wróć do spisu opowiadań


"Zabójcze nieporozumienie" autorstwa kisoyu
"Zabójcze nieporozumienie"
kisoyu
6 maja 2014


W moim domu mieszka ktoś
niepotrzebny nikomu.
Gdzieś z daleka, nie wiem skąd,
inność rodzi złość.
W moim domu mieszka ktoś,
kogo każdy chce dotknąć.
Tak niewielu rozumie, gdy on
ucieka tam, gdzie nikt nie pyta
o to skąd jesteś, jak się nazywasz,
gdzie każdy z nas może poczuć się taki sam.

Myslovitz "Polowanie na wielbłąda"

Dym z papierosa wolno ulatywał przez otwarte okno. Poranne słońce rzucało niedbałe promienie na okolicę pełną murowanych budynków. Stałam naga, patrząc jak jakiś sprzedawca pcha na taczkach stos warzyw. Odwróciłam się przodem do małego pokoju, używanego przez jednego z wyżej postawionych kupców. Miał on lekką nadwagę i blond bródkę. Wciąż spał, szeroko otwierając usta, by zaczerpnąć powietrza. Od wczoraj wiedziałam już o nim wszystko, zaczynając od imienia i nazwiska, przez wiek, stan rodzinny, oszczędności aż po dwójkę jego synów z kochankami z innych miast.

Popukałam palcami dłoni w parapet, o który się opierałam. Mężczyzna otworzył oczy i usiadł na łóżku. Aktorsko przeciągnął się, po czym wstał, zrzucając pościel na drewnianą podłogę. Mimo tego, że był dopiero co po trzydziestce jego ciało wyglądało na parę lat starsze. Podszedł do mnie i wziął papierosa, którym głęboko się zaciągnął.

- Musisz się zbierać? - zapytał, przejeżdżając masywną ręką po mojej skórze od szyi w dół.

- Tak - odpowiedziałam, nie próbując nawet na siłę się uśmiechać. Cieszyłam się, że takie zlecenia były rzadkością w moim życiu.

- Kolejna zmiana?

- Coś w tym stylu.

*****


Korytarz, którym szłam, był ciemny i wilgotny. Uderzał z niego zapach stęchlizny, wyłażący niczym robactwo spomiędzy ceglanych szpar. Dźwięk stukających o kamienne podłoże niskich obcasów rozchodził się, odbijając od nierównych ścian. Machałam materiałową torbą z jedzeniem, powoli przechadzając się piwnicą. Jej wielkość zawsze utwierdzała mnie w przekonaniu, że w tym domu, należącym do naszego szefa, musi być jeszcze kilka dodatkowych pomieszczeń, o których nikt nie ma pojęcia.

Minęłam dwie pary zamkniętych drzwi po prawej stronie i natknęłam się na kolejne, oddzielające osobną strefę podziemi. Wyglądały niczym wrota do innego świata. Po części w tym stwierdzeniu kryło się trochę prawdy. Tworzyły one grubą linię izolującą pracę od życia codziennego. Kiedy się je odblokowywało, trzeba było naprzeć na nie całym ciałem i nie szczędzić siły. Ich grubość niwelowała każdy dźwięk. Przy coraz szerszym otwieraniu co chwila dochodziło więcej słów, czasem wrzasków, jęków oraz przekleństw. Napadały one wraz z dusznym powietrzem i charakterystycznym zapachem towarzyszącym życiu na krawędzi. Specyficzna mieszanka wysokoprocentowego alkoholu, seksu, hazardu oraz pranych z nich brudnych pieniędzy. Tutejszym powietrzem oddychało się zupełnie inaczej niż na górze.

Poprawiłam długą za kolano spódnicę i upewniłam się, że nóż, który noszę ze sobą, jest na swoim miejscu. Jego ostrze nagrzało się od ciepła parującego ze skóry. Czułam się pewniej. Zatrzasnęłam drzwi za sobą i ruszyłam prostym korytarzem, zaglądając do mijanych pokoi, które były niedomknięte. W jedynym z nich pięciu mężczyzn siedziało, grając w pokera w szarej smudze dymu utworzonego z cygar. W drugim kilkoro dobrze odzianych facetów podziwiało erotyczny taniec nieprzeciętnie obdarzonej przez naturę kobiety w słabym świetle świec. Trzeci był zamknięty, lecz zza jego ścian dochodziły jęki i szuranie, będące głosami podniecenia. Po lewej stronie znajdowało się wielkie pomieszczenie, w którym licytowano łupy te mniej i bardziej żywe. Na stołkach siedzieli bogaci i wpływowi zboczeńcy oraz kolekcjonerzy rzadkich okazów. Czasem obok nich wiły się ich partnerki, zasłaniające wachlarzami swoje uśmieszki na widok pełnych złota sakiewek.

Oblizując usta, które nienaturalnie szybko zaczęły mi wysychać, odwróciłam od nich swój wzrok i w szybszym tempie przemierzałam tę świątynię przepełnioną materialnymi bóstwami, w które wierzyło tak wielu ludzi. Patrząc na to z tej perspektywy stawaliśmy się kapłanami, dostarczającymi im zetknięć z ich świętościami.

Na samym końcu znajdował się ostatni już sektor odseparowany nie tylko drzwiami, ale i metalową kratą z bramą. Zapukałam, po czym nie czekając na odpowiedź, pociągnęłam za klamkę w swoją stronę.

- Kimya! - krzyknął Hugo zza krat. Wstał z krzesła, zrzucając na podłogę dzisiejszą gazetę. Miał prawie dwa metry wzrostu i strasznie mozolnie się poruszał. Jednak nie miał sobie równych jeśli chodziło o bieg długodystansowy.

- Od razu wiedziałem, że to ty. Nigdy nie czekasz na odpowiedź. Masz nockę?

- Tak wyszło - powiedziałam, przechodząc przez bramę i słysząc charakterystyczną blokadę po jej ponownym zamknięciu.

Tutaj powietrze gęstniało jeszcze mocniej, a w rogach sufitów zalegała pleśń. Nie było prawie żadnych wylotów na zewnątrz, więc duszność udzielała się jeszcze bardziej. Jeśli ktoś coś słyszał, to tylko skomlenie osób, które chcą wyjść na zewnątrz. Jednak wydostanie się stąd, przybywając tu z przymusu, graniczyło z cudem. Chyba, że było to przeniesienie do sekcji obok.

Na przeciwko sporego pomieszczenia oddzielonego kratami siedział mężczyzna. Dalej była już tylko jedna para zwykłych drzwi. Podeszłam do żelaznych mocowań i przyjrzałam się, kto został w środku. Dwie dziewczyny w wieku około szesnastu lat, wyróżniające się nieprzeciętną urodą. Położyłam im na podłodze po ich stronie dwa jabłka, chleb oraz butelkę wody. Gdy się odsunęłam wzięły je, powracając do najdalszego kąta, w którym kuliły się niczym dzikie zwierzęta. Jedna z nich wciąż pociągała nosem, szlochając najciszej jak potrafiła. Nosiła ślady pobicia. Przyglądałam się im jak rzadkim okazom, przechylając głowę na prawy bok.

- Tylko ty przynosisz więźniom jabłka - powiedział mężczyzna. Miał na imię Sav. Nie przepadałam za nim, bo był zwykłą, szowinistyczną świnią, taplającą się w swojej domniemanej męskości.

- Obserwuję reakcje. Będę z nimi siedzieć przez najbliższe godziny. Następna zmiana dopiero rano. Sprzedali Dhalię? - zmieniłam temat.

- Tak. Dziś. Przed chwilą kupił ją jakiś dziany gościu z Trostu. Przebył całą drogę, bo ktoś polecił nasz 'zakład'.

- Musiał mieć wiarygodne nazwisko i dyrektywę. Inaczej by nie wyszedł stąd żywy. Możesz spieprzać do domu - powiedziałam wciąż będąc odwrócona do niego plecami i machając ręką. - Zajmę się tu wszystkim.

- Nie panosz się tak. Jesteś taka jak i one - zwykła dziwka.

- Taaaa - odpowiedziałam, nawet nie podnosząc głosu. - Nie moja wina, że żadna laska cię nie chce.

Sav gwałtowanie wstał z krzesła, wprawiając je w silne drgania. Chciał podejść do mnie, więc się odwróciłam i delikatnie chwyciłam nóż. Nagle usłyszałam otwieranie drzwi, w których stanął inny gość z naszej szajki.

- Miałeś ją odesłać do nas jak tylko przyjdzie. Nawet tego nie umiesz dobrze wykonać? - zapytał ostrym tonem. Sav prychnął i kopnął ścianę, rozładowując swoją frustrację. - Szef kazał ci zebrać pokera i rozpocząć sparing. Przyszli już goście na ten spektakl. A ty chodź ze mną.

Mężczyzna odwrócił się i wszedł z powrotem za drzwi. Pomachałam dziewczynom i ruszyłam za nim. Patrzyłam na czubek jego głowy i czułam się nieswojo, będąc wyższa od dorosłego mężczyzny. On chyba jednak nie miał tego problemu, co ja, ponieważ szedł pewnym siebie krokiem, poprawiając kołnierz od koszuli, który miał pod szyją.

