę.

Oddaliła się w pokorze, chociaż zerkała przez ramię. No cóż, przed chwilą przeszła przez piekło, a to starszy brat od niepamiętnych czasów dawał jej największe poczucie bezpieczeństwa. Zawsze wiedziała, że przy nim nic jej nie grozi. Arvid cieszył się z jej zaufania, chociaż nie uważał, żeby do końca na nie zasługiwał. W końcu to przez jego decyzję znalazła się tutaj.

Podszedł do Shany. Ścisnęło mu się serce, kiedy zobaczył wyraz jej twarzy. Poczuł wielką ochotę, żeby teraz i tutaj paść przed nią na kolana i błagać o wybaczenie. Odchrząknął. Spojrzała na niego nieprzytomnie. Przysunął się bliżej, chcąc zabrać jej siekierę, ale zacisnęła ręce mocno. Nie chciała oddać przedmiotu, była w ciągłym szoku.

- Shana – powiedział łagodnie. Rzadko zwracał się do niej po imieniu, żeby nie powiedzieć: nigdy. – Już po wszystkim.

Przygryzła wargę. Siekiera opadła na bruk z głuchym odgłosem.

- Arvid – odparła załamującym się głosem. – Arvid.

- No. To ja – uśmiechnął się. – Już wszystko dobrze. Wracamy do domu.

- Do domu? – spytała. – O boże. Do domu – powtórzyła. – To się wydaje tak daleko.

- Wiem. Dobrze się spisałaś. Kiedy wrócimy, podsunę Erwinowi propozycję przydzielenia ci awansu. Nie będziesz musiała się już ze mną użerać.

Chciał, żeby zabrzmiało to jak żart, ale Shana nagle wybuchła płaczem, kompletnie wytrącając go z równowagi. Na litość, przecież ta dziewczyna była skałą, ona nie płakała. Zaproponował jej awans! Powinna się z tego cieszyć, więc czemu płakała? Może ze szczęścia? Albo po prostu uchodziło z niej skumulowane podczas wyprawy napięcie?

Nie miał zielonego pojęcia, co powinien w takiej sytuacji zrobić, ale… Shana przeszła przez piekło z jego winy. Było mu tak strasznie wstyd. Podszedł i przytulił ją, a dziewczyna rozbeczała się jeszcze bardziej. Była brudna, spocona, cała we krwi, ale nie miało to żadnego znaczenia.

- Przepraszam – powiedział. – Naraziłem was na wielkie niebezpieczeństwo, a ciebie na zbyt wielki wysiłek i odpowiedzialność. Wybacz mi.

Shana zadrżała. Odsunęła się od Arvida na kilka kroków. Spojrzała mu w twarz i rozbeczała się jeszcze bardziej. Może oszalała?

- O co chodzi? – spytał bezradnie. – Co mogę dla ciebie zrobić?

Znowu zrobiła przerwę w łkaniu. Jej czekoladowe oczy z powrotem skierowały się na niego i znowu wybuchła płaczem. O boże…

- Nie chcę żadnego awansu! – krzyknęła nagle. Cofnął się o krok i uniósł ręce w obronnym geście.

- Okej, zrozumiałem. Ale czemu? Zasłużyłaś…

- Nie chcę, nie chcę, nie chcę! – powtarzała, kręcąc głową rozpaczliwie. – Nie po to walczyłam, nie chcę, nie chcę…

- Wiem, że nie po to walczyłaś – zgodził się. – Ale zasłużyłaś.

- Nie chcę, nie chcę…

- To już wiem – powiedział cierpliwie. – Ale dlaczego?

- Ja nie chcę się z panem rozstawać! – zawyła, a jemu pękło serce. – Po co przechodziłam przez to wszystko, jeśli nie po to, by ratować pana… nie, twoją siostrę, Arvid! – krzyknęła mu w twarz. – Nie chcę cię zostawiać, słyszysz? O boże, co ja wygaduję…

Złapała się za głowę. Porucznik stał jak wryty.

- Shana…

- Nic nie mów! – przerwała mu bez ceremionialnie, po raz pierwszy, odkąd została jego podwładną. – Wiem, co chcesz powiedzieć. Że sobie beze mnie poradzisz i ja wiem, że nie, Arvid, ja to wiem! Ja bez ciebie też sobie nie poradzę, czego dowód przed chwilą widziałeś… - rozbeczała się jeszcze rzewniej, jeśli to w ogóle możliwe. – Potrzebujemy się nawzajem i dlatego nie rób tego… Nie odtrącaj mnie, słyszysz?

- Wyjdź za mnie – palnął, zanim zdążył się powstrzymać, ale było już za późno. Sam kompletnie zbaraniał, ale to było nic w porównaniu z reakcją dziewczyny.

- Hę?

Otworzyła szeroko oczy i usta, patrząc na niego w otępieniu. Arvid przełknął ślinę. Od zawsze cenił Shanę i bardzo ją lubił, uważał ją też za bardzo atrakcyjną i nie ukrywał tego przed samym sobą. Z każdym jej słowem rosła w nim czułość i ogromne przywiązanie do tej czekoladowej dziewczyny.

- Wyjdź za mnie – powtórzył głośniej.

- Dobrze.

- Tak po prostu?

- No.

Shana chyba chciała się znowu rozbeczeć, ale jakby zabrakło jej łez. Wylała ich wcześniej zbyt wiele. Przysunął się, by ją pocałować, ale odepchnęła go i odsunęła się kilka kroków.

- Może dla niektórych to romantyczne, ale chciałabym się najpierw umyć – powiedziała bez żadnego wstydu. – Cuchnę. I nie patrz tak na mnie, wiem, że to prawda.

Roześmiał się lekko, kiedy zdał sobie sprawę z tego, jak bardzo ją kocha.

- Wracajmy – powiedział.

Pozostali czekali już w gotowości na koniach. Ale nie tylko ich zastał tam Arvid, bowiem przyjechała również Mikasa z Griet i Ryker’em. Kłótliwa dwójka natychmiast do niego dopadła, a potem do zdumionej Shany, której zaczęli dziękować i przepraszać, że ją zostawili. Na ten widok zrobiło mu się bardzo głupio, bowiem to on, a nie oni, zostawił Shanę, Lieve i pozostałych. Był dowódcą i to on ponosił odpowiedzialność za sytuacje takie jak ta.

- Ackerman, przyjechałaś – stwierdził, patrząc jej w oczy.

- Zrobiłam to, co uznałam za słuszne.

Powiedziała to takim tonem, jakby spodziewała się reprymendy.

- Dziękuję – powiedział Arvid tylko, po czym dosiadł swojego konia. – Jedziemy, ludzie.

Pojechali, wzbijając w powietrze tumany kurzu. Po drodze natknęli się na kilku tytanów, ale na szczęście nie odmieńców i obyło się bez zbędnych walk. Mieli do nadgonienia praktycznie cały korpus, dlatego mknęli szybko, nie odzywając się do siebie. Arvid przez ramię spoglądał na Lieve, która teraz zdawała się być dziwnie zamyślona i nieobecna. Jechała pewnie, to prawda, ale zawsze miała podzielną uwagę i on wiedział, kiedy jego siostra się czymś martwi. Doszedł do wniosku, że zapyta ją o to później.

Później nadeszło bardzo szybko, bowiem kiedy minęli mury i znaleźli się już w bezpiecznym miejscu, Shana natychmiast do niego podjechała. Powinna razem z innymi udać się do szpitala przynajmniej na wszelki wypadek, ale wolała najpierw go o czymś poinformować.

- Kiedy zamknęliśmy się w tamtym domu, Lieve dostała drgawek – powiedziała, a Arvid dostał gęsiej skróki. – Zaczęła mówić coś, że umrzemy, coś o niebezpieczeństwie i wielu innych rzeczach. Nie słuchałam dokładnie, skupiłam się bardziej na samym jej stanie. Ona ma padaczkę?

Arvid przełknął ślinę. Shana stała się teraz jego narzeczoną i nie chciał mieć przed nią tajemnic, ale ten sekret należał tylko do Lieve i niego, zawsze tak było. Zachowałby się bardzo nie w porządku, a i tak nie ma gwarancji, że Shana przyjęłaby to dobrze.

- Ta-ak – odparł mało przekonującym głosem. – Coś w tym stylu. Dopadają ją wtedy halucynacje, mam nadzieję, że nie wzięłaś tego wszystkiego dosłownie.

Shana pokręciła głową.

- Nie, oczywiście, że nie, ale chyba sam rozumiesz, że taka wiadomość jak „umrzecie” nie jest czymś pocieszającym. Zwłaszcza podczas misji za murami.

- Domyślam się. A teraz idź i odpocznij – polecił jej. – Wszyscy potrzebujemy odpoczynku, a ty szczególnie. Nie próbuj zaprzeczać.

Nie próbowała zaprzeczać, ani się kłócić. Po prostu zasalutowała mu i odeszła swoją drogą, a Arvid na krótką chwilę został sam. Na krótką chwilę, bowiem niemal natychmiast dopadł go Dot Pixis, uśmiechnięty od ucha do ucha. Arvid może i niedawno oświadczył się ukochanej kobiecie, może i miał pewne powody do radości, ale miał też równie dużo zmartwień, jeśli nie więcej. Wrócili zza murów, tracąc przy tym wielu cennych żołnierzy. Coś było nie tak z Lieve i musiał się dowiedzieć co. Nie był w nastroju na pogawędki z Pixisem.

- Obiecałeś mi coś, prawda? – spytał mężczyzna, a Arvid przewrócił oczami. – Mieliśmy się razem urżnąć, chodź, mamy okazję.

- Co?

- Wróciłeś z misji w jednym kawałku, to zawsze jest warte oblania.

- Aaaa. O to chodzi.

- A myślałeś, że o co?

- A tam, o nic – skłamał. Przez chwilę naprawdę myślał, że wszyscy już wiedzą o nim i Shanie.

