wróć do spisu opowiadań


"Asasino" autorstwa Solki
"Asasino"
Solka
18 stycznia 2015


*********************************************************
Rozdział 1: "Dom na Kruczym Pustkowiu"
*********************************************************


Huk wystrzału wystraszył kruki siedzące na gałęziach uschniętego świerka. Zerwały się do lotu, by chwilę potem osiąść na kolejnym pobliskim drzewie. W tej okolicy było tych ptaków najwięcej, dlatego też ludzie nazwali ją Kruczym Pustkowiem. Rozległe wrzosowiska były dla nich doskonałym miejscem na żer. Ptaszyska żywiły się wszystkim, co tylko dało się zjeść, począwszy od owoców, a skończywszy na padlinie. Czarnymi bystrymi oczkami obserwowały, co się dzieje dookoła. Po chwili rozległ się przeciągły gwizd. Jeden z ptaków zareagował i zerwał się do lotu. Poszybował w stronę domu, który stał na środku wrzosowiska i niespecjalnie zachęcał, by się do niego zbliżyć, swoim ponurym wyglądem. Obdrapana farba na drewnianych ścianach, skrzypiące okiennice, drzwi z lekko zardzewiałą kołatką w kształcie głowy wilka.

Czarne ptaszysko zatrzepotało skrzydłami i usiadło na ramieniu dziewczyny. Ta podsunęła mu pod dziób jagodę. Chwycił ją zachłannie, prędko przełknął i zakrakał w podziękowaniu. Uśmiechnęła się i palcem pogładziła miękkie pióra kruka. Nie rozumiała ludzkiej niechęci do tych pięknych ptaków. Ci przesądni wierzyli, że kruk zwiastuje śmierć, ale ona nie chciała tego słuchać. Nie wierzyła w ludowe opowieści, uwielbiała te czarne, wręcz majestatyczne ptaki. Nie było jej trudno oswoić jednego z nich. Szybko zaskarbiła sobie jego zaufanie, przylatywał na każde wezwanie. Jej najlepszy przyjaciel uznał, że musi się wywodzić z rodziny czarownic, skoro słucha jej kruk, a jak głoszą legendy, te ptaki zawsze czarownicom służyły, do spółki z czarnym kotem. Zaśmiała się cicho, na wspomnienie miny Ravena, kiedy po raz pierwszy zaznajomiła go z Shadowem – bo tak nazwała kruka. Wspomnienia, takie jak to, były dla niej bardzo ważne i cenne, a życie jakie wiodła, powodowało, że nie posiadała wiele tych pozytywnych.

Usiadła na drewnianych schodach werandy i szczelniej opatuliła się peleryną. Końcówka listopada była niezwykle chłodna i deszczowa. Na wrzosowiskach mgła unosiła się przez całe dnie. Nikt z miasta tu nie zachodził, ludzie obawiali się bezkresu trzęsawisk, bali się zbliżyć do samotnie stojącego domu na środku jednego z nich. Wiedzieli, kto w nim mieszka, a do takich lepiej się nie zbliżać. Mówili o nich „wyjęci spod prawa”, co wcale nie było nieprawdą. Wyrzuceni z miasta, bezprawnie ścigani, tępieni przez władze, uznani niesłusznie za przestępców, osiedli na wrzosowiskach w opuszczonym budynku, który stał się ich domem. Do miasta wracali. Pod osłoną nocy, w przebraniu, by zdobyć żywność czy ubrania. Z czasem te wycieczki do miasta stały się znacznie ważniejsze. Ich przywódca, Xavier, nienawidził tych, którzy wykorzystywali swoje stanowiska i bez mrugnięcia okiem, krzywdzili niewinnych ludzi. Między mieszczaństwem i plebsem szybko rozeszła się wieść, że pewna grupa ludzi pomaga tym bardziej uciśnionym przez władze. Oczywiście, arystokracja bardzo szybko uznała ich za głównych podżegaczy do buntu i postanowiła zlikwidować. Kiedy zginęło dwóch przyjaciół Xaviera, ten uznał, że należy atakować ich własną bronią. Ze zwykłej grupy pomagającej najbardziej potrzebującym, stali się najsławniejszą w mieście czeredą wspierającą słabszych i specjalizującą się w cichych, ale efektownych zabójstwach. Nazwano ich Empty Darkness. Na Kruczym Pustkowiu wiedli spokojne życie banitów, a w mieście siali postrach. Tu, na wrzosowiskach, nikt nie mógł zmącić ich spokoju. Nie mieli twardych dowodów na ich winę. Oddział Stacjonarny był w tym przypadku bezradny…

Tętent kopyt wyrwał ją z zamyślenia. Podniosła głowę i spojrzała w stronę, z której dochodził dźwięk. Zmarszczyła brwi i wstała. Zeszła po schodach. Ruszyła wydeptaną ścieżką w kierunku zbliżającego się jeźdźca. Ten, gdy tylko zauważył idącą w jego kierunku dziewczynę, szarpnął za lejce i zatrzymał konia. Podeszła bliżej, przyglądając się obcemu. Nieufne spojrzenie dziewczyny skrzyżowało się ze stalowym spojrzeniem przybysza. Spoglądał na nią z góry z jakimś dziwnym znużeniem. Nie odwróciła wzroku, patrzyła mu prosto w oczy. Dopiero po chwili dotarło do niej, że nieznajomy miał na sobie mundur Oddziału Zwiadowców. Jakim cudem na takim odludziu odwiedził ich cholerny żołnierz? Zagryzła wargi. Odruchowo dotknęła kabury przyczepionej do paska spodni i wyciągnęła rewolwer, celując w mężczyznę. Nie wiedziała, z kim miała do czynienia, wolała zachować ostrożność. Wyjęci spod prawa nie mogli ufać żołnierzom. Otworzyła usta, by coś powiedzieć, ale nieznajomy ją ubiegł.

– Schowaj broń.

– Jaką mam pewność, że nie zaatakujesz, gdy ją schowam?

– Żadnej – odpowiedział przybysz. – Ale zastanów się. Nie mam sprzętu do trójwymiarowego manewru, po co zatem miałbym atakować? – Dziewczyna omiotła go spojrzeniem. Nie kłamał. Nie był uzbrojony. Przynajmniej nie w sposób widoczny dla oka. Powoli opuściła broń, uważnie obserwując mężczyznę. Jego twarz była jej skądś znana, ale nie mogła sobie przypomnieć gdzie go widziała. Schowała rewolwer do kabury. Gość śledził jej ruchy. Czuła na sobie jego świdrujące spojrzenie. Denerwowało ją to, ale nie dała tego po sobie poznać.

– Po co pan przyjechał? Czego mogą chcieć zwiadowcy od ludzi wyjętych spod prawa?

– Jesteś siostrą Oliviera? – odpowiedział pytaniem na pytania nastolatki. Oczy dziewczyny rozszerzyły się z zaskoczenia.

– Skąd…

– Gdzie jest Xavier? – Nieznajomy nie miał zamiaru niczego wyjaśniać. Wyciągnął niespodziewanie asa z rękawa. Wiedział, że przez to dopnie celu.

– W domu – odpowiedziała. – Skąd pan wie o Olivierze?