- Już wróciłeś ze zlecenia, Rivaille? - zapytałam z ciekawości.

- Tak. Kilka godzin temu.

Mężczyzna był stałym członkiem naszej grupy, trochę młodszym ode mnie. Nie wiem jak się tutaj znalazł, ponieważ gdy tu przyszłam, on już zajmował się swoją pracą. Początkowo mieliśmy ze sobą kilka utarczek. Tak poznaliśmy siebie i naszych przyjaciół - noże, noszone niezależnie od okoliczności. Byliśmy staromodnymi zwolennikami tradycyjnej broni, których pozostawało coraz mniej. Szybko jednak przekonaliśmy się, że jesteśmy dobrymi partnerami. Wielokrotnie razem pomagaliśmy usuwać naszej grupie zbędnych ludzi czy świadków. Tym głównie trudnił się Rivaille, tym w dużej części zajmowałam się ja.

Nasz szef siedział za rogiem na dużej, skórzanej kanapie w kolorze ciemnego brązu, popijając któryś ze swoich koniaków. Perfekcyjne umeblowanie zupełnie nie pasowało do tego obskurnego pokoju. Niski mężczyzna usiadł naprzeciwko niego, zarzucając lewą nogę na prawą i biorąc stojącą na stoliku szklankę. Biurko stało za nami zagracone kilkoma papierami oraz popielniczką z niedopałkami.

- Kimya. Dobrze cię widzieć - powiedział wznosząc szklankę wysoko ponad swoją głowę. - Cudowne oficerki. Widzę, że jednak zgodziłaś się na tamten układ.

- Witaj Morgan. Dzięki. A dlaczego nie jesteś w swoim prawowitym domu, daleko stąd z żoną i synem? - zapytałam, wchodząc i siadając obok Rivaille'a. - Akurat dziś się tu ciebie nie spodziewałam.

- Biznes, biznes - powtórzył, nalewając mi do szklanki alkoholu. - Napij się i poczęstuj papierosem. Te dostałem w prezencie. Są z dobrze selekcjonowanych upraw.

Wzięłam dary, które mi poddawał, obserwując go uważnie. Rivaille szybciej niż ja chwycił zapałki i odpalił mi trzymanego w ustach papierosa. Kiwnęłam głową w ramach podziękowania.

- Co knujecie? - zapytałam, nie bawiąc się w podpytywanie.

Morgan uśmiechnął się specyficznie, dając mi do zrozumienia, że będzie to dłuższa rozmowa.

*****


- Widać, że jesteś zmęczona - powiedziała Gloria, która skończyła właśnie rozbierać się dla obcych mężczyzn. Miała na sobie tylko halkę oraz gruby szlafrok w kolorze pudrowego różu. Przyszła do mnie, siedzącej przed dwoma zamkniętymi dziewczynami. Również opadła na kamienną posadzkę, opierając się plecami o zimne ściany. Złote loki opadały jej na wąskie ramiona. W ręku trzymała butelkę białego wina. Rumieniec oblał jej twarz. Wzrok miała wbity w pomieszczenie znajdujące się za kratami. Zawsze uważałam, że nie powinna tu przychodzić.

- Myślisz, że jak one skończą? - zapytała, zaciskając dłonie na szyjce szklanego naczynia.

- Nie wiem - odpowiedziałam, patrząc jak śpią okryte starym pledem, który im dałam.

- Czy to możliwe... Może za dużo wypiłam, ale przypominają mi nas, gdy tam byłyśmy.

- Z pewnością za dużo wypiłaś, Gloria.

*****


Kiedy niecałe trzy lata temu zmarł ojciec, który zajmował się mną i moją młodszą siostrą, zaaranżowano jej szybkie, sąsiedzkie małżeństwo. Wybrano Lovisę, a nie mnie, ponieważ miała urodę naszej matki typową dla delikatnych kobiet o pełnych biodrach i dziecięcej twarzy. Jednak ponieważ odeszła ona przy porodzie, siostra nie lubiła, gdy ktokolwiek o tym wspominał. Pamiętała szepty plotkarek, gdy była dzieckiem i czuła się winna za jej śmierć.

Mieszkałam w domu młodego małżeństwa. Sekou, bo tak na imię miał mąż Lovisy, był bogatym starszym mężczyzną po trzydziestce. Ona miała wtedy siedemnaście lat. Nigdy nie spytała, dlaczego to nie ja zostałam zmuszona do małżeństwa. Wiedziała, że to przez moją toporną urodę, charakteryzującą się szerokimi ramionami, niewielkich rozmiarów klatką piersiową oraz chłodnym wyrazem twarzy. Czułam jak siostra oddala się ode mnie coraz bardziej, ukazując siebie w postaci romantycznego zbawcy, muszącego się poświęcić dla naszego dobra. W rzeczywistości bała się radzić sobie sama, więc było jej to na rękę, że mogła siedzieć w domu, robiąc obiad i rodzić dzieci, nie mieszając się w problemy całej społeczności. Sekou również za mną nie przepadał, przyjmując mnie pod swój dach, bo 'tak wypadało'. Zakazał mi nawet pracować.

- Jak to by wyglądało - mówił z ustami pełnymi dziczyzny - w oczach ludzi gdybym ci na to pozwolił, co? Że nie umiem utrzymać dwóch kobiet, a chcę mieć rodzinę? Czy wyobrażasz sobie, jaki to cios dla mężczyzny?

Włóczyłam się więc całymi dniami i nocami, pomagając czasem umartwionej Lovisie w sprzątaniu. rezydencji. W tak wielkich murach zbierało się wiele brudu, więc szybko stałam się drobiazgowym stworem, czyszczącym zakątki pokoi. Spędzałam w ten sposób puste godziny, ciesząc się, że mijają szybciej.

Wieczorami odwiedzałam miejscowe bary, pijąc duże ilości alkoholu i zabawiając się z poznanymi tam mężczyznami i kobietami. Dzięki temu zapominałam o swojej sytuacji i traciłam czas jeszcze przyjemniej. Czasem wdawałam się w bójki, niejednokrotnie z użyciem broni, stąd posługiwanie się moim ostrzem wypracowałam do perfekcji.

Jednak po kilku miesiącach rozeszły się nieprzyjemne plotki na mój temat, mogące zaszkodzić interesom Sekou. Rozprzestrzeniły się w tym samym czasie, w którym doszła wiadomość o drugim miesiącu ciąży Lovisy. Aby zapobiec potencjalnym zagrożeniom zamknięto mnie w pokoju codziennie podrzucając butelkę alkoholu. W ten sposób spędzałam samotne tygodnie, bardzo rzadko wychodząc na zewnątrz. Coraz częściej bywałam w salonie, gdzie szlifowałam umiejętności gry na fortepianie. Muzyka dawała mi ukojenie i pozwalała opanować emocje, a przede wszystkim zagłuszała pustkę.

Pewnego późnego wieczoru, gdy piłam w samotności w swoim pokoju, zjawił się Sekou. Zdziwiło mnie to, ponieważ nigdy tu nie bywał. Wszedł bez pytania, siadając obok mnie na welurowej kanapie. Początkowo bełkotał coś o marnych inwestycjach, dużych wydatkach i pochłaniającej pieniądze żonie. Widać było, że również miał w swojej krwi buzujące promile. Pomyślałam, że czuje się samotny lub niezrozumiały, więc nie odsuwałam się tak gwałtowanie. Moje naiwne myślenie spowodowało, że jego niespodziewane natarcie na mnie, przebiegło bez żadnych komplikacji.

- To nie tak - mówił, rozpinając moje guziki i zaczynając się ślinić - że nie wziąłem cię, bo jesteś brzydka. Lovisa jest reprezentatywna i wiesz, dwudziestokilkulatka nie urodzi tak zdrowych dzieci jak siedemnastolatka. Dbam o przyszłość swojej rodziny. Ale wiem, że ty potrafisz więcej sztuczek, wiem o tym...

Obrzydzenie, jakie napłynęło do mnie w tamtym momencie, sprawiło, że chciałam zwymiotować. Postanowiłam się jednak uspokoić, racjonalnie spojrzeć na sytuację. Wtedy zdałam sobie sprawę, że moja prawa ręka jest wolna. Nie mogłam go zepchnąć, ponieważ nie miałam na to siły. Mogłam za to chwycić butelkę stojącą na podłodze obok kanapy i uderzyć go w tył czaszki. Brnąc dłonią na oślep w końcu zacisnęłam palce na szklanym lejku. Już miałam się zamachnąć, gdy Sakou wytrącił mi szkło, głośno rozbijające się o ziemię.

- Kurwa! - przeklął i szarpnął za moje włosy, odchylając głowę do tyłu. Tym razem zupełnie desperacko i na oślep poruszałam prawą dłonią po podłodze w poszukiwaniu odłamka, którym mogłabym go zaatakować. Nieświadomie przejechałam wewnętrzną stroną dłoni o poszarpany kawałek, który rozciął ją prawie na całej długości. Przeszywający ból i pulsująca w żyłach ciepła krew sprawiły, że moja twarz skrzywiła się w bólu.