Nie umiał znaleźć żadnych sensownych argumentów, by odmówić Pixisowi. Niby obowiązki, raporty i takie tam, ale Pixis słusznie prawił, że raporty zawsze mogą zaczekać. Czasami trzeba ukoić trochę nerwy i po prostu się wyluzować nad dobrym winem. I tak też właśnie było tej nocy. Inni żołnierze odpoczywali u siebie w kwaterach i w szpitalu, inni - mniej zmęczeni – składali raporty Erwinowi Smithowi, a Arvid siedział sobie z Dotem i chlał.

Ani się obejrzał, jak zrobiło mi się weselej i lżej. Natychmiast rozwiązał mu się język i słowa popłynęły, zanim zdążył je powstrzymać. Najpierw wyjął na wierzch smuty o misjach, śmierci podwładnych i własnej niemocy. Potem zaczął odpowiadać o Shanie takie rzeczy, że chyba by go zamordowała, gdyby to usłyszała, ale co tam. Nawijał i nawijał, a Dot Pixis polewał dalej.

- Ha, ha, ha – zaśmiał się Pixis szyderczo. – Żenisz się, żenisz. Będziesz pod obcasem kobity, wspomnisz moje słowa.

Arvid beknął.

- Shana nie nosi obcasów – powiedział, co wywołało u jego rozmówcy salwę śmiechu.

***(Lieve)***


Minęło kilka dni, podczas których dziewczyna robiła wszystko, byle tylko unikać Arvida. Cały czas martwiła się wspomnieniem swojej wizji, kłamstwami matki, wszystkim, co zdążyła zobaczyć. Czasami natknęła się na brata na szpitalnym korytarzu, ale wtedy zwykle zbywała go słowami, że ma dużo pracy. Nie powiedziała mu, że wszystko w porządku, bo to byłoby kłamstwem, a Lieve nie umiała kłamać. Zawsze wolała milczeć i milczeniem się broniła. Pogratulowała tylko jemu i Shanie, a potem się odsunęła.

Podziękowała Arminowi za jego wsparcie na misji i miała nadzieję, że to wystarczy, że on da jej już spokój. Jednakże przyjaciel nie chciał jej zostawić samej, kiedy chodziła cały czas smutna i nieobecna. Przyznawała sama przed sobą, że gdyby sytuacja się odwróciła, pewnie postąpiłaby tak samo, ale teraz nie pragnęła niczyjego towarzystwa. Chciała, żeby wszyscy dali jej spokój. Nawet w pracy nie dawała z siebie tak dużo jak zwykle. Leczyła pacjentów, to prawda, ale była opryskliwa w stosunku do współpracowników i nie starała się tego zmienić.

- Co ja mam robić, kiciuś? – spytała Kocmołucha, kiedy odwiedził ją w jej kwaterze.

Był wieczór, a Lieve siedziała sama na łóżku i patrzyła się na kota pytająco. Wiele by dała, żeby ten mądry zwierzak potrafił mówić. Może i była szalona, ale zawsze wydawało jej się, że kocur widzi więcej i wie więcej od innych. Jego niebieskie ślepia uporczywie wpatrywały się w jej twarz. Westchnęła i posadziła go sobie na kolanach. Natychmiast rozległo się miarowe, basowe mruczenie.

Lieve poczuła, że ogarnia ją bezsilna złość, a oczy wypełniają się łzami. Spłynęły po czerwonych i równie gorących policzkach. To było tak bardzo niesprawiedliwe. Nie miała wcale żalu do matki, do siebie, do Arvida, do nikogo. Nie chciała mieć takiego daru. Co on jej przynosił, jeśli nie samo cierpienie? Kocmołuch odsunął się, kiedy dziewczyna zwinęła się w kłębek, przytulając poduszkę i zanosząc się szlochem. Sądziła, że za chwilę chyba się rozpadnie na milion kawałeczków i wykrwawi na śmierć. Złość i nienawiść bolała, ponieważ nie miała nikogo, przeciwko komu mogłaby je skierować. Nie było winnego, tylko głupi los, jej przekleństwo.

I nie było na tym świecie nikogo, kto mógłby ją zrozumieć. Arvid może i ją kochał, ale teraz pewnie zaprzątał sobie głowę ślubem, a ona nie chciała psuć mu szczęścia. Tak samo Erenowi, Arminowi i całej reszcie. Tylko ona cały czas cierpiała i nie umiała stwierdzić, dlaczego tak się dzieje. Dlaczego, dlaczego, dlaczego… ale przecież nie ma winnego, przypomniała sobie. Wewnętrzna nienawiść do czegoś, co nie istniało, rozdarła jej serce.

Długo leżała, aż słońce schowało się za horyzont. Płakała przez cały czas, dopóki nie zabrakło jej łez. Wtedy po prostu zaczęła wpatrywać się tępo w swój pokój. Nie obchodziło ją już nic. Chciała po prostu zamienić się w kamień i przestać czuć.

Nie zasnęła nawet na chwilę. Nastał ranek, kiedy usłyszała pukanie do drzwi. Nie odpowiedziała, tylko dalej gapiła się w przestrzeń. Kocmołuch zamiauczał, kiedy gość najwyraźniej nie kwapił się do tego, by zaczekać na odpowiedź. Wszedł bezceremonialnie, wyrwał Lieve poduszkę, po czym odłożył ją i wygładził starannie pościel. Złapał dziewczynę za ramię i poderwał, stawiając na nogi. Lieve ledwo zdawała sobie sprawę z tego, co się dzieje. Popatrzyła na twarz intruza.

Levi. Tylko jego tutaj brakowało. Sama się zdziwiła na to, że jej twarz pozostała niewzruszona. Chyba ostatnimi czasy wyczerpała wszystkie emocje, bo naprawdę… nie obchodziło ją już nic. Kapral wpatrywał się w nią badawczym wzrokiem, jakby na coś czekał.

- Co się dzieje? – spytał.

Milczała. Każdy ruch, każde słowo zdawało się wymagać teraz nieludzkiego wysiłku. Chciałaby powiedzieć, że nic nie czuła, ale to byłoby kłamstwo. To uczucie bowiem chyba się nazywało pustką.

- Nie lubisz Shany, czy co?

Pokręciła delikatnie głową. Na to mogła się zdobyć.

- To co się dzieje? Czemu jesteś taka przygnębiona? – dociekał, ale milczała. Odwrócił się i wlepił wzrok w kota. – Wiedziałem, że będzie tutaj – stwierdził. – Nie wrócił na noc. Nie to, żebym się martwił. Po prostu nie chciałem, żeby nasrał ci w pokoju. Masz, brudasie, wynoś się.

Trącił Kocmołucha butem. Zwierzak nawet nie prychnął ani nie miauknął, po prostu truchtem skierował się ku drzwiom. Levi odwrócił się w stronę Lieve.

- Nie wiem, o co ci chodzi, mogę się tylko domyślać. Pewnie znowu zobaczyłaś w swoich wizjach coś nieprzyjemnego i teraz za bardzo się przejmujesz. Spójrz na mnie – rozkazał władczym głosem, bo spuściła wzrok – i przestań smędzić. Myślisz, że inni w ogóle nie cierpią?

Lieve pokręciła głową. Sądziła tylko, że cierpi więcej od innych.

- Nikt z nas nie może pozwolić sobie na komfort użalania się nad sobą – powiedział. – Wielu ludzi na ciebie liczy. Twój brat, ja, twoi pacjenci i inni przyjaciele. Nie pomożesz im, jeśli będziesz się zatapiać w depresyjnych myślach.

Zmarszczyła brwi. Odetchnęła głęboko. Miał rację, chociaż wciąż było jej ciężko. Przysięgła sobie, że wyjaśni tę chorą sytuację, którą się martwiła, i to natychmiast. Miała dość życia w niewiedzy i ciągłych kłamstwach.

- Dzięki, Levi. I przepraszam. Będę pamiętać.

- Jeśli jednak zobaczysz coś, w czym mógłbym ci pomóc, nie wahaj się pytać.

- Tak, wiem – odparła, chociaż pierwszą osobą, do której zwróciłaby się po pomoc, na zawsze pozostanie Arvid.

Wyszedł. Lieve umyła się i przebrała, po czym opuściła kwaterę, żeby poszukać Arvida. Nie czuła się dobrze z myślą, że zepsuje mu te przygotowania do ślubu i robiło jej się trochę niedobrze, że jednak musi to zrobić. Bała się tego, że ich matka była kiedyś związana z mężczyzną, który miał zdolność zamiany w tytana. Bała się też usłyszeć, że ta kobieta mogła być też mordercą.

Kiedy wyszła na ulicę, nie mogła się nadziwić, jak bardzo wszystko jest zwyczajne. Zwyczajna, słoneczna pogoda, zwyczajny gwar na zwyczajnych ulicach. Uśmiechający się sprzedawcy, kupcy, tkaczki, różnego rodzaju handlarze. Roześmiane dzieci u boków szczęśliwych matek. Rzeczywistość nie zauważała, że właśnie walił się jej świat. Lieve poczuła się strasznie mała i nieważna.

Chciała otworzyć drzwi do gabinetu Arvida i wsunąć się bezszelestnie do środka, ale ktoś zrobił to za nią od wewnątrz. To była Shana. Uśmiechała się szeroko, kiedy napotkała wzrok dziewczyny.

- O, Lieve! Przyszłaś do Arvida?

Lieve nie uśmiechnęła się. Coś dzisiaj denerwowało ją w uśmiechu tej dziewczyny. Minęła Shanę w drzwiach, po czym tylko rzuciła przez ramię:

- Zaraz wychodzę. Arvid, chodź ze mną.

Porucznik uniósł wzrok znad stert papierów i spojrzał się na nią pytająco. Nadal pozostała beznamiętna, bez uśmiechu, żadnego gestu i słowa. Tylko niech spróbuje powiedzieć, że ma dużo roboty, niech spróbuje…

- Mam dużo roboty – oświadczył, a ona zaklęła siarczyście w myślach.

- Och, jakże mi przykro – wycedziła – bo jeśli teraz ze mną nie pójdziesz, możesz zapomnieć o wszystkim, czego chciałeś się ode mnie wcześniej dowiedzieć. Chcę teraz to wszystko wyjaśnić, więc albo chodź ze mną teraz, albo nie odzywaj się do mnie do końca życia.