– Dowiesz się w swoim czasie. Prowadź do szefa. – Zacisnęła pięści i zagryzła wargi. Nie chciała się wściekać. Ten człowiek wiedział o jej bracie. Być może wiedział również, co się z nim stało. Powoli wypuściła powietrze z płuc i uspokoiła się. Odwróciła się w stronę domu. Nie spiesząc się, ruszyła przed siebie. Przybysz zsiadł z konia i chwyciwszy go za uprząż, poszedł za dziewczyną. Uważnie ją obserwował. Nie ufała mu, ale mimo to, prowadziła go do przywódcy grupy. Wiedział, że spowodowało to pytanie, które zadał chwilę temu. Miał również pewność, że o bracie nie wiedziała nic, poza tym, że zaginął. Gdy zbliżyli się do domu, powiedziała:

– Może pan tutaj przywiązać konia, Shadow chętnie dotrzyma mu towarzystwa. – Wskazała na kruka, który siedział na drewnianej poręczy i uważnie im się przyglądał. Mężczyzna zmarszczył brwi, ale nie skomentował tego. Przywiązał konia i wszedł po schodach na werandę. Kiedy stanął obok dziewczyny po raz kolejny w życiu, odczuł niezbyt komfortowe uczucie. Była wyższa od niego. Ona jednak nie zdawała się tego dostrzegać. Pchnęła drzwi, które głośno zaskrzypiały i weszła do środka. Przytrzymując je, gestem zaprosiła przybysza. Wszedł, rozglądając się ukradkiem po holu. Nie było tu żadnych luksusów. Ot, prosty, drewniany dom, skrzypiący tu i ówdzie ze starości, nieszczególnie zachęcający wyglądem zewnętrznym, by do niego wejść, ale w środku zadbany i czysty. Wyszorowana, prawie do białości, drewniana podłoga i stara, dębowa szafa na płaszcze, dodawała pomieszczeniu swego rodzaju uroku.

– Co, myślał pan, że jak dom z zewnątrz odstrasza, to w środku będzie tak samo? – zapytała, stając obok gościa. – Pajęczyny i wszechobecny kurz? Książki nie ocenia się po okładce, a domu po zewnętrznych ścianach. To często myli. Mam nadzieję, że jest pan mile zaskoczony, zapraszam dalej, że tak ujmę, na salony. – Przeszli przez hol, by wejść do dużego pokoju, w którym znajdował się wielki, kamienny kominek. Ogień wesoło buzował i dawał przyjemnie odczuwalne ciepło. Mężczyzna usiadł dosyć blisko kominka i odruchowo wyciągnął ku niemu zmarznięte dłonie. Obok niego, w fotelu siedział młody chłopak o czarnych włosach z przepaską na lewym oku i drzemał. Dziewczyna podeszła do niego i lekko potrząsnęła za ramię. Otworzył zdrowe oko i spojrzał na nią nieprzytomnie.

– Kay?

– Tak mnie zwą. Gdzie Xavier?

– U siebie.

– Idź po niego. Powiedz, że ma gościa.

– Już, już. – Chłopak potarł oko, przeciągnął się i wstał z fotela. Dopiero po chwili zauważył obecność trzeciej osoby. Skłonił się bez słowa i prędko wyszedł z pokoju. Wrócił po kilku minutach, a wraz z nim do pomieszczenia wszedł wysoki, łudząco do niego podobny, mężczyzna. Podszedł do gościa, wyciągając prawą rękę na przywitanie. Ten odwzajemnił gest i rzucił znaczące spojrzenie na dwójkę nastolatków. Brunet chrząknął, dając tym samym znać, że powinni wyjść z pokoju. Kay wywróciła oczami i pociągnęła jednookiego chłopaka za rękę. Gdy tylko zamknęli drzwi za sobą, spojrzenia obu mężczyzn skrzyżowały się.

– Kapral Levi, cóż za zaszczyt.

– Xavier Linde. Więc to tu się ukryłeś.

– Dostałeś się tu zapewne podstępem, ale to żadna nowość. Dlaczego mnie szukałeś?

– Potrzebuję pomocy Empty Darkness – powiedział bez ogródek. – Kogoś z twoich ludzi.

– Co dokładnie masz na myśli? – zapytał Xavier. – Bez problemu nas znalazłeś – dodał – Przed tobą nie da się ukryć, co?

– Zawsze przejawiałeś zamiłowanie do dziwnych miejsc z dala od cywilizacji. Więc, gdy nie mogłem odnaleźć cię w żadnej samotni w mieście… cholernie daleko cię wywiało, Linde.

– Ostatecznie zostałem na to skazany. – Xavier zaśmiał się gorzko. – Przypominam, że ja i moi ludzie jesteśmy wyjęci spod prawa.

– Wiem. Ale to nie przeszkadza wam pojawiać się w mieście, najczęściej nocą i zabijać – powiedział kapral beznamiętnie. – Zawsze lubiłeś działać pod osłoną nocy, byłeś porywczy i cholernie wyczulony na krzywdę innych. Pomagałeś każdemu zapchlonemu kundlowi czy zabłąkanemu kociakowi, o ludziach nie wspomnę. Ostatecznie, by pomóc tym najbardziej uciśnionym, zacząłeś zabijać tych, którzy krzywdzą.

– Dokładnie prześwietliłeś moją działalność, kapralu, gratuluję. – Zadrwił. – A jak to się ma do sprawy, z którą tu przybyłeś? Dlaczego chcesz prosić o pomoc dawnego przyjaciela? – W odpowiedzi Levi podał mu list. Mężczyzna wziął go. Koperta nie była zalakowana. Wyciągnął kartkę, rozłożył ją i zaczął czytać. List był napisany przez przyjaciół piętnastoletniego chłopaka, który ze względu na swoją niezwykłą umiejętność przybierania formy tytana, ciągle musiał być chroniony, bo groziło mu porwanie i śmierć. Xavier uważnie przestudiował treść listu. Na jego czole pojawiła się pionowa zmarszczka, jak zawsze, gdy nad czymś intensywnie się zastanawiał. Przeczesał palcami gęste, czarne włosy. Niebieskie oczy spochmurniały, a po chwili rozjaśniły się. Podniósł głowę i popatrzył na Leviego.

– Mam akurat kogoś takiego – oznajmił. – Ale nie wiem czy się zgodzi.

– Oddział Zwiadowców zapłaci za to zlecenie.

– Nie chodzi o pieniądze. – Levi zaskoczony spojrzał na Xaviera. Ten widząc jego minę pospieszył z odpowiedzią. – To zwyczajna dziewczyna, a nie wyszkolony żołnierz, nie potrafi posługiwać się sprzętem do Trójwymiarowego Manewru, a to przecież priorytet.

– To najmniejszy problem. Nauczy się, bo będzie musiała.

– Skoro tak, to nie ma problemu z mojej strony… - Urwał, spoglądając na swojego gościa. – Jedynie proszę, abyś sam o tym z nią porozmawiał. Nie chcę jej narzucać tego co powinna robić.

– Jesteś pewien, że ty tu rządzisz? – Słysząc pytanie, Xavier zaśmiał się i odpowiedział.