- Co ty, do cholery, zrobiłaś, głupia suko?! - wrzasnął i zeskoczył ze mnie. Słychać było bieg siostry na korytarzu. Zaraz potem wparowała do pokoju. Krzyknęła. Sekou wybiegł dzwonić po lekarza.

Dłoń mi zszyto, wyjaśniając, że byłam pijana i był to wypadek. Nie odezwałam się ani słowem w tym temacie. Zresztą straciłam sporo krwi, co spowodowało znaczne osłabienie organizmu.

Kolejne trzy dni były dla mnie piekłem, w którym nie mogłam wykonać większości prostych czynności. Byłam całkowicie ignorowana i nienawidzona. Wtedy postanowiłam wynieść się z tego domu. Nie zdążyłam jednak przejść kilkunastu metrów, kiedy zostałam zaatakowana i uśpiona chloroformem, wsiąkniętym w brudną chusteczkę, przyłożoną do mojego nosa i ust. Z tamtej chwili pamiętam tylko fragment rozmowy.

- To ona? - zapytał jeden z nich.

- Na pewno. Nie ma pomyłki. Spójrz na rękę...

Obudziłam się w dusznym pomieszczeniu, przypominającym loch. Za kratami siedział niski mężczyzna z włosami w lekkim nieładzie. Razem ze mną były jeszcze trzy inne osoby: jeden mały chłopiec oraz dwie dziewczyny. Dziecko cicho szlochało w kącie więzienia, obejmując zziębniętymi dłońmi kolana. Jedna z dziewczyn wciąż była nieprzytomna, a druga patrzyła na mnie niezwykle niepewnie. Miałam wrażenie, że jak tylko się poruszę, ona zacznie krzyczeć i rzuci się w dzikim pędzie na kraty albo zacznie obijać o ściany.

Po skrzywieniu się na jej widok usłyszałam ciche dźwięki wydawane przez przebudzającą się dziewczynę. Miała piękne, złote warkocze, które były trochę ubrudzone przez wszystko, co przykleiło się do nich od syfiastej podłogi. Minęłam ją i podeszłam do żelaznych mocowań. Mężczyzna kiwał się na krześle, mając zamknięte oczy. Wyglądało jakby próbował wypoczywać.

- Przepraszam - powiedziałam.

Nie uzyskałam żadnej odpowiedzi. Powtórzyłam słowo parokrotnie, ale również zostałam zignorowana. Przyjrzałam mu się dokładniej i jak na moje oko nie miał nawet dwudziestu lat.

- Nikt nie nauczył cię, gówniarzu, szacunku dla starszych - warknęłam w końcu.

Otworzył oczy i spojrzał na mnie pogardliwym wzrokiem. Wstał z krzesła i podszedł, zatrzymując się tuż przede mną. Biła od niego aura pewnego siebie faceta, którego trudno czymkolwiek zranić.

- Nie wiem, jakich zasad uczyła cię mama, ale wiedz, że każdy świat ma własne. Twoje tutaj się nie sprawdzają. Więc wracaj w kąt i siedź grzecznie, bo muszę się wyspać przed porankiem.

Ostry ton jego głosu, dźwięczał w moich uszach. Spojrzałam na swoją szczelnie obandażowaną dłoń i przytrzymałam ją lewą ręką, bo poczułam złowrogi ból.

- Nie odpadnie, no nie? - zapytał całkiem poważny. - Inaczej możemy nie dostać za ciebie odpowiedniej zapłaty.

- Okup? Kogo chcecie szantażować?

- Głupie pytanie. Sekou Shorrock jest bogatym kupcem.

Na mojej twarzy wykwitł uśmiech. Zdradziecki i trochę szalony, lecz nie za głośny śmiech wyrwał się z moich ust. Wprawił on porywacza w konsternację i nerwowość.

- Naprawdę myślisz, że dadzą wam za mnie jakiekolwiek pieniądze? Jeśli tak, jesteś naiwny. Mogliście porwać moją siostrę, może wtedy miałoby to rację bytu. Wiesz - mówiąc to zbliżyłam twarz do krat jeszcze bardziej, tak, że znajdowałam się teraz tylko w kilkucentymetrowym odstępie od jego - podejrzewam, że sprawiliście im wielką radość, zabierając mnie stamtąd. Oraz że macie chujowych informatorów.

- Masz szczęście, że jesteś kobietą - wycedził przez zaciśnięte zęby i wyszedł przez jedne z drzwi.

Opadłam bezwładnie na zimną posadzę. Obrzydliwy brud przyczepiał się do mnie w coraz większej ilości. Dopiero teraz z opóźnieniem dotarł do mnie strach o własną przyszłość. Czy zabiją mnie, jeśli nie uzyskają założonych środków? Sprzedadzą? Może tylko wyrzucą gdzieś na ulicę? Nie, to byłoby niebezpieczne dla ich szajki. Zresztą nie miałam ochoty wracać do miejsca, w którym byłam. To i tak nie miało żadnego znaczenia.

- Wszystko w porządku? - zapytała Złotowłosa.

- Tak.

- Nie powinnaś tego robić. Mogą być niebezpieczni - powiedziała klękając obok mnie. Miała cienki i cichy głos dziecka, pasujący do jej urody i, wydawało mi się, charakteru. - Jestem Gloria.

- Kimya.

- Egzotyczne imię. Babcia powtarzała mi kiedyś, że Gloria znaczy zwycięstwo...

Nie rozmawiałyśmy już więcej, ale razem położyłyśmy się spać. Niestety nie minęło zbyt dużo czasu, kiedy obudził mnie silny ból brzucha. Niezwykle ciężki i uporczywy. W dodatku czułam, że jest mi strasznie gorąco. Mięśnie nóg oraz serce drżały w niekontrolowanym rytmie. Gloria podniosła się i zaczęła potrząsać moimi ramionami.

- Masz strasznie rozszerzone źrenice. I jesteś cała czerwona.

- Podejrzewam, że potrzebuję alkoholu... - wycedziłam.

- Co tam się dzieje? - zapytał pilnujący nas mężczyzna. - Co ona, do cholery, wyprawia?

- Ona potrzebuje pomocy! - krzyknęła Gloria.

- Pewnie symuluje, żeby wyjść. Nic jej nie będzie.

Stanęłam na równych nogach, biorąc kilka bardzo głębokich oddechów. Odsunęłam od siebie dziewczynę i po raz kolejny poszłam na spotkanie z niewyrośniętym porywaczem.

- Słuchaj, jest MAŁY problem - powiedziałam, akcentując trzecie słowo. - Potrzebuję alkoholu. Inaczej prędzej wam tu zejdę niż w ogóle wiadomość o okupie dotrze do tego dupka, męża mojej siostry.

- Czy ty sobie, kurwa, kpisz? Wyglądam ci na barmana?

- A ja na abstynentkę?!

Moja drażliwość spowodowała, że podniosłam głos. Ręce zaczęły mi drżeć i coraz trudniej mi się oddychało. Musiałam usiąść, bo stanie na równych nogach, było dla mnie zbyt męczące. Pierwszy raz zmagałam się z takimi objawami. Mimo tego wiedziałam, że gdy się napiję, wszystkie ustąpią.

- Rivaille, co tam się dzieje? - zapytał jakiś inny facet, który wyszedł zza drewnianych drzwi. Odruchowo spojrzał na mnie z pewnym politowaniem. Miał duże, głęboko osadzone oczy w kolorze ciemnego brązu oraz włosy zaczesane na lewy bok w podobnym odcieniu.

- Kto by pomyślał, że jesteś alkoholiczką - powiedział całkiem spokojnie, podchodząc do mnie.

- Również miło mi poznać - odpowiedziałam ironicznie.

- Zamknąłbym ją w jakiejś izolatce, Morgan - warknął Rivialle.

- Nie chcemy skrzywdzić naszego gościa. Powinieneś nauczyć się delikatności. Jesteś zbyt porywczy. Preferujesz mocniejsze czy słabsze alkohole?

- Nie jestem koneserem. Po prostu lubię pić.

- To niedobrze. Pozwolę ci zasmakować mojego koniaku. Rivaille, przynieś dwie szklanki. Możesz również się poczęstować, jeśli chcesz.

W ten sposób dostałam szklankę koniaku, a później butelkę czerwonego wina ze średniej półki. Popijałam nim poranną dawkę czerstwego pieczywa, czasami rozmawiając z Glorią. Strażnicy się zmieniali. W sumie naliczyłam trzech. Każdy z nich posiadał zupełnie inne podejście do więzionych. Ignorancja Rivaille'a była najmilszą z tych wszystkich odmian.

Dziecko zostało oddane po dwóch dniach. Również przyszło tutaj jako zakładnik i zostało porwane dla okupu, co wywnioskowałam z rozmowy zbirów. Przerażona dziewczyna została gdzieś zabrana po pięciu dniach, gdy próbowała przegryźć sobie język i zaczęła strasznie krwawić, brudząc klatkę jeszcze bardziej. Gloria rozmawiała z nią wcześniej. Niewiele dało się z niej wyciągnąć. Jednak sądziłyśmy, że najprawdopodobniej ktoś ją sprzedał i szukali dla niej kupca.