Te słowa były bardzo mocne i dziecinne, ale wtedy święcie wierzyła w ich spełnienie. Jeśli miała ją zawieść osoba, której ufała zawsze najbardziej, to lepiej nie mieć nikogo.

Arvid wpatrywał się w nią z niepokojem. Wstał, podszedł bliżej i popatrzył jej głęboko w oczy. Odwzajemniła to spojrzenie bez większego wysiłku. Kiedyś zastanawiała się, jak Levi może cały czas zachowywać się tak beznamiętnie. Teraz rozumiała.

- Co się stało? – zapytał.

- Nic – odpowiedziała i sama się zdziwiła, że zabrzmiało to dla niej jak najszczersza prawda. – Chodź.

- Dokąd?

- Do mamy.

- Co? – przystanął.

Lieve odwróciła się w jego stronę, nie kryjąc zniecierpliwienia. Nic nie rozumiał, a ona nie umiała mu nic wytłumaczyć. Lepiej, jeśli zrobi to ktoś inny.

- A to problem? – spytała.

- Ty już wiesz – stwierdził.

Zamrugała. Arvid patrzył się na nią z mieszaniną bólu i współczucia. Jego blizna na policzku rozciągnęła się, kiedy się skrzywił. Lieve stała i patrzyła na niego, nie wierząc własnym uszom. Czyli brat coś wcześniej wiedział? Roześmiała się. Tak po prostu. Arvid popatrzył na nią ze strachem, jakby zwariowała. Nie mogła przestać się śmiać.

- Co mam wiedzieć? – zapytała dla pewności. Jej głos rozbrzmiewał goryczą.

- Porozmawiajmy – poprosił.

Zobaczyła w jego oczach tyle bólu… ale roześmiała się jeszcze głośniej.

- O czym?

- O mamie. I… o tym, co było wcześniej.

- Nie chcę z tobą o tym rozmawiać. Chcę rozmawiać z nią – powiedziała i odwróciła się, żeby odejść.

Arvid złapał ją kurczowo za ramię i spojrzał karcącym wzrokiem, nie znoszącym sprzeciwu. Lieve warknęła na niego i wyszarpała się zręcznie. Czyli Arvid wiedział wszystko od zawsze, tylko ona była oszukiwana i okłamywana ideałem rodzinki przez cały ten czas. Nic jej nigdy nie powiedział, chociaż ufała mu najbardziej na świecie. To zaufanie zmieniło się właśnie w kupkę dymiących popiołów. Nigdy go nie naprawi.

- Ona nie lubi o tym rozmawiać – poinformował ją surowym tonem. – Rozumiem, że jesteś rozżalona, ale nie działaj pochopnie.

- Nie miej czelności mnie teraz pouczać! – krzyknęła na cały korytarz i odsunęła się od niego.

Wyglądał okropnie. Równie dobrze mogła go spoliczkować.

- Lieve… - powiedział bezradnym głosem. – Byłaś zbyt młoda. Wszyscy chcieliśmy cię chronić.

- Wszyscy? – wyłapała natychmiast. – Kto to „wszyscy”?

- Tylko ja i mama, obiecuję ci to – odparł. – Tylko my dwoje wiemy o wszystkim, no… teraz troje.

- Nie ufam ci. Już nie.

Stała tak, zaciskając pięści i gromiąc wzrokiem zrozpaczonego brata. Sprawiał wrażenie, jakby chciał podejść i ją najzwyczajniej w świecie przytulić, powiedzieć, że już po wszystkim. Jakaś jej część chciała, żeby tak zrobił, ale ta druga, wściekła, była zdecydowanie silniejsza. Lieve nie wierzyła już Arvidowi.

- Zawsze mogłaś na mnie liczyć.

- Tak. Mogłam – podkreśliła bezlitośnie. – Pójdę teraz do mamy i nie powstrzymasz mnie, Arvid. Nie masz nade mną takiej władzy.

- Nie – zgodził się – pójdę z tobą.

Lieve odwróciła się do niego plecami i ruszyła przed siebie. Słyszała za sobą spokojne kroki Arvida. Wcześniej chciała, żeby razem odwiedzili mamę, ale teraz doszła do wniosku, że jej brat może iść do diabła. Sama chciała porozmawiać z matką, wyjaśnić jakoś to wszystko, wytłumaczyć… chociaż wątpiła, czy to możliwe. O co chodziło z tamtym mężczyzną? Czy go zabiła? I czego chciał się dowiedzieć chłopiec?

Przeszły ją ciarki, bo powoli zaczynała rozumieć, co ma być zapłatą. Ale niech się dzieje co chce. Lieve miała tak dość wszystkiego, że nic już ją nie obchodziło.

Kiedy mama otworzyła drzwi, Lieve zaszczyciła ją tylko jednym spojrzeniem. Starsza już, siwa i pomarszczona kobieta, niska na tyle, by być wzrostu córki, zdziwiła się trochę. Dziewczyna minęła ją bez słowa wstępu i usiadła przy stole w znajomej kuchni. Arvid wszedł za Lieve, patrząc na nią z wściekłością. Wzruszyła ramionami beznamiętnie.

Usiedli wszyscy troje. Pierwszy odezwał się Arvid.

- Lieve wie – powiedział tylko.

Twarz mamy wykrzywił smutek. Lieve nie zrobiło się przykro.

- Wiesz, że miałaś braciszka?

Ostatnie słowo zadziałało na nią jak niewytłumaczalny impuls. Obudziło złość, pretensje i smutek, a także wszystkie wspomnienia z chłopcem o stalowych tęczówkach. Kiwnęła głową, zaciskając mocno szczęki. Czuła się tak, jakby wszyscy się na nią patrzyli. Może i tak było w rzeczywistości.

- Zginął – oznajmiła matka. – Na długo przed tym, jak ty się urodziłaś. Ciała nie odnaleziono, ale ja nie wierzę, że to był nieszczęśliwy wypadek. To na bank zrobił mój poprzedni mąż – zacisnęła pięści. – Jestem tego pewna.

- Zabiłaś go? – spytała Lieve, a matka cała się spięła. Arvid syknął.

- Skąd ci to przyszło do głowy?

- Mam taki sam dar jak on. Wiem dużo.

- Nie, nie zabiłam. Nie wrócił do domu. Był zwiadowcą i zginął na jednej z misji.

- Więc nie zginął w ogóle – podsumowała Lieve, a matka spojrzała na nią pytająco. – Widziałam scenę śmierci chłopca, mamo. Twój facet był tytanem i pożarł swojego syna.

Kobieta zasłoniła usta dłonią, Arvid położył jej rękę na ramieniu. Jej oczy wyrażały tylko szok.

- Co ty mówisz?...

- To prawda, mamo. Widziałam na własne oczy. Jeśli jest tak jak mówisz i wyjechał poza mury, to zapewne żyje tam sobie cały i zdrowy.

Lieve powiedziała to beznamiętnie, ale widziała nawał uczuć matki i Arvida. Mężczyzna zaciskał wolną dłoń w pięść i nie ukrywał wściekłości na swojej twarzy. Dziewczyna na początku też zapragnęła krzywdy tamtego mordercy, ale teraz skupiła się na własnym rozczarowaniu i goryczy. Wciąż czuła się tak, jakby wszyscy ją oszukali.

- Tata o tym wiedział? – spytała.

Mama wyciągnęła ręce w kierunku jej dłoni, ale Lieve się odsunęła, nie patrząc na nią.

- Nie, kochanie. Tylko Arvid.

- Czemu mi nie powiedziałaś? Uważałaś, że jestem zbyt delikatna na taką informację? Naoglądałam się wielu nieprzyjemnych rzeczy, wierz mi – prychnęła. – Przeżyłabym i to.

- Arvid nic nie powiedział mi o twoich zdolnościach, skarbie. Nie miałam pojęcia.

Lieve spojrzała w stronę brata. A więc miał przynajmniej tyle przyzwoitości, żeby zachować jej sekret dla siebie.

- Powinniśmy ci wcześniej o tym powiedzieć, Lieve – przyznał Arvid. – Przepraszam.

Dziewczyna mogła im wybaczyć, ale nic by to nie zmieniło. Zawiodła się raz na osobie, której ufała bezgranicznie, na osobie, na której nigdy nie powinna się zawieść do końca życia. Nic nie mogło tego naprawić, ani przeprosiny, ani nic innego.

- Wracam do siebie – powiedziała, wstając.

Arvid też się poderwał, wyraźnie chcąc ją zatrzymać. Mama spojrzała na córkę smutno.

- Zostań jeszcze chwilę.

Pokręciła głową i skierowała się do drzwi. Potem nikt już jej nie zatrzymywał, szła sama, stawiając kroki niemal nieświadomie. Znowu zapragnęła zwinąć się w embrion, usnąć i zapomnieć, po prostu odlecieć i nigdy nie wracać.

Zatrzymała się. Schowała twarz w dłoniach, wybuchła płaczem. Pociągając nosem poszła dalej, starając się nie zwracać uwagi na pytające spojrzenia wszystkich wokół. Trochę też dlatego, że czuła, jak bardzo blisko jest zapłaty. Chłopiec o stalowych tęczówkach chciał jej coś odebrać i robił to cały czas. To był wstęp do całego procesu. Reszta dopełni się później, Lieve to wiedziała.

********************
Rozdział 9
********************


Arvid starał się korzystać ze swojego szczęścia, jak tylko mógł. Poślubił Shanę i zamieszkał razem z nią w domku jednorodzinnym, położonym z daleka od wszelkich dzielnic, oczywiście przynajmniej w miarę możliwości. Byli żołnierzami, dlatego zawsze musieli być do dyspozycji. Zresztą większość czasu spędzali w Troście. Nie łudził się wcześniej, że kiedykolwiek ulegnie to zmianie, nawet jeśli dostali kilka dni wolnych i mogli spędzić czas tylko ze sobą. Zaproponował Lieve, żeby zamieszkała z nimi, ale ona go wyśmiała, a jemu zrobiło się wstyd. No tak. Pewnie nie miała ochoty każdego dnia oglądać jego kłamliwej gęby, a nocą słuchać jęków dochodzących z sypialni jego i Shany. Nie mógł jej się dziwić.