– Dobre pytanie, Levi. – Kapral nie skomentował jego słów. Brunet wstał i wyszedł z pokoju. Najsilniejszy żołnierz ludzkości rozejrzał się po pomieszczeniu. Było umeblowane skromnie i praktycznie. Fotel i kanapa, na której siedział, przed kominkiem, by móc się ogrzać. Bliżej okna, zasłoniętego ciężkimi ciemnozielonymi zasłonami stał duży, drewniany stół, a wkoło niego trzynaście krzeseł. To pewnie tutaj zbierali się wszyscy z ED i spożywali posiłki, lub coś wspólnie omawiali. Na środku pokoju leżały owcze skóry, które najwyraźniej służyły jako dywan. Ponownie spojrzał na kominek. Jego uwagę przykuł stary, ale wciąż działający zegar, który stał na drewnianej półce. Zaś ta zawieszona była nad kominkiem. Zegar był średniej wielkości, z małymi, szklanymi drzwiczkami. Zza nich połyskiwało złote poruszające się wahadełko. Wskazówki pokazywały siódmą trzydzieści, wieczorem. Wstał, chcąc podejść bliżej, ale w tej samej chwili do pokoju wszedł Xavier, trzymając za rękę dziewczynę. To ona wyszła młodszemu kapralowi naprzeciw, gdy przyjechał na Krucze Pustkowie. Za nimi wszedł chłopak, który wcześniej drzemał w fotelu. Podeszli do niego. Xavier usiadł na kanapie, ale ona stała. Levi odwrócił się do niej przodem i zmierzył wzrokiem. Nie wyróżniała się niczym szczególnym. Wysoka, chuda, nie wyglądała na specjalnie silną. Skórę miała śniadą, musiała zatem pochodzić z któregoś kraju śródziemnomorskiego, które istniały przed nastaniem ery tytanów.

– Słyszałam, że ma pan dla mnie ciekawe zadanie. – Usiadła na brzegu kanapy i strzepnęła z oparcia nieistniejący pyłek kurzu. – Jakie?

– Potrzebujemy kogoś spoza naszego kręgu, kto skutecznie ochroni osobę o, powiedzmy, dosyć specyficznych umiejętnościach. – Levi wyjaśnił pokrótce zadanie i popatrzył uważnie na dziewczynę. W jej brązowych oczach pojawiło się zaciekawienie. Uśmiechnęła się pod nosem i potarła cienką, różową bliznę ciągnącą się od dolnej powieki lewego oka do żuchwy.

– I będę mogła przebywać w mieście? – zapytała. – Bez piętna banity i w ogóle?

– Tak, to część planu – odpowiedział kapral i rzucił pytające spojrzenie Xavierowi. Ten nie odpowiadał. Zamyślony wpatrywał się w jeden bliżej nieokreślony punkt. Raven, który do tej pory stał na uboczu i nie odzywał się, nie wytrzymał.

– Nie puszczę jej. – Kay zaskoczona odwróciła głowę w stronę przyjaciela. Minę miał zaciętą, a dolna powieka, zdrowego oka lekko drżała. Zawsze tak było, gdy się czymś przejął lub zdenerwował.

– Raven…

– Jeszcze ci się coś stanie i… - wziął głęboki oddech – nie pojedziesz, jasne? – Popatrzył na nią swoim jednym niebieskim okiem. Podszedł bliżej i chwycił za rękę. Wyrwała mu się ze złością. Owszem, byli ze sobą zżyci, ale Raven zdecydowanie przesadzał. Trząsł się nad nią jak galareta i wręcz zamęczał opieką, a prawda była taka, że to jego trzeba było pilnować, bo ciągle pakował się w kłopoty. Prawe oko stracił przez własną głupotę i nieuwagę. Westchnęła i poprawiła palcami gęstą grzywkę, która opadała jej na czoło, przysłaniając brwi. Ciemnobrązowe włosy, sięgające mostka, związała w małą kitkę gumką, którą trzymała w kieszeni spodni. Potem stanęła wyprostowana i powiedziała.

– Przyjmuję zlecenie panie… wcześniej nie raczył się pan przedstawić.

– Levi. – Odpowiedź była lakoniczna, niezachęcająca do dalszej konwersacji, ale to imię przypomniało jej, że zna tego człowieka z gazet, które określały go, jako najsilniejszego żołnierza ludzkości.

– Kay de Anda, strzelec Empty Darkness. – Przedstawiła się. Levi lekko zmrużył oczy. Ostatnio dużo pisali w gazetach o kimś, kto zabija ludzi jednym strzałem między oczy. Nie pozostawia po sobie śladów, strzał oddaje z bezpiecznej odległości, działa tylko w nocy. Prasa nadała zabójcy przydomek Asasino. Jeśli by założył, że tylko ona w ED posługuje się bronią palną... Jednakże coś mu w duchu podpowiadało, że to niemożliwe, by piętnastoletnia dziewczyna była tak wyrachowanym zabójcą. Przeniósł spojrzenie z Kay na jej przyjaciela, który stał z opuszczoną głową i nietęgą miną. Co było powodem jego niepokoju odnośnie de Andy, nie wiedział. Raven poczuł na sobie baczne spojrzenie gościa. Podniósł głowę i odgarnął z czoła niesforne, lekko falowane kosmyki. Nie odezwał się ani słowem. Decyzja zapadła. Kay nigdy nie zmieniała zdania. Czuła pismo nosem. Nie odpuszczała, gdy działo się coś, co mogło jej pozwolić na ciekawe doświadczenia i lepsze poznanie świata, do którego nie mieli wstępu. Ciężko westchnął. Będzie musiał znaleźć sobie jakieś kreatywne zajęcie na czas nieobecności przyjaciółki. Wsadził ręce w kieszenie brązowych, lnianych spodni i opuścił pokój bez słowa. Kay miała ochotę za nim pobiec, zatrzymać go, ale widząc wzrok Xaviera, dała sobie spokój. On i tak nie pozwoliłby Ravenowi na opuszczenie Kruczego Pustkowia. Szesnastolatek był wątłego zdrowia, a ostatnio kaszlał krwią. Podejrzewali, że to mogą być suchoty, ale pewności nie mieli. Z zamyślenia wyrwał ją głos Xaviera.

– Będzie lepiej jak wyjedziecie jeszcze dzisiaj, Kay.

– Rozumiem to doskonale. – Przytaknęła mu. – Pójdę zabrać swoje rzeczy. Powiedz Ravenowi, że za jakiś czas wrócę. – Gdy wyszła, kapral powiedział.

– Nie wróci za szybko.

– Co masz na myśli?

– Nic konkretnego. Jej powrót tutaj jest uzależniony od powodzenia misji, a władza zrobi wszystko, by wydrzeć nam Erena z rąk. Jej zadanie nie będzie łatwe.

– Eren. To ten „przyjaciel” ze zdolnością transformacji w Tytana, o którym pisały te dzieciaki w liście?

– Tak, to on. – Mężczyźni spojrzeli na siebie. Obaj byli świadomi tego, jak wielkie kłopoty mogą czekać na dwójkę nastolatków, którym przyszło żyć w tak brutalnej rzeczywistości, gdzie zagrożenie znajdowało się nie tylko poza murami, ale również w ich obrębie.

*********************************************************
Rozdział 2: "Fortepian i skrzypce"
*********************************************************


Deszcz zacinał w szyby okien. Listopad był paskudnym, ponurym miesiącem, który wpędzał w złe samopoczucie nawet największego wesołka. Eren siedział przy oknie, opierając się łokciem o parapet. Wpatrywał się w strugi deszczu, które spływały po szybie i co jakiś czas ciężko wzdychał. Nie lubił tej pory roku. Drażniła go ponura aura, wilgotne powietrze i kałuże, w które często wchodził, bo, zamyślony, nie patrzył, gdzie idzie. W zasadzie wolał śnieżne, mroźne zimy. Przynajmniej nie było tak obrzydliwie mokro i ponuro. Gdy panował mróz, śnieg skrzypiał pod nogami. Drzewa, otulone białym puchem, były jednym z najpiękniejszych widoków. Uśmiechnął się na samą myśl o tym, że niedługo nadejdzie grudzień, a z nim, miał nadzieję, piękna i nieco mroźna zima.