- Więc ty jesteś złapaną sierotą - mówiłam, trzymając w rękach butelkę jakiegoś bimbru.

- Tak. Moja matka była prostytutką. Urodziła mnie i porzuciła w jakiejś uliczce. Cudem znalazła mnie starsza kobieta. To ona mnie wychowała. Nazywałam ją babcią, a nie mamą przez jej wiek. Zmarła jakiś czas temu, wtedy trafiłam na ulicę. Nawet się nie opierałam temu porwaniu. Tu mam kąt i jedzenie, którego brak na ulicy.

- Skąd wiesz, że twoja matka była dziwką?

- Prostytutką - poprawiła mnie. - Miałam kiedyś spotkanie z nią i jej klientem twarzą w twarz. To dłuższa historia, niewarta opowiadania.

- Ciekawe czemu skupują ludzi skoro również ich porywają? - zadawałam wciąż kolejne pytania, głośno w ten sposób myśląc.

- Czasem mają jakąś wartość, której nie ma osoba porwana z ulicy. A być może źle strzeliłyśmy. Któż to wie?

W tamtym momencie podszedł do nas Rivaille, choć na zmianie siedział ktoś inny. Odesłał go jasnym gestem i usiadł na krześle bacznie się przyglądając.

- Ty w złotych lokach miałabyś duże wzięcie na czarnym rynku. A ty - zwrócił się do mnie - niezbyt. Brak ci tej urody, której poszukuje większość z tych otyłych gości.

- Jakoś nie żałuję - odpowiedziałam sarkastycznie.

- Wiesz, nie mamy zamiaru cię tu trzymać, a niestety twoja rodzina się do ciebie nie przyznaje i chyba zostałaś skazana na banicję.

- To ogarnij mi coś.

- Słucham? - zapytał, lekko rozszerzając wąskie oczy.

- Znajdź mi dobrą pracę u was. I tak nie mam co zrobić z życiem. A w ten sposób zadowolimy dwie strony - ja się czymś zajmę, a wam przyniesie to pożytek.

- Myślisz, że 'ot tak' zostaniesz przyjęta? I co to w ogóle za pytanie?

- To nie jest pytanie - powiedziałam. - To prośba.

*****


Jeszcze tego samego dnia Gloria została przeniesiona do sekcji obok. Pracowała jako barmanka, tancerka lub prostytutka w zależności od okoliczności i dostępności innego personelu. Mnie w tym samym czasie wzięto do tej samej sekcji, lecz zupełnie innego pomieszczenia. Był to spory pokój z kamiennymi ścianami i twardą, drewnianą posadzką. Na jego środku znajdował się podest w kształcie kwadratu, prowizorycznie oddzielony linką. Kazano mi na niego wejść. Wokół było mnóstwo mężczyzn i kilka kobiet. Wszyscy ustawili się dokoła. Niektórzy przepychali się bliżej, by mieć lepszy widok. Zaraz po mnie na ten ring wyszedł Rivaille. Trzymał w dłoniach dwa identyczne noże, z czego jeden rzucił mnie. Złapałam go prawą ręką, która zdecydowanie odczuła ból.

- Słyszałem, że chciałaś posadkę? - mówił mężczyzna, który wcześniej dawał mi koniak. - Jestem Morgan. Stwierdziłem, że damy ci szansę. Wiesz, to nie takie proste i nie mamy braków w personelu, rozumiesz? Wszyscy tu zgromadzeni są częścią tej rodziny i wspólnie zadecydowaliśmy, że musisz się w czymś wykazać. Znasz już Rivaille'a, prawda? - zapytał wskazując na niego dłonią, trzymającą grube cygaro. - Ostatnio ma mało pracy, martwimy się, że wyjdzie z wprawy.

W tym momencie rozległ się cichy śmich na sali, nie przeszkadzający jednak Morganowi mówić dalej.

- Jeśli pokonasz Rivaille'a w walce - kontynuował mężczyzna - damy ci posadkę. Musisz jednak wiedzieć, że nie mieliśmy tu jeszcze nikogo, kto potrafiłby lepiej manewrować tym maleństwem.

- Czy ktokolwiek wziął pod uwagę, że jestem kontuzjowana? - zapytałam.

- To jest życie, dziecino - odpowiedział Morgan. - W nim nikt nie pyta się o to, ile wycierpiałaś, czy co ci dolega. Albo żyjesz, albo robisz miejsce dla kogoś bardziej pożytecznego.

Zaśmiałam się, prychając na koniec. W końcu zrozumiałam. Ci wszyscy ludzie chcieli się rozerwać, a przy okazji mnie pozbyć. Kontuzjowana kobieta alkoholiczka kontra płatny morderca. Wynik był dla nich oczywisty.

- Nie interesuje mnie to - powiedziałam. - Nie obchodzi mnie, kim jesteś, konusie. Nawet jeżeli będę musiała cię zabić. Jeśli to walka o życie, na pewno jej nie przegram.

Nóż wypadł mi z prawej dłoni, co spowodowało kolejną falę śmiechu na sali. Rozdarłam spódnicę, ponieważ w zbyt wąskiej i długiej, nie mogłabym się wygodnie poruszać. Zdjęłam też niewygodne buty, by pewniej trzymać się powierzchni. Podniosłam nóż lewą dłonią. Nie zrobiłam tego tylko i wyłącznie ze względu na ranę prawej ręki.

- Powinien to załatwić dosyć szybko - słyszałam głosy w tłumie. - Niezbyt długo nacieszymy się walką.

Usłyszałam charakterystyczny gong, po czym zaczęliśmy krążyć po zewnętrznych polach ringu. Natarcie Rivaille'a było szybkie, zwinne i bezszelestne. Odpierając jego atak dopiero przyzwyczajałam się do tego tempa.

- Jest leworęczna? - zapytał ktoś inny.

Od dzieciństwa miałam ten problem. Chwytałam przedmioty i posługiwałam się obiema dłońmi naprzemiennie. Mówiono, że będę mieć z tego powodu kłopoty. Jednak ja nie miałam żadnych - dobrze odróżniałam prawą stronę od lewej, nie ubyło mi też zwinności. Gra na pianinie tylko doszlifowała tę umiejętność.

Uśmiech na twarzy mężczyzny, który próbował mnie trafić w serii szybkich ciosów, nie informował o pewnym zwycięstwie, a raczej o radości, wynikającej z równej walki. Pochyl się, przesuń w prawo, lewo, do tyłu, zaatakuj, odskocz, przesuń w lewo... - ciąg takich krótkich informacji przechodził przez moje myśli. Często działałam na bazie antonimów - jeśli Rivaille robi krok do przodu, ja cofam się. Jednak czasem dublowałam jego posunięcia i wtedy dochodziło do starcia. W trakcie kilkunastu takich potyczek zostałam zraniona w prawe przedramię. Rivaille wyszedł bez szwanku. Jeśli nie mogłam równać się jego umiejętnością musiałam zaczekać na okazję, która mogłaby zrodzić pomysł na wygraną.

Kiedy zbliżał się do krawędzi podestu, zaatakowałam, błyskawicznie rzucając nóż w kierunku jego stopy. Mężczyzna odruchowo cofnął stopę i spadł na niższy poziom, obijając się plecami o brudne od zaschniętej krwi, drewniane belki. Skoczyłam na niego, wytrącając nóż z dłoni i łapiąc oburącz za gardło. W tym momencie wszyscy stojący w pobliżu ludzie wyciągnęli broń, celując nią we mnie.

- Jak widzisz nasza grupa jest dosyć zgrana - nikt nie pozwoli umrzeć druhowi, podczas gdy obcego zabijamy bez zastanowienia - mówił Morgan, zbliżając się do nas. Tłum ustępował mu miejsca. - Jednak panowie - zwrócił się do ludzi wokół, podnosząc głos - to była równa walka.

Morgan podał mi lewą dłoń i pomógł powstać. Rivaille prychnął, otrzepując z siebie brud.

- Witam w Rocky Castle.

- Hej, hej!

Ktoś szturchnął moje ramię, a potem zaczął nim trząść. Był już ranek, a ja obudziłam się na krześle tuż przed więzienną celą. Przespałam prawie całe stróżowanie. Na szczęście żadnej z dziewczyn nic nie było.

- Nie wypłaciłabym się za nie - mruknęłam do samej siebie.

Obok mnie stał Hugo. Stęchlizna biła od niego na kilometr. Nie przeszkadzało mi to jednak, ponieważ rzucił na moje kolana butelkę rumu. Wstałam rozciągając się we wszystkie strony. Gloria najwidoczniej musiała wrócić do pokoju, ponieważ nie było jej nigdzie wokół.