Starał się jak mógł, żeby naprawić ich relację, ale każda próba kończyła się katastrofą. Shana widziała jego smutek i cały czas proponowała swoją pomoc, ale on ją uporczywie odrzucał. Shana była jedną wyspą, Lieve drugą, a on wodą między nimi. Nie chciał, żeby żona wtrącała się w sprawy Lieve, bo to tylko pogorszyłoby sytuację – dziewczyna wyraźnie dawała do zrozumienia, że jego małżeństwo nie znaczy dla niej nic. Kochała jego, a nie Shanę. Potrzebowała jego wsparcia, nie Shany.

Przeklinał siebie w myślach, kiedy leżał już bezwładnie, wsłuchując się w oddech żony. Gardził sobą. Jak mógł dopuścić do tego, by Lieve tak się od niego odsunęła? Nie. Jak mógł dopuścić do tego, że została całkiem sama? W noc po rozmowie z matką przyśnił mu się chłopiec o szarych oczach i bladej cerze, który powtarzał cały czas niskim głosem: „Zawiodłeś”. Tylko to jedno słowo, nic więcej, ale wystarczyło, by Arvida dręczyły myśli.

- Co się dzieje z Lieve? – spytał go Levi.

- A coś się z nią dzieje?

- Nie zgrywaj durnia.

Arvid westchnął. No tak. Lieve ostatnio siedziała w swojej kwaterze i nie wychodziła dosłownie nigdzie, podczas gdy wcześniej wszędzie było jej pełno. Powinna spotykać się z Erenem i Arminem, odwiedzać go w gabinecie, opiekować się rannymi. Ale nie. Nie dość, że wzięła sobie wolne w szpitalu, to zamknęła się na cztery spusty w swoim pokoju i zadecydowała tam nikogo nie wpuszczać. No, może z wyjątkiem Kocmołucha, który ją odwiedzał regularnie, a Lieve najwyraźniej nie miała nic przeciwko takiemu gościowi. Nie zadawał pytań, nie narzekał, tylko mruczał. I przede wszystkim nie kłamał tak jak Arvid.

Doprawdy, powinien dać sobie spokój z tym zadręczaniem samego siebie.

- Dałem dupy – powiedział Arvid otwarcie, a Levi uniósł brwi.

- Jak to?

- Ukrywałem przed nią coś istotnego.

- Co takiego?

Porucznik zmrużył oczy. Kapral chyba nie oczekiwał, że na to odpowie? W każdym razie może i powinien. Informacja, że już wcześniej żyli tu ludzie-tytani, mogłaby się okazać kluczowa. Ale… nie. Arvid zacisnął pięści. Ta historia należała tylko do ich rodziny i nikogo więcej. Jeśli Lieve wcześniej o tym nie mówił, nie było absolutnie żadnego powodu, żeby mówić Levi’emu.

- Rodzinna historia.

- Rozumiem. Nie pytam. Ale zrób z tym coś – powiedział Levi, obdarzając go karcącym spojrzeniem. – Cały czas siedzi u siebie, a ludzie w mieście potrzebują jej pomocy. Nie mogę mieć zielonego pojęcia o tym, co między wami zaszło, ale żadne z was nie jest jedyną nieszczęśliwą osobą na świecie.

- Jasne, że rozumiem – odparował Arvid zimnym tonem. Nie krył irytacji.

- Więc pogadaj z nią.

- Rozmowa nie skutkuje – podsumował swoje dotychczasowe wysiłki. – W każdym razie nie ze mną.

- Czy to sugestia? – Levi uniósł brwi. – Jeśli tak, muszę cię rozczarować. Mogę ją lubić, ale jeśli ty nie umiesz do niej dotrzeć, nie posłucha nikogo. A już na pewno nie mnie. Nie rozwiążę problemu, jeśli nie wiem, na czym ów problem polega.

- W takim razie do widzenia – powiedział porucznik i się odwrócił. – Mam dużo pracy.

- Nie wątpię.

Kapral odszedł, a Arvid rozsiadł się w swoim gabinecie i wyjął suszone śliwki. Zaczął je powoli wszmać, po czym rozdziewiczył jedną z wielu butelek z białym winem, które chował pod biurkiem. Wziął łyk i westchnął głęboko. Cisza, która panowała wokół, zdawała się być nieznośna, dlatego dla odmiany poprosił jednego z żołnierzy, żeby poukładał mu wszystkie książki alfabetycznie. Reakcja chłopaka była zabawna, dlatego że Arvid nigdy nie przejmował się porządkami, a poza tym rzadko pozwalał na dotykanie swoich książek.

Teraz jednak sytuacja wydawała inaczej. Porucznik nie chciał siedzieć tam sam. Myślał cały czas o parszywym skurwysynu, który zabił niewinne dziecko, ba, własnego syna. Wprowadził tyle cierpienia do serca jego matki, a teraz również do serca Lieve. Arvid poczuł przemożną ochotę, żeby gościa zabić teraz, zaraz, rozkwasić jego głowę o bruk, zmiażdżyć serce i wyrwać mózg, żeby już nigdy więcej się nie odezwał. Żeby nigdy więcej nikogo nie skrzywdził, i żeby on, Arvid, mógł wreszcie odnaleźć spokój we własnym umyśle.

Następnego dnia trenował ze swoimi ludźmi. Lieve zwykle przychodziła, ale teraz oczywiście nie. Shana jakoś zapełniała tę pustkę, którą czuł przez jej brak. Zwykle każdego dnia spędzali razem dużo czasu. Czuł się niemal tak, jakby zniknęła na zawsze. Tylko światło w oknach jej pokoju mówiło mu o tym, że Lieve wciąż tu jest, że żyje i ma się dobrze.

Kiedy poinformowano go o ataku tytanów na dzielnicę Karanes, był w Troście. Zgromadził swoich żołnierzy, ale wśród nich nie było Shany. Cóż, miała wolne. Minie trochę czasu, zanim będzie w pełni gotowa.

Dosiedli koni i pojechali. Arvid miał tylko nadzieję, że jakoś sobie poradzą. Mieli Erena, więc jeśli problem polegał na wyrwie w murze, nie będą musieli walczyć bardzo długo.

- Levi! – zawołał do kaprala, który jechał obok, razem ze swoim oddziałem i Erenem. – Co się stało?

- Chuj wie – odparł krótko.

- Nie wiadomo czy pojawił się kolos, czy stało się coś innego?

- Tym razem to chyba był tylko opancerzony. W każdym razie nikt nie widział kolosa, możemy tylko snuć przypuszczenia. Gdzie Lieve?

- Pewnie u siebie. Podejrzewam, że zaraz dowie się o ataku tytanów, ale wątpię, czy wyciągnie ją to z domu.

Levi nagle przekierował swojego konia tak, że uderzyli w bok wierzchowca Arvida z mocnym impetem. Zwierzę kwiknęło boleśnie, a porucznik popatrzył na kaprala ze złością.

- Co cię napadło?

- Jeśli naprawdę myślisz aż tak źle o Lieve, to chyba nie dziwię się jej, dlaczego jest na ciebie wściekła i nie chce cię oglądać – odpowiedział Levi zimnym tonem.

Arvid zacisnął mocno pięści i nie odpowiedział na tę prowokację. Najbardziej bolesnym było, że Levi oczywiście miał rację. Jego siostra mogła przejmować się ostatnimi wydarzeniami, mogła nawet go znienawidzić, ale to wciąż była dobra i kochająca Lieve. Jeśli usłyszała o tytanach w Karanes, na pewno pojedzie tam pomóc. Taka właśnie była. Jak mógł w nią zwątpić?

***(Shana)***


Kazał jej trzymać się z daleka od jego konfliktu z Lieve i postanowiła to uszanować, chociaż... Stała przed drzwiami do pokoju Lieve i walczyła sama ze sobą. Nie chciała, żeby Arvid się smucił, tak samo nie chciała, żeby smuciła się jego siostra. Jeśli między nimi wisiało w powietrzu coś złego, mogła zostać mediatorem i jakoś to rozwiązać… przynajmniej żywiła taką nadzieję. Było jej smutno, że on wciąż ma przed nią tajemnice, że nie jest dla niego na tyle ważną osobą, by mówił jej wszystko. To bolało.

Przygryzła wargę i zapukała. Tak jak się spodziewała, odpowiedziała jej cisza. Odczekała jedną minutę, dwie, trzy. Usłyszała za sobą odgłos stóp biegnącego człowieka. Odwróciła się i zmierzyła wzrokiem Mikasę.

- Co się stało? – spytała Shana. Ackerman wyglądała na wystraszoną.

- Tytani zaatakowali Karanes.

- Co?

To nie mogła być prawda. Przecież jeszcze tak niedawno byli w Troście! Przecież między poprzednimi atakami minęło pięć lat! To jakieś jaja?

- Zbierz ludzi i jedziemy natychmiast! – poleciła.

Przymierzyła się do kolejnego uderzenia pięścią w drzwi, ale one otworzyły się z hukiem, niemal wypadając z zawiasów. Shana spojrzała niemrawo na osobę, którą ostatnimi czasy widziała tak rzadko, a nigdy uśmiechniętą. Lieve miała na sobie prostą żółtą sukienkę i biały sweter z moheru. Skierowała swój niebieski wzrok na oniemiałą Shanę.

- Idę z wami – powiedziała krótko.

Pani sierżant, bo taki właśnie awans otrzymała wcześniej od Arvida, kiwnęła głową. Lieve odwróciła się i założyła na ramię torbę, najwyraźniej przygotowaną na takie nagłe wypadki. Wszystkie trzy wsiadły na konie i pomknęły. Shana nie mogła się powstrzymać od zerkania na pozbawioną emocji Lieve. Tylko w jej oczach można było dostrzec błysk, sugestię, że coś jednak ma dla niej znaczenie, że nie porzuciła jednak wszystkiego.

- Mikasa, gdzie jest Griet i Ryker?

- Tu jesteśmy! – usłyszała kobiecy głos z lewej strony.