Czekał na święta. Lubił je. Ludzie na kilka dni przestawali się spieszyć. W tym czasie nawet Oddział Zwiadowców, zapominał o tytanach. Głównie sprzątali pod czujnym spojrzeniem kaprala Leviego, stroili drzewko świąteczne. Na myśl o swoim opiekunie otrząsnął się z przyjemnych marzeń o świętach. Levi pojechał gdzieś dwa dni temu, ale nie powiedział, dokąd się wybiera. Miał wrażenie, że tylko on nie wie, gdzie wyjechał kapral, ale kogokolwiek by nie spytał, zostawał subtelnie ignorowany zmianą tematu. Denerwowały go te tajemnice, ale nie mógł nic na to poradzić. Pozostawało mu czekać na powrót najsilniejszego żołnierza ludzkości. Chciałby dowiedzieć się wszystkiego.

Z zamyślenia wyrwały go pukanie do drzwi i szarpanie za klamkę.

– Eren, otwórz. – Głos Mikasy, jego przyszywanej siostry, był zniecierpliwiony. Chłopak westchnął i wstał. Podszedł do drzwi, otworzył je. Mikasa stała z założonymi rękami i mierzyła go stalowym spojrzeniem. Eren przeczesał włosy palcami i spytał:

– Coś się stało? Chcesz czegoś?

– Przyjechał Levi. W dodatku nie sam. Kazał cię zawołać, więc nie stój tak, tylko się rusz.

– Dobra, dobra, już idę – mruknął pod nosem. – Tylko się tak nie irytuj, złość piękności szkodzi – dodał z przekąsem i schylił się, by uniknąć trzepnięcia w głowę. Naprawdę czasami miał dość tej dziewczyny. Nie łączyły ich żadne więzy krwi, a ona zachowywała się niczym jego matka, która musiała go podnosić za każdym razem, gdy upadł. Mimo tego nie wyobrażał sobie, by nagle miało jej zabraknąć. Za bardzo przyzwyczaił się do jej obecności i męczącej nadopiekuńczości. Wziął sweter, który wisiał przerzucony byle jak o oparcie krzesła i wyszedł z pokoju, zamykając drzwi. Zarzucił okrycie na ramiona. W dolnych pomieszczeniach zamku było chłodniej niż w prywatnych pokojach zwiadowców. Każdy z nich zajmował alkierz z kominkiem. Natomiast w paleniskach na dole, poza kuchnią, rzadko kiedy palili, by ogrzewać pokoje.

Eren zadrżał lekko. Było mu chłodno. Najchętniej wróciłby z powrotem do swojej ciepłej komnaty, którą zamieszkiwał od niedawna. Przez dłuższy czas jego lokum stanowiły podziemne lochy zamku, ale w końcu kapral przekonał się do chłopaka i zezwolił, by zajął jeden z pokoi na piętrze, oczywiście pod przysięgą, że nie zamieni się w tytana. Obyło się nawet bez grożenia niechybną śmiercią.

– Eren. – Nim dotarło do niego, że Mikasa się zatrzymała, zdążył na nią wpaść. Złapała go za ramiona i potrząsnęła nim. – Ogarnij się i bądź miły, mamy gościa.

– Ja zawsze jestem miły – odpowiedział oburzony i otworzył drzwi od głównego salonu.

W środku, przy stole, siedział Levi, a obok niego jakaś obca dziewczyna. Eren zauważył, że koło jej krzesła stała nie najnowsza walizka na zatrzaski z mocno sfatygowanym uchwytem i czarny, podłużny futerał. Domyślił się, że to ona jest tym gościem, o którym wspominała Mikasa. Rozejrzał się po całym pomieszczeniu i ze zdziwieniem stwierdził, że nikogo innego poza nimi nie ma. Zastanowiło go to, ponieważ zawsze, gdy było coś do omówienia, w salonie zbierali się wszyscy.

– Kapralu – zaczął – czy coś się stało, że kazał mnie pan zawołać? – Levi podniósł wzrok na chłopaka-tytana. Skinieniem głowy nakazał, by usiadł obok niego, natomiast do Mikasy powiedział:

– Możesz wracać do siebie, jutro o wszystkim się dowiecie. – Dziewczyna pokiwała tylko głową na znak, że rozumie i wyszła, zamykając za sobą drzwi. Zostali w trójkę. Eren siedział z niepewną miną i wpatrywał się w rysy na drewnianym blacie stołu. Czuł na sobie baczne spojrzenie nieznajomej. Krępującą ciszę przerwał kapral.

– Uznałem, że potrzebujesz kogoś, kto będzie obok ciebie przez cały czas.

– Ale – zająknął się Eren – jak przez cały czas? Nie rozumiem.

– Rusz tym swoim ptasim móżdżkiem, bachorze. – Piorunujące spojrzenie kaprala nie wróżyło nic dobrego. Eren przełknął ślinę i splótł palce dłoni ze sobą. – Nie potrafisz na siebie uważać, a ja mam masę innych obowiązków poza pilnowaniem ciebie. Reszta tak samo, a kolejnego porwania nie będziemy ryzykować.

– Ale przecież ja uważam – mruknął. – Nie moja wina, że kłopoty same mnie znajdują. Z tego powodu mam mieć niańkę?

– Nazywaj to jak chcesz, ale ona – Levi wskazał na siedzącą obok dziewczynę – zajmie się ochranianiem ciebie. Pokój obok twojego jest pusty. Tam zamieszka. – Kapral wstał i poprawił żabot. – Poznajcie się, ja idę do siebie. – Mężczyzna wyszedł, zostawiając dwójkę nastolatków samych. Eren rozdziawił usta. Ten człowiek był okropny. Po prostu wstał, poprawił tę swoją firankę i wyszedł, zostawiając go z obcą dziewczyną bez konkretnych wyjaśnień.

– Ja nie gryzę, serio. – Drgnął, słysząc jej głos. Był niski i lekko wibrujący, kompletnie nie pasował do kobiety. Odwrócił się w jej stronę i zmierzył spojrzeniem. Uwagę przyciągała blizna na twarzy i śniada skóra. – Kay de Anda. – Wstała i wyciągnęła do niego rękę. – Rewolwerowiec z zawodu, muzyk i rysownik z zamiłowania, a ty?

– E-Eren Jaeger. – Uścisnął jej dłoń na przywitanie. – Z zawodu żołnierz-tytan, też czasami rysuję. – Uśmiechnął się lekko, a Kay powiedziała:

– Zostałam poinformowana o twoich… wyjątkowych zdolnościach. Mam obowiązek cię ochraniać, ale nie martw się, nie zamęczę opieką. – Eren odetchnął z ulgą i roześmiał się.

– Uprzedzam, że kłopoty to moja specjalność – powiedział po chwili. Kay uniosła prawą brew do góry i odpowiedziała:

– To coś nas łączy, Eren. Liczę na ciekawą współpracę. – Odgarnęła z policzka kosmyk włosów i schyliła się, by podnieść swoje rzeczy. – Czy możesz zaprowadzić mnie do mojego pokoju? – Pokiwał głową i zabrał jej z ręki walizkę. Przynajmniej na tyle mógł się przydać. Kay popatrzyła na niego uważnie, ale nie skomentowała tego gestu. Poszła za chłopakiem na piętro. Jej alkierz mieścił się obok pokoju Erena na końcu długiego, ciemnego korytarza. Gdy stanęli przed drzwiami, chłopak nacisnął klamkę i otworzył je. Gestem zaprosił ją do środka. W pokoju było ciemno i chłodno. Postawił walizkę Kay na drewnianej podłodze i po omacku podszedł do stołu. Stała na nim lampa naftowa. Nauczył się, żeby zawsze mieć w kieszeni zapałki, więc wyciągnął je i zapalił knot. Pomieszczenie rozświetliło mdłe światło. Chwycił lampę za uchwyt i odwrócił się w stronę dziewczyny.