Kilka pierwszych łyków alkoholu stanowiło moje poranne śniadanie. Do tego papieros, także cudzy, bo Hugo zawsze dostarczał mi wszystkie potrzebne do życia rzeczy, gdy brał zmianę po mnie. Był dla mnie jak brat - często graliśmy w pokera przy dobrej whiskey. Nigdy za to nie rozmawialiśmy o pracy - poza wspólnym pilnowaniem więźniów przed różnymi samookaleczeniami, nie mieliśmy wspólnych zajęć. Z tego, co się orientowałam często wykonywał brudną robotę i zajmował się kradzieżami lub sprzątaniem.

- Dostawa broni od żandarmerii! - krzyknął chłopak, który czasami współpracował z nami i zajmował się dostarczaniem nam przesyłek. Zawsze uważałam, że nie nadaje się do tej roboty.

- A, jasne - powiedziałam, podchodząc do niego. - Ja odbiorę.

- Przepraszam panią, ale potrzebuję potwierdzenia z góry - mówił pokornie.

- Ech, od kiedy? Hugo - krzyknęłam, obracając się. - Kto miał się tym zająć i czemu, do chuja, go tu nie ma?

W tym momencie wszedł Rivaille, przepychając się przez młodzika, stojącego w wejściu. Wyglądał jakby nie spał całą noc i był na jakimś zleceniu.

- Ja miałem się tym zająć.

- Niedługo zarośniesz niczym drwal. To już pracoholizm - odpowiedziałam i pomachałam butelką rumu.

- Lepiej idź się przespać. Za sześć godzin chcę cię widzieć na górze. Mamy do omówienia szczegóły misji.

*****


Obudziłam się dziesięć minut po umówionym czasie w swoim pokoju. Większość z nas mieszkała w tym samym domu, w którym znajdowały się piwnice naszej pracy. Był to ogromny budynek należący do większej organizacji, który istniał pod szyldem wystawnego hotelu. Dla wybranej grupy istniało wiele wyrafinowanych rozrywek zakazanych przez prawo, które udostępnialiśmy im za drobną opłatą. Choć żyłam tu już od prawie trzech lat, wciąż czułam się niedoinformowana. Nie znałam wszystkich ludzi, zwłaszcza tych będących nad nami, a czasem nawet praca, jaką wykonywałam wydawała mi się obca. Jednak każde zlecenie przeprowadzane z Rivaillem napawało mnie nową porcją adrenaliny. Wciąż czułam się podekscytowana na myśl o wyjściu na miasto, doborze i ostrzeniu sprzętu czy przyczajaniu się na potencjalną ofiarę. Moje wszystkie zmysły wydostawały się z tych ciasnych murów miasta i próbowały doznać czegoś więcej poza wszechobecnym strachem.

- Cholera, dwadzieścia minut po czasie - mówiłam do siebie, wychodząc z pokoju i biegnąc piętro niżej do Rivaille'a.

Wchodząc do minimalistycznie urządzonego pomieszczenia, w którym każdy pyłek kurzu był niszczony w tempie szybszym niż jego ciosy, widziałam zdenerwowaną twarz mężczyzny.

- Miałaś zatwardzenie? - zapytał na powitanie, trzymając w dłoni swoje ulubione i jedyne papierosy, które czasem palił.

- Daruj. Właściwie od kiedy stałeś się takim pedantem? - zmieniłam temat i przysiadłam się do stolika, przy którym siedział. Okno było otwarte na oścież i tylko cienka, biała firanka unosiła się na wietrze.

- Broń jest czystsza. Może też bardziej elegancka. Zazwyczaj słyszę, że powinienem się na nią przerzucić. Ja jednak wolę noże. Dają ci bezpośrednie zetknięcie z drugim człowiekiem. Łatwiej jest przyjąć do świadomości, że pociągnąłem za spust, a trudniej, że zabiłem. Nóż zabija bezpośrednio, a broń jest pośrednikiem między zabójcą a ofiarą. Lecz kiedy wracasz ze zlecenia, używając zwykłego ostrza, może się okazać, że całe twoje ubranie pokryte jest we flakach i krwi - mówił, patrząc za okno na kamienną fontannę, wystawioną przed budynkiem. - Wtedy zaczynasz panicznie oglądać się we wszystkich szybach i lustrach w poszukiwaniu każdej najmniejszej plamy, brudu, zapachu, jakiegokolwiek śladu, który mógłby naprowadzić kogokolwiek na twój trop. Nie możesz sobie na to pozwolić. Niewybaczalne...

Nie wykrztusiłam słowa.

Pierwszy raz odkąd go znam powiedział coś tak długiego o sobie. Moje oczy przypominały dwie połówki pomarańczy i jakby mogły to wypadłyby, a potem poturlały się po tej krystalicznie czystej podłodze.

- To jest mapa - rzucił na stół dużą porcję papieru z miastem znajdującym się w zachodniej części muru Siny. Nasze leżało w południowej. - Tam ma znajdować się cel.

- Czemu nie załatwią tego ludzie z tamtej grupy? Przecież mamy filię prawie w każdym większym mieście.

- Mają problem. Ich skrytobójca kipnął przy ostatnim zleceniu. Od dłuższego czasu nie mogli znaleźć nikogo porządnego. Są z nami w najlepszych stosunkach, a Moragn chyba wisi im jakąś przysługę, więc rozumiesz...

- Rozumiem, że my mamy mu ją oddać. Jasne.

- Z informacji, które udało ci się wtedy wyciągnąć od tego starucha wynika, że musimy wyruszyć zaraz po obiedzie - mówił Rivaille, gasząc papierosa w szklanej popielniczce. - Mamy przygotowany nocleg w hotelowym pokoju. Akcja ma się zacząć o 5:45 rano.

- Wszystko jasne - powiedziałam, częstując się postawioną na stole whiskey, którą Rivaille często pił przed naszymi zleceniami.

- Największym problemem będzie zjazd paru innych szych w tym czasie. Hotel ma być dosyć tłoczny. Będziemy musieli jakoś ominąć tę przeszkodę. Oczywiście na stanowiskach hotelowych znajdą się tylko zaufani ludzie z grupy szefa, którzy będą służyć nam pomocą.

- Liczyłabym na jakiś męski striptiz i butelkę koniaku z 760 roku - powiedziałam,chcąc rozluźnić atmosferę.

- Jak zwykle mało wymagająca - powiedział, lekko unosząc kącki ust i wznosząc szklankę do toastu. - Żebyśmy nie zgadzali się tak pokornie na wszystkie zalecenia z góry.

- I za to, żebyśmy przeżyli - dodałam, a zaraz potem stuknęliśmy się brzegiem szklanek.

*****


Wyjechaliśmy zgodnie z planem prywatnym powozem naszego szefa. Podróż minęła nam dosyć szybko, głównie na powtarzaniu całego planu i dopracowywaniu szczegółów.

- Renaud Weisman - powtarzałam w pamięci. To był mój główny kłopot w tej robocie - miałam trudności z zapamiętanie imion, nazwisk a także twarzy ofiar. Musiałam wielokrotnie przywoływać cel w pamięci, by go dobrze później zlokalizować.

- Tylko nie rzuć się na kogoś innego - skwitował Rivaille, po czym odwrócił twarz w kierunku okna, obserwując widoki bezkresnych pól.

- Nie moja wina, że większość ludzi zlewa mi się w jedną masę - odpowiedziałam z wyrzutem i także do końca podróży wpatrywałam się w krajobraz na zewnątrz powozu.

*****


Chmury zawieszone na niebie tworzyły gęstą zasłonę. To z ich powodu noc nadeszła szybciej. Ciemne ulice miasta rozświetlane były jedynie przez drobne lampki i kilka wysokich latarni przy głównych alejach. Zawsze marzyłam, by zostać latarnikiem. Chciałam nosić te wysokie, długie sztyce, łazikować wieczorami, rozpalać pochodnie i rozdawać światło. Wszystkim na ulicy mówiłabym 'dzień dobry', bo wszystkich bym znała przez codzienne chodzenie tymi samymi alejkami. Widziałabym każdą najmniejszą zmianę w życiu miasta.

- Kimya! Ej! - potrząsnął mną Rivaille, gdy staliśmy przy tylnych drzwiach hotelu. - Obudź się ze snu!

Potrząsnęłam głową, by wyrzucić z niej zbędne marzenia. Naprzeciwko nas stała kobieta ubrana w ciuchy pokojówek. My mieliśmy na sobie poncza podobne do wojskowych z nałożonymi kapturami. Kobieta sprawdzała nas przez chwilę, po czym zaczęła prowadzić bocznymi korytarzami hotelu, przeznaczonymi głownie dla służby, aż na sam dół. Kolejny wielki budynek z drewnianymi podłogami i kremowym tynkiem na ścianach.

- To tutaj - powiedziała, wprowadzając nas do pokoju w kamiennej, zimnej piwnicy. Znajdowały się tutaj trzy łóżka ze świeża pościelą, biurko i mała, wąska szafa na ubrania. Poza tym były jeszcze jedne drzwi. - Wysprzątaliśmy pokój tuż przed waszym przybyciem ze względu na prośbę pana Morgana.

- Nawet tutaj jesteś znany ze swojej fobii - zaśmiałam się z Rivaille'a, który nie zwrócił uwagi na moją złośliwą uwagę.