Shana pochwyciła wzrokiem swoich ulubionych żołnierzy. Ich twarze zdradzały głęboką determinację. Spięła konia, popędzając go jeszcze bardziej. Lieve zrównała się z nią, patrząc na przód. Sierżant obiecała sobie wcześniej, że przynajmniej spróbuje się czegoś dowiedzieć od tej wyalienowanej teraz dziewczyny, ale ta chęć szybko wyparowała. Lieve sprawiała wrażenie, jakby mogła swój własny sekret zabrać do grobu, jeśli zaszłaby taka potrzeba.

Dojechali do Karanes stosunkowo szybko. Shana zeskoczyła z konia i podbiegła do Arvida. Obok stał Levi i Eren. Zobaczyła kątem oka, jak podchodzi do nich Lieve. No cóż. Najwyraźniej nawet w takich okolicznościach nie chciała mieć już dosłownie nic wspólnego ze swoim bratem. Było to trochę dziecinne z jej strony, ale Shana nie zamierzała się wtrącać. Jednakże na miejscu Lieve…

Tak, co by zrobiła na miejscu Lieve? Może najpierw powinna pomyśleć, co by zrobiła na swoim miejscu? Miała matkę-wariatkę, która nie pamiętała nawet poprzedniego dnia, powinna wybaczyć jej wszystko teraz, bo potem może być za późno. Poza tym była strasznie niesprawiedliwa. Nie powinna oceniać w ten sposób kogokolwiek innego, bo nie miała do tego prawa. Sama nie chciała, żeby ktokolwiek oceniał ją.

- Będę przy Mikasie – powiedział Eren do Lieve.

Shana ledwo dostrzegła cień, który przemknął przez jej twarz. Odwróciła się do Arvida.

- Jak wygląda sytuacja?

- Beznadziejnie – odparł takim tonem, jak się tego spodziewała. – Jesteśmy przydzieleni większością tutaj, na tyły.

- Pomogę w środku – oceniła.

Albo jej się wydawało, albo lekko się uśmiechnął.

- Podejrzewałem, że tak właśnie będziesz chciała. Idź, ale uważaj na siebie.

Shana czytała kilka powieści, w których zwykle idący na wojnę bohaterowie całowali się ze łzami w oczach, ale tak było tylko w książkach. I dobrze, bo Shana nie wyobrażała sobie zrobić takiej siary Arvidowi na oczach wszystkich żołnierzy, a już na pewno nie na oczach kaprala Levi’ego. Takie akcje nie pasowały do jej stonowanego, zdystansowanego charakteru. Wolałaby sama stanąć naprzeciwko tytanów, niż zrobić coś tak żenującego publicznie.

Skinęła na Griet i Ryker’a.

- Chodźcie – powiedziała.

Poszli, a raczej polecieli z pomocą trójwymiarowego manewru. Shana już po drodze ciachnęła dwóch osobników, a Griet z szaleńczym okrzykiem rzuciła się na jednego. Ryker działał bardziej rozsądnie i spokojnie, dopiero po znalezieniu się na wyznaczonym miejscu, zdecydował się na jakikolwiek atak. Sierżant oceniła sytuację jako trudną, ale stabilną. Tytanów było wielu, ale przednia straż dawała z siebie wszystko i ich liczba nie wzrastała, przynajmniej nie drastycznie.

- Zajmijcie się tamtymi trzema – poleciła Griet i Ryker’owi.

Ryker spojrzał w stronę Griet i wskazał wyjątkowo szkaradnego przedstawiciela ich wroga. Tytan miał czternaście metrów wysokości, małe oczka osadzone blisko siebie i zapadnięte policzki. Jego zęby wyglądały, jakby miał próchnicę.

- Wygląda jak twoja matka – powiedział, a Griet wsadziła mu łokieć między żebra. Ryker krzyknął. – I zachowuje się jak ty! – dodał, lecąc w kierunku tytana.

Kobieta pomknęła za nim.

- Trzymaj język za zębami! – zdążyła jeszcze usłyszeć Shana, kiedy dwójka jej żołnierzy ukatrupiła paskudę i zajęła się kolejnymi.

Sama Shana zaopiekowała się innymi, którzy nadchodzili od drugiej strony. Chciała dać Griet i Ryker’owi pole do popisu w taki sposób, żeby nie przeszkadzali im pozostali tytani. Było to trudne. Miała co prawda do pomocy żołnierzy z Oddziału Stacjonarnego, ale to nie było to samo, co doświadczeni zwiadowcy.

Ktoś krzyknął. Shana odwróciła się w samą porę, żeby zobaczyć śmierć jednego z żołnierzy. Zaczął się kolejny koszmarek z tytanami w roli głównej. Pisk od przeciwnej strony ją ocucił. Ryker właśnie ciął tytana, który złapał Griet. Spadała teraz, a jej wciąż pełne szoku oczy wypatrzyły Shanę.

Sierżat pomknęła w jej stronę, czując, jak jej serce zaraz eksploduje. Ryker też ruszył w kierunku Griet, ale Shana dotarła do niej pierwsza. Chwyciła kobietę w locie i ułożyła delikatnie na ziemi. Obok wylądował Ryker z twarzą bladą jak prześcieradło.

Griet miała wyrwany kawał ciała z prawego boku. Spod strzępów munduru wystawały odłamki zmasakrowanych żeber, wypływały jelita. Ranna w konwulsjach i panice chciała się podnieść i spojrzeć na swoje obrażenia, ale Shana ze łzami w oczach przytrzymała ją na ziemi. Ryker wpatrywał się w twarz koleżanki z niedowierzaniem.

- Cii… leż, Griet – powiedziała Shana, czując obok własnych kolan jej wypływające wnętrzności.

- Ryker – wydusiła Griet, a z jej ust pociekła strużka krwi. Szukała go wokół rozbieganym, nie widzącym wzrokiem.

Uklęknął przy niej i wziął ją za rękę. Shana wstała. Nie chciała na to patrzeć, bo czuła, że kolejne słowa mogą nie być przeznaczone dla niej. Została, bo to był jej obowiązek, sama trenowała Griet i pomagała jej rosnąć w siłę. Musiała zostać.

- Jestem tutaj, Griet – odezwał się Ryker cicho.

- Nic nie widzę – odparła płaczliwym głosem. Z jej ust wydobył się charkot. Przyciągnęła go bliżej, wtulając głowę w jego pierś. – Umieram, prawda? Chciałam… chciałam…

- Wiem. Ja też.

Rozpłakała się, drżąc rozpaczliwie. Krew była wszędzie.

- Żałuję tylu rzeczy– wykrztusiła.

- Ja też.

- Przepraszam.

- Ja też.

- Kocham cię.

- Ja ciebie też.

Shana zacisnęła powieki, kiedy płacz Griet ustał. Zaległa okropna, okrutna cisza, która dzwoniła w powietrzu jak szalona melodia. Ryker nie mówił nic. Nie wydał z siebie nawet pojedynczego dźwięku, chociaż sierżant modliła się, żeby to zrobił. Żeby chociaż na nią nakrzyczał, obwinił za śmierć Griet, zrobił cokolwiek.

- Pani sierżant? – odezwał się nagle.

Odwróciła się do niego i przełknęła ślinę. Prawym ramieniem wciąż podtrzymywał głowę Griet. Był cały w jej krwi. Tępym, martwym spojrzeniem lustrował twarz Shany, która nie mogła wydobyć z siebie ani jednego słowa.

- Wy… - zaczęła, ale jakoś nie chciało jej to przejść przez gardło.

- Niech pani nic o tym nie mówi – przerwał jej. - Nikomu, nigdy więcej. Co było, nie wróci.

- Ja… dobrze – odparła. – Jak sobie życzysz.



***(Lieve)***


- Chodź ze mną, Lieve – powiedział wtedy Arvid, a ona wlepiła w niego beznamiętne spojrzenie.

Ale w końcu poszła. Nie dlatego, że na nowo mu zaufała, ale dlatego, że chciała spróbować, dać jeszcze jedną, malutką szansę. Nie miała zbyt wielkich nadziei. Mimo to poszła z nim i pewnie poszłaby nawet i na śmierć. Dlatego, że była mu to winna, pozostawał jej starszym bratem i opiekunem w tym dorosłym świecie, do którego sama siebie wepchnęła. Czas pokaże, czy wszystko będzie dobrze.

Wcześniej sądziła, że raz a dobrze wykluczy go ze swojego życia, ale teraz nie była tego taka pewna. Chciała mu wybaczyć, ponieważ bała się, że to się uda. Że on naprawdę odejdzie, a Lieve zostanie całkiem sama. Nie chciała do tego dopuścić, dlatego była gotowa porzucić swoją dumę.

Patrzyła, jak jej brat umiejętnie zabija tytanów i zrozumiała w jednej chwili, że to on jest nieoszlifowaną taflą diamentu z jej snu. Tak cenny, ale jednocześnie niedoskonały. Świetnie walczył sam, ale nie nadawał się do współpracy z innymi ludźmi, ani też do życia z nimi. Może i znalazł sobie Shanę, ale pewnie w głębi duszy był skazany na samotność i Lieve bardzo mu współczuła. Takim właśnie człowiekiem był Arvid. Nikogo nie wpuszczał w określone zakamarki swojego umysłu, nikomu nie pokazywał swoich prawdziwych uczuć. Ani matce, ani Lieve. Shanie też nie.

Ciekawe, ile Shana wytrzyma tę jego małomówność, pomyślała Lieve z goryczą. Tego obawiała się najbardziej – że kobieta wkrótce nie zniesie Arvida nerwowo i go zostawi, a wtedy pozostanie mu snuć się całkiem samemu, tak jak Lieve. Ale było dobrze, dopóki mieli siebie. Lieve miała nadzieję, że Arvid o tym pamięta.

- Lieve, wszystko dobrze? – spytał Armin.

Jechali obok siebie na koniach, a Arvid i inni żołnierze szaleli w powietrzu. Lieve nie wzięła ze sobą sprzętu do trójwymiarowego manewru, podobnie zresztą jak podczas obrony Trostu. Wtedy byłaby skazana na walkę z tytanami, a tak miała niezłą wymówkę. Oczywiście w towarzystwie Armina jakoś by sobie poradziła, ale i tak strach okazał się silniejszy.

Kiwnęła głową w odpowiedzi.

- Jakby co, jestem tutaj.

- Wiem – burknęła. Nie potrzebowała ckliwych słów, tylko świętego spokoju.