– Na razie nie ma nic innego – powiedział i przygryzł dolną wargę. Kay uśmiechnęła się i podeszła do niego.

– Lepsze to niż egipskie ciemności. – Rozejrzała się po pokoju. Po prawej stronie od okna stało łóżko nakryte zieloną narzutą. Obok niego znajdowała się szafka nocna z szufladą. Duża szafa i regał z półkami stały po przeciwnej stronie łóżka, zasłaniając sporą część ściany.

W centralnym punkcie alkierza znajdował się niezbyt duży okrągły stół, koło którego właśnie stali, i dwa krzesła. W lewym rogu pokoju, od strony drzwi umiejscowiony był kamienny kominek. Obok niego leżały powiązane szczapki drewna, stare gazety i trochę węgla w blaszanym wiaderku.

– Rozgość się. Ja wracam do siebie. Zobaczymy się rano, tak sądzę. – Chłopak-tytan chciał wyjść, ale Kay go zatrzymała, chwytając za ramię. Spojrzał na nią nie wiedząc o co chodzi.

– Łazienka – zaczęła – czy możesz mi powiedzieć, gdzie jest łazienka? Z resztą sobie poradzę.

– Naprzeciwko mojego pokoju, a ten jest obok twojego – odpowiedział i opuścił jej pokój. Została sama. Eren nie zamknął drzwi, więc to zrobiła. Potem podniosła walizkę i położyła ją na łóżku. Odpięła metalowe zatrzaski i otworzyła wieko. Wyjęła swoje rzeczy. Nie było ich dużo. Zdecydowanie za mało, by zapełnić półki czy wieszaki w szafie, nie wspominając o tym, że nie miała zbytnio czego postawić na regale. Szkicownik, ołówki, jedna książka – prezent od Ravena na piętnaste urodziny — i porcelanowa figurka anioła – od Xaviera. Westchnęła i przeniosła poskładane bluzki do szafy. Potem spodnie, bieliznę i kilka innych rzeczy, a na koniec dodatkową parę butów, które postawiła na dolnej półce. Książkę i szkicownik odłożyła na regał, a aniołka postawiła na szafce nocnej razem z lampą naftową. Ołówki schowała do szuflady. Gdy skończyła, usiadła na łóżku. Materac był miękki, kołdra i poduszka – niepowleczone. Wywróciła oczami. Uznała, że zrobi to potem. Najpierw musiała rozpalić ogień w kominku, bo zaczynało być jej zimno. Podeszła do paleniska i ukucnęła. Chwyciła kilka szczapek drewna, dołożyła papieru i kilka sztuk węgla. Rozejrzała się uważnie w poszukiwaniu zapałek. Leżały na kamiennej półce, która stanowiła górną część kominka. Wzięła je, wyciągnęła jedną i zapaliła, wrzucając do kominka. Po niedługim czasie ogień wesoło buzował. Kay wzięła swój ręcznik, piżamę i wszystko, czego potrzebowała w łazience. Na całe szczęście nie była zajęta. Ciekawiło ją, czy ktoś jeszcze, oprócz niej i Erena, mieszka na tym piętrze. Rozmyślała nad tym siedząc w wannie. Woda była przyjemnie ciepła i rozgrzewała jej ciało. Wzięła mydło i zaczęła się powoli myć. Potem spłukała z siebie pianę i wyszła z wanny. Chwyciła ręcznik i już się miała nim owinąć, gdy nagle ktoś gwałtownie otworzył drzwi. Drgnęła przestraszona i spojrzała na intruza, nie myśląc o tym, że stoi całkiem naga. Jej spojrzenie skrzyżowało się ze wzrokiem… Erena. Jego turkusowe oczy wyglądem przypominały spodki.

– E..em… ja – zająknął się i zakrył oczy dłonią – przepraszam, rany… przepraszam, ale nie zamknęłaś drzwi na zasuwkę. – Przełknął ślinę i lekko rozchylił palce dłoni, spoglądając na dziewczynę. Zdążyła się owinąć ręcznikiem. Jej klatka piersiowa unosiła się rytmicznie, policzki oblał delikatny rumieniec. Nie mogła się spodziewać, że wlezie do łazienki nieproszony, ale, na Boga, skąd mógł wiedzieć, że ona tu jest? Usłyszał, że podchodzi do niego. Odsunął rękę z twarzy i popatrzył na nią, oczekując ciosu w zęby, ale nic takiego nie nastąpiło. Zamiast tego spokojnie spytała:

– Dlaczego jeszcze tu jesteś?

– Ja… ja, nie wiem. – Zarumienił się niczym dorodna piwonia i odwrócił w stronę wyjścia. Wyszedł z łazienki, zamykając drzwi za sobą. Oparł się o ścianę i powoli osunął na podłogę. Odchylił głowę do tyłu i zamknął powieki. Nadal miał w głowie widok nagiego i mokrego ciała Kay. Niby czuł się zażenowany tą sytuacją, ale w głębi duszy wcale tego nie żałował. Pierwszy raz w swoim piętnastoletnim życiu widział nagą kobietę i musiał przyznać, że cholernie mu się to spodobało tym bardziej, że ona była całkiem ładna i nieźle zbudowana. Jednak osobiste odczucia nie zmieniały faktu, iż musiał ją przeprosić, pokajać się i przyjąć ewentualne cięgi. Nie wiedział ile tak siedział i dumał, ale w końcu Kay wyszła z łazienki. Stanęła nad nim w piżamie z ubraniami przewieszonymi przez ramię, ręce skrzyżowała na piersi. Jej spojrzenie było figlarne, zupełnie nie wydawała się być wściekła. Chłopak podniósł się i nieznacznie uśmiechnął.

– Głupio wyszło... – zaczął, ale Kay weszła mu w słowo.

– Wcale tak nie uważasz.

– Co… co ty mi tu imputujesz!?

– Och, tylko to, że wcale nie uważasz, by głupio wyszło. Ba, ty nawet tego nie żałujesz, Eren.

– Ja… no dobra, ok, nie żałuję – wypalił na jednym tchu. – Ale jaki facet, który znalazłby się na moim miejscu, żałowałby takiego widoku?

– Zapewne gej. – Kay wzruszyła ramionami i nawinęła kosmyk włosów na palec. – Daruję ci, bo czasami kobieca próżność zwycięża, ale zachowaj to dla siebie, bo inaczej… – przejechała palcem po szyi – dobranoc, Eren – dorzuciła i poszła do swojego pokoju, zostawiając osłupiałego chłopaka na korytarzu.

*****


Było jeszcze ciemno, gdy się obudził. Bolał go kark. Znowu zasnął na krześle w ubraniu. Cierpiał na bezsenność, a jeśli już spał, to prawie nigdy w łóżku. Po prostu drzemał, siedząc przy biurku nad papierkową robotą. Nie pamiętał kiedy ostatnimi czasy porządnie wypoczął. Potarł zmęczone oczy i wstał. Przeciągnął się, rozmasował kark i spojrzał na zegar, który wisiał na ścianie nad łóżkiem. Była czwarta rano. Skrzywił się niezadowolony. Spał około dwóch godzin, na więcej nie było szans. Westchnął, zrezygnowany, i rozwiązał żabot, stały element jego stroju. Rzucił go niedbale na łóżko, po czym zdjął resztę ubrań, które cisnął na oparcie krzesła. Został w samej bieliźnie. Podszedł do szafy i wyciągnął z niej szlafrok, który narzucił na siebie, czystą bieliznę, proste lniane spodnie i bawełnianą koszulkę. Z tymi rzeczami poszedł do łazienki. Nie zwykł brać długich kąpieli. Całkowicie wystarczał mu krótki kilkuminutowy prysznic. Po dziesięciu minutach wrócił do swojego pokoju. Poskładał rzucone byle jak ubrania i odłożył na półkę. Potem wyszedł z pokoju i udał się na dół, do kuchni. Miał chęć na czarną herbatę i chleb z dżemem. Był nieznośnie głodny, a doskonale pamiętał, że dziewczęta ostatnio smażyły dżem z jabłek. Jeśli się nie mylił, to jeden wielki słoik stał w kuchni na blacie szafki. Na dole natknął się na Kay.