- Klucze zostawiamy na biurku. Za drzwiami jest łazienka - dodała pokojówka. - Jedzenie...

- Nie trzeba nam już nic więcej - przerwał jej Rivaille.

- Szef czeka na was w pokoju na końcu tego korytarza.

Dziewczyna skłoniła się nisko i wyszła, zamykając za sobą drzwi.

Rzuciłam małą walizkę, którą ze sobą miałam oraz ponczo na łóżko.

- Ale środki ostrożności mają niezłe - powiedziałam, gdy mężczyzna wieszał ponczo na jednym z wieszaków w szafie. - Nikt nas nie widzi, nikt nas nie zna. Pewnie gdybyśmy poszli tym korytarzem kawałek dalej trafilibyśmy na jakąś imprezę. Prawie jak w domu, no nie?

Rivaille zignorował mój wywód oświadczając jedynie, że musimy iść załatwić resztę formalności.

*****


Dolf Chinn, zarządzający całym tym burdelem, zgadzał się z każdym naszym słowem. Trzeba było przyznać, że wysoce różnił się od naszego Morgana, szczwanego lisa, który myślał, patrząc daleko w przód. Miałam wrażenie, że Morgan coś knuje i nie jest to tylko zwykłe zlecenie, jakie zazwyczaj miewamy. Dlatego, gdy wróciliśmy do naszego pokoju i usiedliśmy na łózku obok siebie, podzieliłam się z Rivaillem tymi wątpliwościami.

- Tak, możesz mieć rację. Coś tu śmierdzi na kilometr. Morgan... - mówił, ale jego głos w końcu ucichł.

- Morgan jest niesamowity. Nawet ty się zmieniłeś. Zaufałeś mu, a kiedyś wykonywałeś zlecenia tylko po swojemu. Przecież stąd wynikały nasze problemy we współpracy. Zawsze chciałeś robić wszystko tak jak sam chcesz. Byłeś wyszczekanym chłopcem spuszczonym ze smyczy - zaśmiałam się na koniec.

- Daj sobie już spokój - rzucił oschle, jednak wiedziałam, że nie jest zły.

- Oj, no, powspominajmy stare czasy. To jak łamałeś serca naszym prostytutkom, sypiając z nimi i później odrzucając ich wyznania. Wiesz, co musiałam przejść z Glorią? Albo jak wyzwałeś Morgana na pojedynek na gołe pięści, kiedy piliśmy czystą i nazwał cię skrzatem. Jak powaliłeś Hugo, który jest od ciebie trzy razy większy. Jak asekurowałam cię przy podnoszeniu ciężarów i raz, gdy mnie wkurwiłeś specjalnie upuściłam ci sztangę na klatę. Ha, prawie mi tam zszedłeś.

- Kimya, daruj sobie - mówił, sięgając po butelkę burbonu, którą na pożegnanie dał nam Chinn. - Kto niósł cię do łóżka, jak wypiłaś tyle, że ledwo cię później odratowaliśmy. No i przepraszam, a jak paradowałaś w samych majtkach, bo ograliśmy cię w pokera i nie chciałaś płacić. Albo ile razy przegrałaś ze mną pojedynek na noże.

Zaśmiałam się. Rivaille także trochę się rozluźnił. Kilka szklanek burbonu sprawiło, że czułam się lżejsza.

- Myślisz, że Morgan nie przesadza ostatnio - mówiłam, potrząsając szklanką. - Słyszałam, że miał ostry zatarg z kimś wyższej rangi. Sav to idiota, ale nawet on ostatnio chodzi zaniepokojony sytuacją.

- Morgan chyba naprawdę chcę się połaszczyć na wyższe stanowisko. Może mieć w planach wygryzienie Dolfa i przejęcie tego interesu.

- Czyli też tak myślisz - westchnęłam, dolewając sobie alkoholu. - Zresztą ten grubas, Chinn, był zbyt pokorny. Coś mi tu nie pasuje Rivaille.

- Na razie to nie nasza sprawa, przecież wiesz Kimya.

Położyłam głowę na jego niewzruszonym ramieniu, przymykając oczy ze zmęczenia. Zrobiło mi się cieplej, skóra na moim ciele prawie zaczęła parować od tego ziemnego powietrza, krążącego w pomieszczeniu.

- Zaczynam mieć dziwne myśli - mówiłam cicho. - Wiesz, o piekle, o tym, czy to, co robię jest właściwą drogą, o tym, ile jeszcze pożyję i dlaczego...

Nagle dłoń Rivaille'a zamknęła mi usta. Mocno docisnął ją do mojej twarzy, a gdy wyprostowałam się i spojrzałam w jego stronę, on szybko pocałował mnie, a właściwie swoją rękę, którą zakrywał moje drżące wargi. Mieszanka adrenaliny, łączącej się z jutrzejszym zleceniem i obecną dwuznaczną sytuacją dała mi się we znaki. Odskoczyłam od Rivaille, patrząc na niego niepewnie. Mogłam nie przejmować się obcymi, nieznanymi mi mężczyznami, z którymi czasami spędzałam całe noce, ale Rivaille nie był mi obcy. Znałam go i to nawet dobrze. Zawsze starałam się patrzeć na niego jak na brata, a nie kochanka. Moje emocje trzymałam na krótkiej smyczy, ponieważ z łatwością opanowywały całe ciało i umysł, siejąc spustoszenie. To właśnie je zapijałam litrami alkoholu, wyobrażając sobie, że to właśnie one wypalają się pod wpływem stężenia procentów, a nie moja wątroba. Stąd bez trudu zaspokajałam swoje popędy, wykorzystując nieznane mi osoby, nie angażując się emocjonalnie i trzymałam z daleka od osób, na których mi zależało.

- Nie martw się - powiedział Rivaille. - Nie posunę się dalej.

Milczałam. Nie miałam zamiaru opowiadać mu o własnych problemach emocjonalnych. Wedle obietnicy, mężczyzna odsunął się ode mnie, po czym znów zaczęliśmy rozmawiać tak jakby nic nie miało miejsca. Zasnęliśmy obok siebie po wypiciu całej butelki, przykryci jedną kołdrą niczym prawdziwe rodzeństwo.

Obudziłam się przed piątą, ale Rivaille i tak wstał wcześniej. Słyszałam jak brał prysznic. Sama czułam się niezwykle wypoczęta mimo dosyć krótkiego snu. Przywitałam dzień papierosem i butelką wytrawnego wina przywiezioną w swoim bagażu, zawierającym głównie butelki wypełnione alkoholem. W tym czasie usłyszałam pukanie i głos wczorajszej pokojówki. Wpuściłam ją do środka.

- Przyniosłam śniadanie - powiedziała.

Rivaille właśnie wyszedł spod prysznica owinięty kremowym ręcznikiem. Dziewczyna zarumieniła się i spuściła wzrok. Spojrzałam na nią, uśmiechając się pod nosem.

- Ach, ta młodość - odpowiedziałam. - Zostaw to, co tam masz na biurku i jesteś wolna.

Posłusznie wykonała rozkaz, nie patrząc w ogóle w stronę siedzącego na łóżku mężczyzny, który wycierał swoje mokre włosy. Gdy tylko zamknęła za sobą drzwi usiadłam i spojrzałam na jedzenie.

- Chleb i jakaś rozrzedzona zupa z warzywami, do tego kilka plastrów sera i szynki. Dosyć hojnie, nie sądzisz? - zapytałam i chwyciłam plaster mięsa.

Rivaille stanął za moimi plecami i spojrzał uważniej na szynkę oraz całą resztę jedzenia.

- Wstrzymaj się z wkładaniem tego do ust, dobrze ci radzę. Nie ufałabym temu, co nam podają.

- Niby czemu? Chcą nas wykończyć? - zapytałam, odkładając jedzenie.

- Powęszyłem trochę w nocy i poukładałem to wszystko w sensowną całość. Chyba wiem, co się święci - powiedział, chodząc po pokoju i się ubierając. Zrzucił ręcznik bez żadnego skrępowania i zaczął nakładać swoje ubranie. - Lepiej też się ubierz. Wyjaśnię ci to w trakcie.

Posłuchałam go, również rozbierając się i zaczynając wkładać kolejne części garderoby.

- Pamiętasz, że nasz cel miał przyjechać tutaj około trzeciej trzydzieści w nocy, a za dziesięć szósta wyjeżdżać stąd swoją prywatną dorożką, prawda? Byłem to sprawdzić. Wprawdzie ktoś przyjechał tutaj około godziny w pół do czwartej, jednak to nie był Weisman. Wyglądał jednak prawie tak jak on.

- Masz sokoli wzrok - przerwałam mu, zakładając czarny golf z krótkim rękawem.

- Taaa, mam. I w przeciwieństwie do ciebie szybko zapamiętuję twarze ludzi. Tak czy inaczej, ten człowiek musi być podstawiony.

- Ale jaki to ma związek z jedzeniem? - zapytałam.