Jeden z tytanów ich zaatakował, ale Arvid szybko się z nim rozprawił. Lieve pojechała dalej, szukając wzrokiem rannych. Zsiadała i w miarę możliwości opatrywała ich, a Armin podążał za nią. Nie czuła się dobrze, mając na sobie jego pytające spojrzenie. Z pewnością wiedział, że coś jest nie tak, że Lieve z jakiegoś powodu jest smutno. Nie komentował tego w żaden sposób, ale dziewczyna nie chciała, żeby ktokolwiek za nią jechał. Bała się i towarzystwo Armina nie mogło jej teraz pomóc w zwalczeniu tego strachu. Był słaby, nie zdołałby uratować ani jej, ani siebie. Mógłby to zrobić Arvid, ale Arvid był porucznikiem i miał na głowie ważniejsze obowiązki.

A Lieve nie chciała mu się narzucać po tym wszystkim.

Znikąd pojawiła się Sasha. Wylądowała przy nich, a na jej twarzy malował się niepokój.

- Chyba tam z przodu potrzebna jest pomoc – powiedziała.

- Medyczna? – spytała Lieve głosem pełnym wątpliwości.

- Nie…

- …więc z tym nie do mnie.

Odwróciła głowę, nie patrząc na Sashę. Armin natomiast zainteresował się sprawą bardziej.

- Przecież tam jest Eren i Mikasa – powiedział. – Pójdę do nich.

- Dobra, chodź.

- Lieve…

Dziewczyna odwróciła się do Armina i spojrzała na niego bez cienia emocji na twarzy. Idź, pomyślała. Śmiało. Ona nie zamierzała się stąd ruszać na pewną śmierć.

- Pójdę do Erena i Mikasy… poradzisz sobie?

Uśmiechnęła się blado i nieszczerze, po czym kiwnęła głową. A w następnej chwili Sashy i Armina już przy niej nie było. Wzięła głęboki oddech, wsiadła na swoją Zemstę i pojechała dalej sama. Mijała opuszczone budynki, a dźwięk kroków tytanów zdawał się odpływać w nicość. Zobaczyła nad sobą sylwetkę znajomego żołnierza, ale nie pamiętała, jak on się nazywał.

- Poruczniku, sierżant Shana ma kłopoty! – krzyknął ów żołnierz do Arvida.

Ten nawet nie oglądając się za siebie, ruszył jej na pomoc. Krzyknął tylko coś do pozostałych osób, które nie były silne i Lieve im nie ufała. Szybko zginęli, a ona beznamiętnie na to patrzyła.

Lieve została sama. Wokół niej zrobiło się nagle strasznie cicho. Zsiadła z Zemsty i przycupnęła sobie na schodkach prowadzących do budynku z szarego kamienia. Zamknęła oczy i wiedziała już, że dryfuje wewnątrz. Zobaczyła wszystko od nowa, chociaż w przyspieszonym tempie. Diament, tytana, śnieg, potem las, krew, dużo krwi. Śmierć swoją, swoich przyjaciół, a raczej ludzi, których uważała za przyjaciół, śmierć braciszka.

Stanął przed nią w swojej znajomej, budzącej niejaki lęk postaci. Spodziewała się, że od razu ją dociśnie i zacznie żądać zapłaty. Nie da jej się zastanowić, trochę odpocząć.

- Czy to boli? – zapytał zamiast tego.

Lieve zamrugała i zmarszczyła brwi. Potem parsknęła śmiechem, czując, jak oczy wypełniają jej się łzami.

- Tak – odpowiedziała.

Chłopiec wpatrywał się w nią ze zrozumieniem. Dziewczyna była cicho. Po raz pierwszy nie miała do dziecka żadnych pytań.

- Wiem – odezwał się. – Musi, ponieważ ty musisz zapłacić. Nie miałoby to sensu, gdyby nie bolało.

- Zapewne masz rację – odparła Lieve bez żalu. – Powiedziałeś, że zabierzesz mi coś najważniejszego, tak samo jak zostało to odebrane tobie. Życie, czyż nie?

- Tak, życie.

- Pożre mnie tytan? – spytała bez przekonania. – Nikt z moich bliskich nie umie zamieniać się w tytana.

- Bliskich? – powtórzył jak echo.

Przygryzła wargę. Nie powinna używać tego słowa.

- Nie chodzi o tytana, prawda? Zginę w inny sposób. Czy niedługo?

Chłopiec nie odpowiedział. Wpatrywał się w nią tak intensywnie, że Lieve musiała odwrócić wzrok. Nie mogła znieść jego spojrzenia, pustego, pozbawionego jakiegokolwiek współczucia. Trudno się dziwić temu biednemu dziecku, skoro miał tak okrutne wspomnienia. Nikt na takie nie zasługiwał.

Nagle dotknął ją ból, który wziął się dosłownie znikąd. W jednej chwili go nie było, w następnej palił niemiłosiernie w brzuchu i klatce piersiowej. Lieve poczuła w ustach smak krwi. Otworzyła oczy, co było dla niej w obecnym stanie nie lada wysiłkiem. Wokół unosił się kurz, a ona zamiast siedzieć, leżała. Schody były w ruinie, a kamienne bloki walały się wszędzie dookoła. Jeden z nich musiał uderzyć prosto w nią, bo rana była autentyczna. I śmiertelna.

Lieve zaczęła szukać wzrokiem torby z opatrunkami i medykamentami, ale jakoś nie mogła jej wyhaczyć. Musiał ją przykryć gruz albo Lieve była aż tak zamroczona, że po prostu nie widziała dokładnie. Przeturlała się na dół, kląc siarczyście. Biodro łupało, tak samo jak przemieszczające się niebezpiecznie połamane żebra. Krwi było bardzo dużo i dziewczyna już wiedziała, że zapadł na nią wyrok śmierci.

Wokół nie było nikogo. Ani Arvida, ani Shany, Erena, Armina, Levi’ego, nawet Elodie, która podążała za nią wszędzie. Cóż, wszystko się kiedyś kończy. Mogłaby wzywać pomocy, ale nikt by nie przyszedł, bo została całkiem sama.

Poczłapała do przodu, a jakiś tytan ją minął. Lieve wcale to nie zdziwiło. Śmierć z ręki tytana nie była jej pisana, zrozumiała to podczas ostatniego spotkania z chłopcem. Miała zginąć teraz, to jasne, ale na pewno nie zabita przez jednego z tych potworów. Podpierała się na ścianach budynków, ale wiedziała, że nie będzie szła długo. Otworzyła drzwi do najbliższego domu i już na czworaka wsunęła się do środka, znacząc czerwienią drewnianą podłogę.

Położyła się, opierając głowę o drewniane belki. Jej świszczący oddech zdawał się być jedynym dźwiękiem, który wypełniał nieznośną pustkę. Promienie słońca wpadały do środka, czyniąc pomieszczenie żółtym i szyderczo jasnym. Porcelanowe naczynia lśniły beztrosko, jakby wszystko było w porządku. Drobinki kurzu odbijały światło, sunąc w powietrzu powoli i tak bardzo cicho. Wszystko w tym pomieszczeniu zdawało się obserwować, jak Lieve powoli gaśnie.

- To teraz, prawda? – spytała, rzucając pytanie w przestrzeń.

- Tak – odpowiedział jej chłopiec.

Lieve nie musiała go pytać o sens tego wszystkiego, bo już zrozumiała. Eren poszedł za Mikasą, Armin za Erenem. Arvid poszedł ratować Shanę. Ona natomiast zginie tutaj podobnie, jak zginął jej brat, zginie wiedząc, że nikt jej nigdy naprawdę nie kochał. Po policzkach popłynęły jej pojedyncze łzy. Nie było żadnego sensu w pomaganiu innym. Żadnego sensu w kochaniu innych i dawania im dobroci. Szybko się do tego przyzwyczaili i zaczynali uważać za coś naturalnego. Nie dawali jej nic w zamian, tylko same kłamstwa i samotność.

Uniosła swoją dłoń, całą we krwi. Opuściła ją z powrotem i wzięła głęboki oddech. Wszystko w porządku, powiedziała sobie. Przecież się tego spodziewałam.

Ale to było gówno prawda i chwilę później popłynęło więcej łez, ponieważ Lieve nie spodziewała się wcale, że wszyscy ją zostawią. Bała się, owszem, że kiedyś tak się stanie, ale to dlatego była dla nich dobra. Była naiwna myśląc, że oni to zrozumieją, bo przecież robiła to dla siebie, z czystego egoizmu. Nie chciała skończyć tak, jak skończyła teraz.

Musiała przyznać sama przed sobą, że nienawiść nie była jej już tak obca jak wcześniej. Kochała nadal tych, których kochała wcześniej, ale jednocześnie obdarzyła ich nienawiścią. Za to, że ją tak zostawili, że umierała tutaj sama, że poszli ratować innych, kiedy ona najbardziej ze wszystkich potrzebowała pomocy.

Ból dziwnie zelżał, a jej zrobiło się błogo. Już za chwilę umrę, przypomniała sobie resztkami przytomności umysłu. Była tak bardzo senna.

- Chcesz mnie o coś poprosić? – zapytał chłopiec. – Mogę spełnić twoje ostatnie życzenie.

Lieve pomyślała o wszystkich niegdyś bliskich jej ludziach. Mogłaby poprosić o szczęście dla nich, o przychylność losu, o długie i piękne życie. Ale niech ich wszystkich trafi szlag, stwierdziła.

- Niech spadnie śnieg – powiedziała.

W powietrzu zawirowały białe płatki, tak białe i cudowne, jak tylko je zapamiętała. Nie mogła oczywiście wiedzieć, że to iluzja, a śniegu tak naprawdę tu nie ma.

Zachwyciła się nimi na jedną chwilę, odetchnęła mroźnym powietrzem, zamknęła oczy, uśmiechnęła się do siebie ostatni raz, pomyślała, że świat naprawdę jest piękny, że chciałaby móc kiedyś zobaczyć go w całej okazałości, dotknąć, poznać. I wtedy nadszedł koniec.