– Co tu robisz? – zapytał.

– Nie mogłam spać – wyjaśniła. – Nowe miejsce, nie przyzwyczaiłam się jeszcze. Poza tym… chciałam się czegoś napić.

Stała przed nim w piżamie. Na ramiona zarzuciła zielony, wełniany sweter. W ręku trzymała kubek z wodą. Kapral westchnął i gestem nakazał jej, by usiadła. Nie dziwił się, że nie mogła spać. W końcu niecodziennie zmienia się miejsce zamieszkania. Nim nastawił wodę na herbatę, rozpalił w piecu kaflowym. Kiedy ogień już huczał, otworzył małe, żelazne drzwiczki i dorzucił drewna. Potem postawił czajnik na płycie.

Kay uważnie go obserwowała. Trochę dziwnie się czuła, będąc z tym człowiekiem sam na sam. Był apodyktyczny i niezbyt uprzejmy. Przekonała się o tym podczas wspólnej podróży do starego zamku, który zajmowali Zwiadowcy. Ale mimo wszystko miała do niego szacunek. W jej mniemaniu nie był złym człowiekiem, wręcz przeciwnie. Gdyby twierdził inaczej, nie przejmowałby się Erenem i faktem, że grozi mu śmierć. Oczywiście głośno tego nie powiedział. Twardo uważał, że chłopak stwarza same problemy. Jego zdaniem był nieogarnięty i niebezpieczny. W dodatku miał niewyparzony język i nie starał się dokładnie sprzątać. Na samą myśl o tym, lekko się uśmiechnęła. Rozmyślania tak ją pochłonęły, że nie zauważyła, kiedy kapral stanął obok niej. Otrząsnęła się dopiero, gdy poczuła jego rękę na ramieniu. Popatrzyła na niego pytająco.

– Głucha jesteś? – ton jego głosu zdradzał zirytowanie. – Pytałem, czy chcesz coś do jedzenia.

– Tak, chętnie – odpowiedziała i wstała z krzesła. – Może coś przygotuję?

– W zasadzie – ochota na dżem mu przeszła i tak nie mógł go znaleźć, a za przyrządzaniem posiłków nie przepadał – skoro chcesz, to rób. Tam masz spiżarnię. – Wskazał na drzwi, które znajdowały się blisko okna. Kay wzięła lampę naftową i poszła do pomieszczenia, gdzie przechowywali żywność. Gdy wróciła, trzymała w rękach kosz z chlebem, masłem, jajkami, cebulą i rozmarynem. Postawiła to wszystko na blacie kuchennym i w szafkach poszukała patelni. Nałożyła na nią trochę masła, posiekała i dorzuciła cebulę, a następnie postawiła na płycie pieca. W tej samej chwili woda w czajniku zaczęła wrzeć. Zdjęła go i zalała wodą herbatę, która była przygotowana w kubkach na stole, po czym wróciła do przyrządzania śniadania. Drobno skroiła rozmaryn i dorzuciła go do zeszklonej cebulki. Na sam koniec wbiła sześć jajek, odczekała chwilę i zaczęła lekko mieszać. W czasie, gdy ona smażyła jajecznicę, Levi pokroił chleb i posmarował masłem, a nawet rozłożył talerze i sztućce. Po pięciu minutach potrawa była gotowa. Zdjęła patelnię z płyty żeliwnej i podeszła do stołu. Nałożyła jedzenie na talerze i odniosła ją do zlewu, zalewając wodą, by resztki nie pozasychały. Potem wspólnie z młodszym kapralem Levim usiadła do stołu. Życzyła mu smacznego i zabrała się do jedzenia. Mężczyzna odpowiedział tym samym i nabrał jajecznicę na widelec. Spróbował trochę i… uznał, że dawno nie jadł tak dobrego śniadania. Rozmaryn zupełnie rekompensował brak soli. Dziewucha znała się na rzeczy.

– Dziękuję – powiedział, gdy skończył jeść. – Było… bardzo dobre. Potrafisz gotować.

– Siłą rzeczy, musiałam się nauczyć. – Wstała od stołu, by pozbierać talerze. – W Empty Darkness jestem… byłam jedyną dziewczyną. Dwunastu facetów nie nakarmi się byle czym. Teraz będą musieli radzić sobie sami.

– Przeżyją, a my skorzystamy. Twój talent do gotowania tu też się przyda, Eren kompletnie się do tego nie nadaje. – Napił się herbaty, trzymając filiżankę w charakterystyczny dla siebie sposób.

– Pan serio kazał mu gotować? – spytała z niedowierzaniem i odłożyła brudne talerze i sztućce do zlewu.

– Co w tym dziwnego?

– Nie no, nic… chyba – mruknęła pod nosem i pokręciła głową. Eren i gotowanie. Zupełnie tego nie ogarniała. W ogóle mężczyzna w kuchni, przy garach, zwiastował najczęściej Armagedon, pobojowisko i przypaloną wodę w czajniku. Wzięła się za zmywanie, by nie stać bezczynnie. Levi bacznie się jej przyglądał. Jeszcze trzy dni temu celowała do niego z rewolweru, a dziś robiła śniadanie i zachowywała się bardzo przyzwoicie. Oficjalnie – młodsza siostra Oliviera de Andy, ale tylko on i Xavier wiedzieli, że tak naprawdę była jego córką, którą wychowywała matka Oliviera, póki żyła. Matka Kay, dziewczyna młodego de Andy, zmarła podczas porodu. Miała tylko dziewiętnaście lat. Po tym wszystkim Olivier nie był w stanie wychowywać własnego dziecka.

Otrząsnął się z rozmyślań. Nie powinien wracać do przeszłości, która w ogóle go nie dotyczyła. Dziewczyna nie znała prawdy i tak miało zostać, przynajmniej na razie. Zerknął na kuchenny zegarek, który stał na szafce ze sztućcami. Było kilka minut po piątej. Reszta zazwyczaj wstawała przed siódmą. Miał zatem trochę czasu na relaks przy fortepianie, który znajdował się w głównym salonie. Wstał od stołu i wyszedł, nie mówiąc ani słowa. Kay została sama. Gdy skończyła zmywać, powycierała mokre talerze i sztućce i schowała na miejsce. Nie bardzo wiedziała co ma ze sobą zrobić. Eren pewnie jeszcze spał, inni tak samo, a kapral nie był człowiekiem skorym do dłuższej rozmowy. Westchnęła. Brakowało jej Ravena i ulubionego kruka – Shadowa. Wyjechała z Kruczego Pustkowia zaledwie trzy dni temu, a już tęskniła. Miała nadzieję, że niedługo to uczucie minie, bo już nawiązała z Erenem nić porozumienia, polubiła go. Był uprzejmy i całkiem zabawny. Poza tym, łączył ich mały sekret. Zachciało jej się śmiać na samo wspomnienie wczorajszej sytuacji w łazience, ale zdusiła to w sobie. Nagle usłyszała ciche dźwięki muzyki. Zaciekawiona, wyszła z kuchni i udała się w stronę, z której dobiegała melodia. Zatrzymała się przed salonem. Drzwi były lekko uchylone. Zajrzała przez szparę. Przy czarnym fortepianie, na który wczoraj nie zwróciła uwagi, siedział kapral Levi.