- Do trzech razy sztuka. Najpierw myśleli, że wczoraj pójdziemy się zabawić, a tam zapewne ktoś wszcząłby z nami burdę i nas zaszlachtował. Nie pamiętasz Dolfa i jego: 'wszystko jest do waszej dyspozycji'? Nie zrobiliśmy tego, więc zapewne podtruli jedzenie. Ta pokojówka nie zarumieniła się, ponieważ zobaczyła męską klatkę. Po prostu się mnie przestraszyła, a fala ciepła związana jest z podwyższonym ciśnieniem krwi ze stresu. Widziałem ją dziś w nocy razem z innym mężczyzną. Jestem pewien, że kazali jej puścić się za kilka gram silnych narkotyków, którymi nafaszerowali żarcie. Znam tego gościa, jest dealerem - jeździ po całym terenie w murach Sina w zależności od tego, gdzie ma klientów. Poza tym wyraziłem się wczoraj jasno w naszej rozmowie - nie potrzeba nam nic więcej. Nie chcemy jedzenia, a ona jednak je przyniosła. Ponieważ musiała to zrobić.

- Czyli to były dwa razy, a trzeci? Trzecie usiłowanie morderstwa?

- Będzie niedługo. Ten podstawiony facet będzie się miał nas pozbyć. Specjalnie nas tu wysłano. Zapewne teraz plądrują cały hotel Morgana. W końcu nie ma tam już jego zabójców. Możliwe, że leży trupem razem z resztą pracowników.

- Mówisz serio?

Przestraszyłam się. W końcu to nie było zwykłe zlecenie. Poza tym w takim razie nie mielibyśmy już gdzie wrócić. I Gloria...

- Co w takim razie powinniśmy zrobić? - zapytałam, patrząc na Rivaille'a ubranego od góry do dołu w czarne ciuchy, uczesanego i gotowego do starcia.

- W takim razie jesteśmy wolni. Jak tylko się stąd wydostaniemy. To będzie nasza ostatnia wspólna misja - powiedział, wyciągając ostrze i sprawdzając je na kratce papieru. Miejsca cięcia było niezwykle gładkie.

Sama także przygotowałam swój nóż oraz cały pas małych noży przeznaczonych do rzucania na odległość.

- Dlaczego nie zabili nas w nocy? - znów wyszłam z pytaniem.

- Podejrzewam, że nie byli gotowi. Zabójca dopiero jechał. Poza tym wszystkie te jebane spaślaki z wysokich sfer wyjechały już o piątej, a nie szóstej. To było zaplanowane już wtedy, gdy ten stary dureń sprzedawał ci fałszywe informacje. Dałaś dupy za nic.

- Kurwa - przeklęłam głośno. - Zabiję wszystkich po kolei.

- Taki jest plan, Kimya - powiedział Rivaille. - Ale na razie udajemy, że idziemy wykonać zlecenie. Inaczej nie wypuszczą nas z tych piwnic. Wtedy załatwimy tego gościa, a potem, potem... - zaciął się.

- Zejdziemy do podziemi - uzupełniłam jego lukę w wypowiedzi. - Znam kilkoro ludzi. Musimy się tylko tam przedostać.

*****


Wyszliśmy pod pretekstem dokonania zlecenia. Musieliśmy zostawić bagaże, a co za tym idzie, poświęciłam jeszcze dwie butelki dobrego alkoholu. Biegliśmy do tylnego wyjścia. Byliśmy gotowi do ataku w każdej chwili. Nasze zmysły wyostrzyły się kilkukrotnie. Pamiętam jak wielu członków grupy śmiało się ze mnie na samym początku, mówiąc do Morgana, że przyjmowanie alkoholiczki jako płatnej zabójczyni jest głupie, bo wiecznie jestem pijana. Tuż obok faceta, który powiedział te słowa wylądował mój nóż, wbity w ścianę. Morgan zaśmiał się.

- Nie doceniasz pijących, Gon - powiedział szef do mężczyzny, który nie śmiał się już w ogóle, patrząc na mnie ze strachem zmieszanym z podziwem. - Nie przyjąłbym typowego alkoholika codziennie zalewającego się wódką tylko dlatego, by się upić. Nie widzisz tego? Jej silnej woli tak wielkiej, że nawet teraz mogłaby się powstrzymać przed każdą butelką? I to, że procenty płynące w jej krwi nie zaburzają jej rytmu, ale z nim współgrają.

- Kimya! - krzyk Rivaille'a wytrącił mnie ze świata wspomnień. - Za tobą!

Instynktownie uniknęłam ciosu, odskakując w prawą stronę. Byliśmy już na zewnątrz na podwórzu hotelu. Mężczyzna wyszedł zza drewnianych skrzyń ustawionych jedna na drugiej. Tworzyły one pół ściankę, oddzielającą część miejsca. Niebo wciąż było ciemne, lecz nie widziałam gwiazd. Rivaille, nie czekając na mnie podbiegł i ranił napastnika. Jednak szybko zjawiły się posiłki - trzech mężczyzn uzbrojonych również w noże. Agresor wyjął małą broń palną. Zetknęliśmy się z Rivaillem plecami, będąc otoczonymi przez czwórkę barczystych facetów.

- Kurdupel i babochłop. Ciekawe z was kombi - powiedział mężczyzna z bronią. Był łysy i miał pociągłą twarz z wyraźnie zarysowanymi kośćmi policzkowymi. - Moglibyście pracować w cyrku.'

Wszyscy się zaśmieli. Ja również tylko, że z zupełnie innego powodu. Czułam, że Rivaille ma ten sam uśmiech, co ja. Że za tego 'kurdupla' i 'babochłopa' czeka ich marny los.

Położyłam dłoń na nożach do rzucania umieszczonych z tyłu w okolicy nerek w specjalnym pasie, zakrytym czarną kurtką. Zanim facet zdążył nacisnąć spust pistoletu, rzuciłam w jego stronę jeden z noży, który wbił się w lewą dłoń. Broń upadła na podłogę, a w tym czasie Rivaille dopadł jednego z nich, zaczajając się z tyłu i chwytając go za szyję. Nóż wcisnął w samą tętnicę, odskakując w porę z narzędziem w ręku. Chwyciłam pistolet i posługując się nim oddałam kilka strzałów w tym jeden celny w sam środek głowy, nacierającemu na mnie facetowi. Zostało dwóch. Ten od zranionej dłoni zabrał nóż jednemu z trupów i wyszedł naprzeciw Rivaillowi. Wyrzuciłam pistolet, ponieważ skończyły się naboje i powróciłam do swoich zaufanych sposobów. Nie byłam w stanie obserwować Rivaille'a, bo skupiłam się na własnym przeciwniku. Słońce właśnie wschodziło, zalewając niebo żółtym kolorem i światłem z czerwoną poświatą. Wykorzystałam to, że na moment oślepiło mojego rywala i podczas tego rzuciłam dwa noże, które trafiły w jego uda, powalając go na kolana. Podbiegłam od tyłu, by ściągnąć go za ramiona do podłoża. Z hukiem uderzył głową w twarde, chodnikowe płyty. Kucnęłam nad jego twarzą i wbiłam nóż w otwarte usta. Zwinnie opuściłam miejsce zabójstwa, by spojrzeć na moment jak Rivaille siedzi na torsie przeciwnika mającego głęboką raną na prawym przedramieniu. Jego stopa przygniatała drugą dłoń. Twarz oprawcy przyozdabiał ten specyficzny wredny uśmiech i małe źrenice.

- To za kurdupla - powiedział, przerywając nożem lewą tętnicę razem z obojczykiem mężczyzny. Przerażający krzyk rozległ się echem w całym podwórzu. - A to za babochłopa - mówiąc to zrobił to samo z prawym. Został przy tym obryzgany krwią, ale nie mieliśmy czasu, by się tym przejmować.

- Wiejmy zanim przyślą posiłki - krzyknęłam, biegnąc w stronę najbliższego zejścia do podziemi. Rivaille ruszył zaraz za mną.

Biegliśmy, co tchu w zaczadzonych nikotyną płucach. Ulice były puste. Tylko w niektórych miejscach, takich jak piekarnie, z uchylonych okien dobiegały jakieś dźwięki towarzyszące naszym ciężkim oddechom.

Wybiegając z uliczek wciśniętych między budynkami, wychylaliśmy się, sprawdzając którędy powinniśmy biec, by dotrzeć na miejsce. Każda minuta wypełniona była strachem i biciem mojego serca. Widząc zejście do podziemi, dwukrotnie przyśpieszyłam tempo biegu, wyprzedzając tym Rivaille'a.

Sunęliśmy po schodach, przyczajając się na samym dole. Kiedy zobaczyłam wyłaniające się ruiny, służące za mieszkania tutejszym ludziom, pomyślałam, że takie miasto lepiej do mnie pasuje. Teraz szliśmy już wolnym korkiem, rozglądając się wokół. Tutaj nadawałam się ja i moja nieufna postawa, zamknięcie oraz wszystkie spaczone myśli, których doświadczałam.