********************
Rozdział 10
********************


Arvid stał na udeptanej ziemi, a błot i krew przykrywały mu niemal cały mundur. Otworzył szeroko oczy, a oba ostrza wypadły mu z rąk. Usta rozchyliły się w niemym zdziwieniu, jakby chciały wypuścić odpowiednie słowa, których nie znalazł, albo po prostu takie, które nie istniały. Czuł, jak zlepione potem i szlamem włosy oblepiają mu twarz, a brud spływa strumieniami po policzkach. W następnej chwili zdał sobie sprawę, że wraz z brudem spływają również łzy.

Wszystkie dźwięki odpływały w czarną nicość, gdzieś tam, daleko, może do tych, którzy umarli. Jeśli tak, to Arvid nie rozumiał. Nikt nie mógł czuć się bardziej martwy niż on teraz.

Zrobił kilka kroków naprzód, kiedy jakaś bezimienna siła pociągnęła go za rękaw. Nie stawiał żadnego oporu, chociaż nogi samoistnie wydawały się ciężkie, nieprzyzwyczajone do poruszania się wbrew woli swojego właściciela. Arvidowi było wszystko jedno, dopóki nie usłyszał, po co go wołają.

- Trzeba zidentyfikować ciało – usłyszał i natychmiast oprzytomniał.

Rozejrzał się po najbliższych twarzach, próbując znaleźć w nich smutek lub chociaż współczucie. Nie doszukał się tych emocji u nikogo, jedynie u Shany, która była ową osobą ciągnącą go za rękaw. Patrzyła na niego z goryczą, ale nie rozumiała. Nie mogła rozumieć.

- Kapral Levi już zidentyfikował ciało, nie ma wątpliwości – odezwała się Hanji Zoe.

- I tak porucznik Arvid…

- Muszę tam iść – powiedział. – Muszę się upewnić.

Podejrzewał, że gdyby został jeszcze przez chwilę w tamtym miejscu i czasie, chyba by eksplodował na miliard mikroskopijnych cząstek, które rozproszyłyby się w powietrzu niczym pył. Czuł się kruchy i nieważny, czuł, że rozpada się właśnie teraz. Musiał się ruszyć. Musiał się upewnić i przyznać sam przed sobą, że to koniec i nigdy nie otrzyma przebaczenia.

- Chodź, Arvid – poczuł na ramieniu uścisk na tyle mocny, by zainteresować się nowym rozmówcą.

To był Levi. Jego twarz jak zwykle nie wyrażała nic, chociaż przemawiał łagodnie i ostrożnie. Mimo to Arvid doskonale pamiętał ostatnie słowa, jakie powiedział mu kapral, kiedy jechali w stronę Karanes. To one rozbrzmiewały teraz w jego głowie, nie dając spokoju.

Dom, w którym znaleziono Lieve, był duży i zagracony. Wchodząc, porucznik kopnął jedną z butelek, która poturlała się gdzieś w kąt. Wpadła pod stosy tkanin, które stłumiły głuchy odgłos. Na podłodze była bordowa warstwa zakrzepłej krwi. Oczami wyobraźni widział, jak jego siostra sunie po tych deskach, postękując z bólu, słyszał, jak szepcze jego imię ze łzami w oczach, jak prosi o pomoc, cała spowita w czerwieni. Mógł tutaj zostać, mógł ją uratować, ale poszedł do Shany, której sytuację ktoś określił jako „kłopoty”.

Bardziej był potrzebny tutaj. Przełknął ślinę i zacisnął pięści. Levi stał nad szkarłatnym kształtem w kącie, ale patrzył wciąż na Arvida.

- Podejdź – rzucił.

Tak, podejdź, Arvid. Podejdź i zobacz, do czego doprowadziła twoja lekkomyślność.

Porucznik ruszył do przodu jak cień, niemal nieświadomie i bezwiednie. Stanął tuż nad ciałem i zrozumiał, że to wszystko prawda. Czerwona warstwa krwi i zlepionego krwią ubrania tworzyła nieprzenikalny całun. Szyja ułożona na wąskiej desce sprawiała, że głowa jego siostry wisiała po drugiej stronie jak zwykła cegła. Kasztanowe włosy, przepocone i pozlepiane krwią, rozsypane były na podłodze, tworząc upiorne malowidło. Te fragmenty jej twarzy, których nie pokrywała czerwień, ukazywały trupią, zimną bladość.

- Zamknąłem jej oczy – odezwał się kapral.

Arvid kiwnął głową, ponieważ nie mógł wydusić z siebie nawet jednego słowa. A więc Lieve umarła z otwartymi oczami. Ciekawe co widziała, kiedy uchodziło z jej życie, kiedy wydała swoje ostatnie tchnienie. Czy sufit pokryty lekką siecią pajęczyn, czy może jego twarz albo kogoś innego, kogo kochała, ale nigdy się nie przyznała? Może te oczy zobaczyły ojca, który wziął ją za rękę i poprowadził ze sobą do miejsca, w którym nie było już nienawiści, przemocy i śmierci, gdzie nie było takich złych ludzi jak on sam i wszyscy mogli być szczęśliwi?

Pewnie nigdy się nie dowie, co zobaczyła Lieve. Miał w duchu głęboką nadzieję, że odeszła w spokoju, chociaż domyślał się, że to nie mogła być prawda. Została sama przez jego głupotę. Nawet gdyby tu został, nie istniała żadna gwarancja, że ocaliłby jej życie, ale przynajmniej potrzymałby ją za rękę, kiedy szłaby w ciemność. Może wtedy jej ostatnimi słowami byłoby wypowiedziane szeptem przebaczenie, którego potrzebował teraz jak powietrza.

- Arvid – usłyszał obok cichy głos Shany. Nie spojrzał na nią. Miała przynajmniej na tyle przyzwoitości, żeby nie wziąć go za rękę.

- Nie ma wątpliwości. To Lieve.

Odwrócił się z zamiarem odejścia, ale sierżant jeszcze go zatrzymała.

- Ona wybaczyła ci, Arvid. Nie wierzę, że mogłoby być inaczej.

Wyszedł i na noc nie wrócił do domu. Odwiedził Dota Pixisa w jego niewielkim mieszkanku i tam postanowił pozostać, przynajmniej na razie. Kazał przekazać Shanie, że potrzebuje pobyć trochę ze swoimi myślami. Oczywiście towarzystwo starego alkoholika nie dawało mu w pełni cieszyć się samotnością, ale było zdecydowanie lepsze od słuchania ciągłych pocieszeń ze strony Shany.

- Nie mam dodatkowego łóżka, więc będziesz musiał zatrzymać się w salonie – ostrzegł go Pixis bez cienia uśmiechu.

Arvid wzruszył tylko ramionami, podczas gdy mężczyzna wyciągnął z szafki całą skrzynkę flaszek. Nie postawił jej przed nosem porucznika, tylko bez słowa wyszedł, po czym wrócił bez niej. Arvid potem otworzył szafkę, ale nie było w niej nic oprócz kilku bochenków chleba. Nigdzie indziej nie znalazł ani jednej butelki alkoholu i wtedy się rozpłakał. Tak po prostu.

Owinął się kocem i runął jak długi na kanapę, nie czekając aż wróci Pixis. Chwilę później łzy przestały płynąć, ale ból oczywiście pozostał. Porucznik nawet nie patrzył na zegar, widział tylko spod zmęczonych powiek, jak słońce zachodzi, a pomieszczenie ciemnieje. W mroku dostrzegał niewyraźne zarysy przedmiotów, nie mogąc zasnąć.

Wkrótce sen nadszedł, ale był koszmarem, w którym pojawił się chłopiec w białej koszuli, oskarżając go o coś, nie mówiąc precyzyjnie o co. Arvid jednak wiedział i zwijał się w agonii, kiedy przed oczami stanęła mu Lieve. Jej biała skóra nijak miała się do zdrowych rumieńców, które pamiętał. Teraz była skórą zimnego, pozbawionego uczuć trupa, którego spojrzenie było w stanie zabić. Trup zniekształcał się i wił, a pod jego stopami płynęła rzeka krwi.

- Arvid, pomóż – powtarzały cicho jej sine usta, a słowa zamierały głuchym echem w jego głowie.

- Za późno, Lieve – mówił, a łzy popłynęły od nowa.

Trup przyjął stały kształt, stał się jego siostrą ze zbyt białym kolorem skóry i zbyt pustymi oczami, żeby mógł nią naprawdę być. A jednak pojawiła się tutaj, tuż przed nim. Miała na sobie białą sukienkę i patrzyła na niego, jakby dopiero co się poznali. Nie uśmiechała się.

- Witaj w moim śnie, Arvid – powiedziała. Głos Lieve zabrzmiał strasznie nisko i chrapliwie, tak, że mężczyznę przeszły ciarki.

- Lieve…

- Nie mam na imię Lieve – przerwała mu bezceromialnie. – Już nie.

- Przecież widzę, że to ty, Lieve.

- Lieve nie żyje.

- Kim więc jesteś?

- Osobą, którą się stała – odpowiedziała dziewczyna. – Możesz zwracać się do mnie „Nieve”.

Arvid popatrzył na nią z mieszaniną żalu i czystego niedowierzania. Miał nadzieję, że Lieve obróci tę sytuację w żart, że tylko sobie z niego kpi. Jednakże nie uśmiechała się i nic nie wskazywało na to, żeby kiedykolwiek jeszcze miała to zrobić.

- Lie… Nieve – poprawił się szybko – czy wybaczyłaś mi to, co zrobiłem?

- Nie mam ci nic do wybaczenia, Arvid – odparła. – Lieve owszem, ale Lieve nie żyje. Byłam nią kiedyś, ale ten czas nigdy nie wróci.

- Nie poszłaś do nieba? – spytał, ale było za późno, żeby ugryźć się w język.

Nie odpowiedziała na to nic, a ból uderzył w Arvida ze zdwojoną siłą. Lieve – a raczej Nieve – stała się niewyraźnym zarysem osoby, którą kiedyś była jego siostra, a on oddalił się od niej. Jak mógł do tego dopuścić, jak mógł zostawić ją teraz znowu, teraz w tej ciemności, w tym zapomnianym przez boga miejscu, gdzie nie istniało kompletnie nic? Wcześniej na duchu – ledwo co, ale zawsze – podtrzymywała go myśl, że Lieve trafiła do nieba, że śmierć, chociaż tak straszliwa i okrutna, przynajmniej uwolniła ją od cierpienia.