Mężczyzna był całkiem pochłonięty muzyką. Na jego twarzy malował się spokój i błąkał lekki uśmiech. Granie najwyraźniej sprawiało mu przyjemność. Kay chwilę tak stała i słuchała, ale ostatecznie postanowiła pójść do swojego pokoju, by wziąć instrument, który spoczywał w czarnym futerale. Gdy wróciła, cichutko pchnęła drzwi i weszła do salonu. Levi nie zwrócił na nią uwagi, całkiem zatopiony w dźwiękach skocznej celtyckiej melodii.* Dziewczyna uniosła do góry czarne, lśniące skrzypce – instrument, który kochała nade wszystko i uwielbiała na nim grać. Znalazła je w domu na wrzosowiskach. Były w bardzo dobrym stanie, choć nie najnowsze. Dopiero po przeszukaniu całego strychu znalazła kilka książek o skrzypcach i ich twórcy, który żył w czasach przed erą tytanów. Niesamowite jak tak wspaniały instrument przetrwał i trafił w jej ręce. Oparła je na ramieniu, przechyliła głowę i uniosła smyczek. Dotknęła nim strun i uważnie wsłuchując się w melodię, graną przez Leviego, dołączyła do tego kameralnego koncertu, którego świadkami byli tylko oni. Muzyka powodowała, że traciła poczucie czasu. Dopiero gdy ustały dźwięki fortepianu, przestała grać. Otworzyła powieki i spojrzała wprost w kobaltowe oczy najsilniejszego żołnierza ludzkości.

– Idź się ubrać – powiedział głosem nieznoszącym sprzeciwu. – Musisz pójść z Erenem do miasta.

Muzyczny czar prysnął jak bańka mydlana. Wróciła listopadowa rzeczywistość.

*********************************************************
Rozdział 3: "Zamiana"
*********************************************************


Eren czekał na Kay w salonie. Kapral zarządził, by razem poszli do miasta po sprawunki. Nie widział w tym zbytnio sensu, bo przecież niczego nie brakowało, poza tym ktoś mógł go rozpoznać i zaatakować. Brał pod uwagę możliwość, że mężczyzna chce wystawić de Andę na próbę, ale w tym też nie doszukał się żadnego konkretnego celu. Ostatecznie uznał, że najsilniejszy człowiek ludzkości ma po prostu taki kaprys, który trzeba zaakceptować bez słowa sprzeciwu. Zniecierpliwiony, spojrzał na duży zegar z wahadłem, który stał w rogu salonu. Było już późno, a Kay jeszcze szykowała się do wyjścia w swoim pokoju. Nim w ogóle tam poszła, to najpierw, przez pół godziny, musiała zapoznawać się z każdym, odpowiadać na standardowe pytania, bo przecież była nowa w ich szeregach, a reszta musiała wiedzieć kim jest, skąd przybyła, co lubi robić, a czego nie lubi. Eren słuchał tego i współczuł takiego przesłuchania. Poza tym Kay wyraźnie wpadła w oko Arminowi, który najchętniej nie odrywałby od niej spojrzenia. Musiał go odciągnąć, bo zamęczyłby ją pytaniami. Spojrzała wówczas z wdzięcznością na chłopaka o turkusowych oczach i szybko ulotniła się na piętro, do swojego pokoju. Minęło kolejne pół godziny, a on powoli zapuszczał korzenie, siedząc na kanapie. Reszta rozpierzchła się po zamku, kapral znowu gdzieś pojechał, tym razem z panią Hanji, bo mieli do załatwienia ważne sprawy, a Eren musiał, jak zwykle iść do miasta

Kay w końcu skończyła się szykować i zeszła na dół. Zastała Erena na wpół śpiącego. Potrząsnęła go za ramię, a ten zerwał się jak oparzony.

– C-co? – wymamrotał, patrząc na nią nieprzytomnym wzrokiem.

– No nie wiem – zaczęła – może mieliśmy iść do miasta, jak myślisz?

– A tak, tak, do miasta, jasne – powiedział i przetarł oczy, ale zamiast ruszyć się z kanapy, siedział i gapił się w Kay jak sroka w gnat.

– No ruszże się, bo w tym tempie zastanie nas Boże Narodzenie. – W głosie dziewczyny dało się wyczuć zniecierpliwienie. Wszyscy od rana się na nią gapili. Czuła się jak eksponat sprzed ery tytanów, a to było irytujące.

– Przyganiał kocioł garnkowi. – odgryzł się i wstał z kanapy. Popatrzył na de Andę jeszcze raz. Była ubrana w czarne dopasowane spodnie, których nogawki schowała w cholewki oficerek, a na górę założyła biały bezrękawnik. Na biodrach zapięła pas z kaburą. Wystawał z niej uchwyt rewolweru.

– Słuchaj – zaczął, a Kay spojrzała na niego – nie chcę się wtrącać, ale jeśli na tę cienką bluzeczkę założysz tylko pelerynę, to zmarzniesz. – W odpowiedzi uniosła do góry prawą rękę, w której trzymała gruby, wełniany i, oczywiście, czarny, sweter. Zaciekawiło go, czy ona miała ubrania w jakimkolwiek innym kolorze niż czerń i biel. Razem wyszli z salonu i udali się w stronę wyjścia.

W holu stała duża szafa. Eren podszedł do niej i wyjął dwie ciemnozielone ciepłe peleryny z kapturami. Wybrał te bez emblematu skrzydeł wolności. W tłumie lepiej było się nie wyróżniać. Na zewnątrz dął zimny wiatr i siąpił deszcz. Kay skrzywiła się i założyła kaptur. Czekała ich długa droga.

Ruszyli przed siebie żwawym krokiem. Do miasta szło się godzinę, więc jeśli chcieli zdążyć na obiad, musieli szybko uwinąć się z zakupami i wracać. Dodatkowo pogoda nie sprzyjała. Niebo było zachmurzone i w najbliższym czasie nie było co oczekiwać przejaśnienia czy promieni słońca.

Eren szedł z miną skazańca. Najchętniej zostałby cały dzień w ciepłym łóżku z kubkiem gorącej herbaty lub mleka i kompletnie nic nie robił. Jednak o błogim lenistwie mógł tylko pomarzyć. Kapral był człowiekiem, który każdemu zawsze znalazł jakieś zajęcie tylko po to, by nie miał za dużo wolnego czasu. Uważał, że od nieróbstwa w dupach im się poprzewraca. Zapewne się nie mylił, ale to żadna nowość. On zawsze miał rację.

– Masz minę męczennika, wiesz o tym? – zagadnęła go Kay. Chłopak-tytan spojrzał na nią spod byka i mruknął:

– Też byś miała na moim miejscu.

– Nie rozumiem, co ci nie pasuje w wyjściu do miasta?

– Czuję się bezużyteczny. Wstąpiłem do Zwiadowców, bo chciałem się na coś przydać, a jak na razie to robię zakupy, gotuję i ewentualnie służę jako królik doświadczalny w eksperymentach pani Hanji.

– Wiesz – zaśmiała się – dzięki tobie nikt nie umrze z głodu.