Długo wędrowaliśmy będąc pod stałą obserwacją pojedynczych jednostek. Czekałam aż rzucą się na nas w poszukiwaniu czegoś cennego, jednak nasz wzrok i krew na ubraniu Rivaille'a mówiły jasno, że nie jesteśmy ani łatwym, ani opłacalnym celem.

Znaleźliśmy mały, obskurny bar na rogu ulic, w którym większość ludzi grała w karty. Mieliśmy przy sobie trochę pieniędzy, które zabraliśmy na podróż. Nie było tego jednak bardzo dużo.

- A wam co jest? - zapytała barmanka, gdy podeszliśmy do lady. Była wysoka, miała długie kręcone loki i męską, kwadratową szczękę. - Wyglądacie jak cienie ludzi. Nie żeby tutaj przychodziły jakieś miss, ale, no, ty koleś - mówiła patrząc na Rivaille'a - wyglądasz paskudnie i cuchniesz flakami na kilometr.

Agresja narastająca w Rivaille'u była ciężka do zniwelowania. Jednak położyłam mu dłoń na ramieniu i zaczęłam wypytywać kobietę o informacje po zakupie szklaneczki whisky.

- Znasz może Nonah? Nonah Jerome?

- A co ci wiedzieć, panienko? - zapytała, patrząc nieufnie.

- Potrzebuję się z nią widzieć. Jest moją znajomą.

- Zostaw kartkę ze swoimi danymi - powiedziała, czyszcząc szklanki brudną szmatą. - Jeszcze dziś ma tu być ktoś od niej. Przekażę to mu i zobaczymy, co z tego będzie.

- Możemy spędzić tu noc? - mówiłam, wypisując na kartce imię i informacje dla Nonah.

- Nie jestem schroniskiem dla bezdomnych, ale jeśli odpowiednio zapłacicie mogę wam coś znaleźć, nawet z dostępem do wody specjalnie dla kolegi.

- Zamknij się już - warknął Rivaille.

- Tyle wystarczy? - zapytałam, pokazując resztę naszych oszczędności.

- Niech będzie - mówiąc to barmanka wzięła monety, chowając je w swój dekolt. - Tędy.

Zaprowadziła nas do małej klitki na górze, w której stała tylko jakaś stara prycza z pledem i balia z zimną wodą. Spojrzałam na to, nie wierząc w to, ile zapłaciłam.

- Za te pieniądze na górze miałabym pobyt w dobrym hostelu, a tutaj dostaję to?

- To nie jest góra, panienko. Przyzwyczaj się do tego.

Już chciała odchodzić, kiedy zatrzymałam ją kolejnym pytaniem.

- Odbywają się tutaj jakieś partyjki pokera, tak?

- Tak. Zawsze przy ostatnim stoliku w rogu. Jeśli myślisz jednak, że to łatwe pieniądze...

- Dzięki - przerwałam jej i zamknęłam drzwi.

Rivaille stał już półnagi wchodząc do balii z wodą. Dołączyłam do niego kilka minut później. Musiał dosyć długo się moczyć zanim zeszły z niego ślady krwi. Pół kostki jakiegoś mydła, zostawionego na brzegu, prawie w całości zużyliśmy na doszorowanie go. Sklejone włosy częściowo trzeba było podciąć. Jego ubranie również wrzuciliśmy do pozostałej wody zabarwionej na czerwono. Patrzyłam jak siedzi owinięty leżącym kocem.

- Zaczekaj tutaj. Niedługo wrócę - powiedziałam.

*****


Minęła prawie godzina zanim znów przekroczyłam próg naszego pokoju. Rivaille drzemał, przełączając się w stan czujności. Rzuciłam mu na łóżko spodnie i koszulkę.

- Wygrałam w pokera. Żebyś widział tego faceta, wracającego do domu na gaciach. O - krzyknęłam, wyciągając pełną butelkę whiskey zza pleców - to także. Będzie na jutro. Opłacało się grywać z Hugo - dodałam uśmiechając się i siadając na pryczy, która zaskrzypiała. Rivaille szybko ubrał ciuchy, które były na niego trochę za duże.

Odczuwałam zmęczenie każdą najmniejszą komórką ciała.

Położyłam się na jednej połowie, odwracając plecami do Rivaille'a i momentalnie zasnęłam głębokim snem.

*****


Obudziłam się z rana w pustym pokoju. Wyciągnęłam ostatniego papierosa z paczki, którą ze sobą miałam, odpalając długimi zapałkami przeznaczonymi do cygar znalezionymi gdzieś obok łóżka. Zeszłam na dół razem z butelką wygranej whiskey, żeby zapytać, gdzie jest Rivaille. Siedziała przy jednym ze stolików razem z młodym mężczyzną. Bar był zamknięty.

- Ten kurdupel, który z tobą był? - poprawiła mnie. - Wyszedł. Kazał ci to przekazać - powiedziała, dając mi kartkę papieru. - A to, to jest właśnie ona - odwróciła się do mężczyzny.

Spojrzałam na niego uważniej, wkładając kartkę do kieszeni.

- Jestem Malchy. Pracuję z Nonah - przedstawił się, wstając od stołu.

- Kimya - odpowiedziałam, podając mu dłoń. - Zgodziła się?

- Tak. Możemy wyruszać od razu.

- Więc chodźmy - skwitowałam, gasząc papierosa o blat stołu.

- Ale... - zapytał niepewnie Malchy.

- Zmiana planów. Mój przyjaciel się nie zjawi.

Odkręciłam półlitrową butelkę z alkoholem i wypiłam na raz prawie jedną czwartą zawartości. Barmanka i Malchy spojrzeli na mnie nie tyle ze zdziwieniem, ile z zaniepokojeniem.

*****


W drodze do Nonah szłam tuż za prowadzącym mnie jej wysłannikiem. Nie rozmawiałam z nim w ogóle. Malchy z narzuconym na twarz kapturem przemierzał ulice, nie patrząc czy idę w odpowiednim kierunku.

Kiedy opróżniłam kompletnie całą butelkę i wyrzuciłam ją z hukiem w boczną uliczkę, sięgnęłam do kieszeni po kartkę, którą zostawił Rivaille. Zgniotłam ją w pięści. Nie musiałam jej otwierać, żeby wiedzieć, co się tam znajdowało. Nie byłam nawet szczególnie zaskoczona. Po prostu nie mogłam się oswoić z myślą o jego odejściu, tylko dlatego, że nie chciałam. Łączyła nas praca. Skończyło się udawanie rodziny czy przyjaciół. Wróciliśmy do bycia wolnymi od czegokolwiek. Ta myśl napełniała mnie nadzieją, ale także strachem. Szybko zdążyłam przywyknąć do burkliwej, agresywnej i trochę cynicznej natury Rivaille'a. Instynktownie dotknęłam noża, przypiętego do mojego uda. Nie miałam czasu, żeby go wyczyścić i naostrzyć. Nie wiem zresztą, czy moja prośba o pracę u Nonah zostanie w pełni zaakceptowana i co będę robić. Być może pożegnam się z tym ostrzem...

Nagle usłyszałam wystrzał z broni, a w mojej lewej nodze poczułam nieznośny ból. Dźwięk dochodził z jednego z okien budynków, obok których przechodziliśmy. Zerknęłam na Malchey'ego, by zobaczyć jak wyciąga nóż używany przez rybaków. Nie miałam czasu na ślamazarne wstawanie, więc z całej siły rzuciłam kilka ostatnich rzutek w jego klatkę piersiową. Opadał na chodnik niczym worek ziemniaków. W tym czasie otrzymałam kolejne dwa strzały tym razem w okolice brzucha. Niezwykły ból, przerażający i chłodny przeszył moje ciało. Czułam jak narządy wewnętrzne wylewają się wewnątrz, pokrywając wszystko posoką i żółcią. Rozrzedzona alkoholem krew ulatywała z każdej rany. Zaczęłam też nią pluć na chodnik. Usłyszałam jednak krzyk mężczyzny i broń, która upadła z pierwszego piętra na ziemię. Chwilę później obok mnie zjawił się Rivaille, który przywlókł moje ciało w pobliską alejkę. Ślady krwi zostawały, tworząc czerwony dywan.

- Ścigają nas - mówił poważnym tonem, marszcząc brwi bardziej niż zwykle. - Nonah współpracuje z Chinnem! Czemu wyszłaś? Nie przeczytałaś wiadomości, głupia?! Przecież napisałem, żebyś nie szła z nimi...

A, więc jednak nie chciał się rozdzielać.

- Co za głupota - bąknęłam resztkami sił.

- Znajdziemy jakiegoś lekarza. Do tego czasu zrobię wszystko, co mogę - mówił, okrywając mnie własną kurtką.

Poczułam krew w gardle, zaczęłam się dusić, plując naokoło. Oczy musiały wyglądać jak u martwej ryby - przeszklone i załzawione. Umazana błotem i wymiocinami, siliłam się na ostatnie słowa.

- Liczyłabym na jakiś męski striptiz i butelkę koniaku z 760 roku - wymamrotałam zachrypniętym głosem, tracąc resztę świadomości.

*****


Koniec.

Dodano: 19.05.2014



comments powered by Disqus

Do góry

Do góry