Koszmar się skończył, a on wciąż leżał na kanapie z domu Pixisa, a ciemność za oknem nadal była nieprzenikniona. Otulił się szczelniej kocem, jakby stał się z powrotem bezradnym, potrzebującym matczynego wsparcia dzieckiem, zacisnął pięści i zapragnął zniknąć. Przez resztę nocy nie zmrużył oka, a to kołysząc się w spazmach, a to chodząc po pomieszczeniu. Rozpamiętywał wszystkie chwile spędzone z Lieve, gardził sobą, nienawidził siebie, płakał i chciał umrzeć, ale nie umarł i rano poszedł do pracy.

- Dzień dobry, Shana – powiedział, ale nawet na nią nie spojrzał.

- Arvid… nie wróciłeś wczoraj do domu – odparła. – Martwiłam się o ciebie. Nie będę pytać, czy wszystko w porządku, bo pewnie na mnie naskoczysz. Nic nie jest w porządku i zdaję sobie z tego sprawę. Tylko o jedno cię proszę… nie odtrącaj ludzi, którzy chcą ci pomóc.

Nie podeszła do niego, nie przytuliła go ani nie pocałowała, za co był jej wdzięczny. W czasie smutku nie znosił być dotykany i pocieszany. Wolał być sam, odizolować się od innych, chociaż wiedział, że bez wsparcia nie będzie w stanie sobie poradzić. Na tym polegało życie w społeczeństwie, czy tego chciał czy nie.

- Chcę, żebyś zaniosła to Erwinowi – powiedział bez emocji, wręczając jej kartkę.

Shana szybko przebiegła po niej wzrokiem.

- Arvid! – zawołała niemal z przerażeniem. – Naprawdę chcesz zrezygnować z bycia żołnierzem? Nie wiem… nie wiem, co powiedzieć – dodała bezradnie, a jej oczy zaszkliły się niebezpiecznie.

- Tylko tymczasowo – wyjaśnił. – Potrzebuję trochę przestrzeni wokół samego siebie. Jutro wrócę do nas do domu i zajmę się innymi rzeczami. Muszę… muszę odpocząć. Zrozum to.

Arvid wiedział, że Shana bardzo go kocha, ale też pamiętał o drugiej stronie medalu. Odkąd tylko się pojawił, traktowała go jako żołnierza idealnego, niemal z nabożną czcią. Teraz obraz perfekcji rozpadł się w drobny pył, a stał przed nią mizerny, zgarbiony przez wszystkie nieszczęścia człowiek.

- O boże – powiedziała, a w jej głosie brzmiał strach. – Podejdź bliżej do światła.

Porucznik posłusznie wykonał krok w jej stronę. Oczy Shany rozszerzyły się, a potem wypełniły łzami. Zakryła dłonią usta, tłumiąc szloch.

- Masz siwe pasma we włosach – poinformowała go głosem pełnym goryczy. – Boże, nie miałam pojęcia, że aż tak cierpisz.

Arvid zmarszczył brwi. W biurze nie było lustra, ale rano faktycznie coś tam zauważył i niezbyt tym się przejął. Słyszał wielokrotnie, że coś takiego spotykało ludzi po ciężkich przejściach, ale nigdy nie dawał temu wiary, aż do teraz. Poza tym sądził, że jest to możliwe tylko na przestrzeni lat… z drugiej strony koszmar z Nieve w roli głównej nie należał do najzwyklejszych.

Zrobiło mu się strasznie żal Shany, kiedy patrzyła na niego z takim strachem i współczuciem. Podszedł do niej i ją przytulił, chociaż na początku nie miał na to przecież nawet najmniejszej ochoty. Objęła go posłusznie i docisnęła do siebie tak mocno, jakby byli jedną osobą, której dwa fragmenty odłamały się wbrew prawom natury.

- Wróć do domu – wyszeptała.

- Jestem w domu – wymamrotał w jej włosy i przysiągł sobie, że nigdy w życiu jej nie opuści.



********************
Epilog
********************


Kocmołuch polizał swoją łapę, a potem przeciągnął się, prężąc czarny grzbiet. Dzień wydawał mu się dziwny, chociaż nie różnił się za bardzo od innych dni z jego kociego życia. Zawsze było tak samo. Wstawał, pani dawała mu jeść, potem szedł swoimi drogami, najczęściej do swojego pana o nieprzyjemnym spojrzeniu i miłych dłoniach, a na koniec wracał i spał. Zwijał się w kłębek, obserwując, jak pani krząta się po pokoju i sprząta lub siedzi, czytając książkę.

Nie było nic dziwnego w przesypianiu całego dnia, ale Kocyk nieczęsto tak robił. Wolał wychodzić na ulicę i patrzeć. Albo śledzić swojego pana o nieprzyjemnym spojrzeniu, niczym jego cień. Pan zwykle irytował się tylko, kiedy ktoś patrzył, ale normalnie był dla Kocyka dobry. Tak przynajmniej uważał kotek, ponieważ pan często kotka głaskał. Miał twarde i silne dłonie, ale zawsze robił to najlepiej ze wszystkich, którzy Kocyka pieścili.

- Daj mu jeść przynajmniej – mówiła pani w okularach do pana o nieprzyjemnym spojrzeniu, a pan o nieprzyjemnym spojrzeniu posyłał jej nieprzyjemne spojrzenie.

- Lieve daje mu żreć – odpowiadał zwykle, a Kocmołuch się przyglądał i przysłuchiwał, chociaż niewiele rozumiał.

Wyczuwał tylko, kiedy pan o nieprzyjemnym spojrzeniu się irytował i wtedy starał się być jak najbardziej uległy. Podchodził, ocierał się o nogi pana i miauczał, a kiedy pan go pogłaskał, wtedy zaczynał mruczeć. Nigdy nie wiedział, dlaczego tak się dzieje, ale ludzie zwykle zdawali się lubić, kiedy tak robił.

Kocmołuch bardzo często widział, że pan o nieprzyjemnym spojrzeniu jedzie gdzieś na tych dużych czworonożnych zwierzętach, zostawiając go tutaj. Wtedy kotek szedł do pani, bo kotku też czasami jest smutno. Pani zawsze go głaskała i nigdy nie ignorowała, kiedy liczył na jej pieszczotę.

Od kilku dni było jednak inaczej. Pan o nieprzyjemnym spojrzeniu nigdy wcześniej nie zapominał, żeby dać kotku jeść, a teraz miski świeciły pustkami. Nikt nie zwracał uwagi na Kocyka, może jedna lub dwie osoby potrudziły się o to, żeby go pogłaskać, ale pana o nieprzyjemnym spojrzeniu nie było nigdzie. Zobaczył go raz, ale pan nawet na niego nie spojrzał. Kocykowi było bardzo smutno.

Jak zwykle poszedł do pokoju, gdzie była pani. Pani zawsze go kochała, choć pani tam nie było od kilku dni. To nic, bo on zaczeka na panią. Pani jest dobra, nie zostawiłaby go nigdy. Na pewno przyjdzie, kiedy Kocyk będzie cierpliwie czekał.

Kocyk zasnął. Śniła mu się miseczka pełna mleka, a potem myszy na łące.

Obudził go dźwięk otwieranych drzwi, więc kotek spojrzał w tamtą stronę, ciesząc się, że pani wróciła. Ale to nie była pani, tylko jego pan o nieprzyjemnym spojrzeniu. Też dobrze. Kocyk się stęsknił, Kocyk potrzebował miłości. Chciał, żeby pan go przytulił.

Pan o nieprzyjemnym spojrzeniu podszedł bliżej, z niewiadomych przyczyn usiadł obok i schował twarz w dłoniach. Kotek pomyślał, że może pan też jest smutny, ale zanim zdążył się poruszyć, pan wziął go na ręce i wstał. Kocyk zaczął mruczeć, żeby panu było raźniej, ale chyba trochę nie wyszło. Pan go pogłaskał i podrapał za uchem w ramach wdzięczności.

- Idź stąd, Kocmołuch – powiedział pan o nieprzyjemnym spojrzeniu i to akurat kotek zrozumiał. – Musimy do jutra spakować jej rzeczy i zanieść do Arvida.

Kocyk kilkakrotnie obserwował podobne sytuacje. Pan był smutny, kiedy nagle jakiś inny człowiek przestawał schodzić na śniadanie, obiad lub kolację. Szybko pan dochodził do siebie, ale istniały takie chwile słabości. Kocmołuch zmartwił się, ponieważ tamci ludzie nie wracali już nigdy. Czy to znaczy, że pani nie wróci?

Zamiauczał przeraźliwie, a w oczach pana pojawiło się zdziwienie. Gdyby kotek mógł zapłakać, teraz z pewnością by to zrobił. Wrócił z powrotem na łóżko i zwinął się w kłębek, jawnie dając do zrozumienia, że się stąd nie ruszy.

Pan o nieprzyjemnym spojrzeniu usiadł obok niego i pogłaskał po łepku, nawet nie próbując zwierzaka zrzucać.

- Wiem, że też za nią tęsknisz – powiedział. – To normalne. Tak właśnie wygląda życie.

Pan o nieprzyjemnym spojrzeniu posiedział jeszcze trochę z kotkiem, a potem poszedł i wrócił w nocy z innymi osobami, które następnie zniszczyły świat kotka. Ze ścian zniknęły znajome obrazy, z podłogi ciepły dywan, z szafek książki, a z łóżka pościel. Słowem wszystko, co sprawiało, że kotek czuł się bezpiecznie. Tylko siedział w kącie i bezradnie przyglądał się temu wszystkiemu. Pan o nieprzyjemnym spojrzeniu stał obok niego i robił dokładnie to samo. Kotkowi wydawało się, że w tamtym momencie dzielił z tym panem wszystkie swoje uczucia, tęsknotę i ból. Otarł się o nogę pana i miauknął żałośnie. W końcu człowieku też czasami jest smutno.

KONIEC.

Dodano: 13.07.2013



comments powered by Disqus

Do góry

Do góry