– No dzięki, umiesz pocieszyć – jęknął zrezygnowany i przyspieszył. Kay dorównała mu kroku i chwyciła za rękę. Eren odwrócił się w jej stronę zaskoczony. Dłoń dziewczyny była przyjemnie ciepła. Nie wiedział, czy był to gest otuchy, ale jeśli tak, to bardzo miły. Lekko ścisnął jej rękę, a w tej samej chwili dziewczyna przyciągnęła go do siebie tak, że ich nosy prawie się stykały. Chłopak spłonął rumieńcem, nie wiedział o co jej chodziło, ale wtedy Kay wyszeptała:

– Ktoś nas, kurwa, śledzi.

– S-serio? – wydukał speszony. Myślał, że chciała go pocałować, a ona po prostu miała bardzo niekonwencjonalne metody przekazywania złych informacji.

– Tak, bardzo serio, dlatego mnie nie wyprzedzaj ani nie zostawaj w tyle. – Nakazała i trzymając go za nadgarstek, ruszyła przed siebie.

– Dlaczego nie powiedziałaś wcześniej?

– Bo żaliłeś się, jak bardzo ci w życiu źle i w ogóle. – Przyspieszyła kroku. Ktoś za nimi podążał. Spojrzała w bok. Przez ułamek sekundy widziała postać w kapturze, która chowała się między drzewami. Zmarszczyła brwi. Czemu nie nastąpił żaden atak? Dlaczego ten ktoś ich śledził? Postanowiła to sprawdzić. Ciągnąc Erena za sobą, ruszyła w głąb lasu, zbaczając z drogi, która prowadziła do miasta. Chłopak posłusznie szedł za nią i nie zadawał pytań, choć nurtowało go, co ona właściwie zamierza zrobić. Nagle usłyszeli jakiś szelest. Ktoś wybiegł zza wielkiego dębu. Zakapturzona postać zmierzała prosto na nich. W ręce trzymała sporych rozmiarów nóż. Eren stał jak sparaliżowany i wpatrywał się w gnającą na nich osobę. W tej samej chwili Kay wyciągnęła rewolwer, odblokowała go, wycelowała i nacisnęła spust. Pocisk przeleciał blisko głowy tajemniczej postaci. Napastnik stanął jak wryty. Chyba nie spodziewał się, że Kay posiada broń.

– Naprawdę myślałaś, że nie zareaguję, Mikasa? – spytała de Anda, chowając broń do kabury. Eren drgnął, słysząc imię siostry, a ona sama zdjęła kaptur z głowy i spojrzała na nich.

– Jak mnie rozpoznałaś?

– Granatowe spodnie i brązowe trapery – odparła lakonicznie i wzruszyła ramionami. – Chłopak-tytan popatrzył na dziewczynę z uznaniem, a Mikasa uśmiechnęła się lekko. Nie doceniła jej, dlatego, gdy Levi powiedział, że trzeba wystawić Kay na próbę, zgodziła się ich śledzić i zaatakować w odpowiednim momencie. Teraz mogła być spokojna. Jej brat był w dobrych rękach. Kay się nie wahała, po prostu odpowiadała atakiem na atak. Eren był z nią bezpieczny.

– Biegłaś na mnie z nożem – powiedział Eren z wyrzutem i podszedł do siostry.

– Eren, całowałeś się z Kay? – zignorowała jego niezadowolenie i zmieniła temat, zadając krępujące pytanie. Chłopak uciekł wzrokiem w bok, i czerwieniąc się jak burak, wymamrotał:

– Aleś ty głupia. Oczywiście, że nie. Kay po prostu w niestosowny sposób lubi przekazywać złe wieści. – De Anda zareagowała złością, gdy to usłyszała:

– A co, miałam się zatrzymać na środku drogi i wrzeszczeć na cały las, że ktoś nas śledzi! Tobie wszystko nie pasuje! Albo się nad sobą użalasz, albo narzekasz! W ten sposób nie staniesz się bardziej użyteczny! Dotarło!?

– Mogłaś to zrobić inaczej, a nie przytykać swój nos do mojego! – wrzasnął. Chciał dodać coś jeszcze, ale Mikasa zatkała mu usta dłonią. Znaczyło to, by nie przeginał, bo powie o dwa słowa za dużo i będzie miał pozamiatane.

– Nie moja wina, że wyobraziłeś sobie nie wiadomo co – warknęła wściekła i odwróciła się na pięcie. Poszła w kierunku głównej trasy, którą szli do miasta. Chłopak wyswobodził się z uścisku siostry i chciał pobiec za dziewczyną, ale Mikasa złapała go za ramię.

– To moja wina, przepraszam. Nie powinnam zadawać takich pytań – powiedziała cicho i spuściła wzrok.

– Nie, to ja palnąłem głupotę i sam muszę to załatwić. Wracaj do zamku i powiedz kapralowi, że załatwił mi niezłą ochronę. – Uśmiechnął się do niej i pobiegł za de Andą.

Kay szła przed siebie miarowym krokiem. Złość już jej przeszła. Nigdy nie potrafiła się wściekać dłużej niż kwadrans. Nagle usłyszała, że ktoś za nią biegnie. Odwróciła się i spojrzała do tyłu. Uśmiechnęła się pod nosem, widząc Erena. Stanęła i poczekała, aż dobiegnie. Chłopak był nieco zdyszany. Gdy się zatrzymał, położył jej ręce na ramionach, wziął głęboki oddech i powiedział:

– Przepraszam. Czasami gadam i robię głupoty.

– Czasami?

– W ciągu ostatnich dwóch dni nastąpiła kumulacja, przyznaję się bez bicia.

– Kumulacja głupoty – pstryknęła go w nos – doprawdy, interesujące. Co jaki czas następuje takie nagromadzenie?

– To było złośliwe. – Eren ściągnął usta w ciup. – Jesteś okropna.

– Nawet wtedy, kiedy jestem naga? – Uniosła brwi i uśmiechnęła podstępnie.

– No… eem, cóż… – Chłopakowi brakło słów. Wiedziała, gdzie uderzyć, by wprawić go w zakłopotanie. To co zaszło wczorajszego wieczora miało na zawsze pozostać między nimi, ale mógł się spodziewać, że Kay, kiedy zajdzie potrzeba, będzie to wykorzystywać. Ostatecznie postanowił nie odpowiadać na to pytanie. Po prostu ruszył przed siebie włożywszy ręce do kieszeni spodni. Kay zachichotała pod nosem i poszła za nim. W końcu czekało ich jeszcze pół godziny drogi do miasta.

*****


Levi szedł brukowaną uliczką. Hanji pojechała do Erwina, on musiał załatwić całkiem inną sprawę. Uważnie odczytywał numery domów, by nie przegapić właściwego. Wyjął karteczkę z kieszeni munduru i odczytał jeszcze raz zapisane cyfry. Nie miał pamięci do adresów.

– Trzydzieści trzy – mruknął pod nosem i zatrzymał się przed domkiem oznaczonym tym numerem. Zapukał do drzwi. Otworzył mu wysoki, postawny mężczyzna. Ciemne włosy sięgały mu ramion, a gęsta, dobrze przystrzyżona broda nadawała groźnego wyglądu. Znacznie górował nad kapralem, który był raczej drobnej postury. Brodacz omiótł go spojrzeniem zielonych oczu i odszedł na bok, by ten mógł wejść do środka. Potem zamknął drzwi i przekręcił klucz w zamku. Gestem zaprosił gościa dalej, do pokoju dziennego. Usiedli przy stole naprzeciwko siebie. Żadnego przywitania, uśmiechu.

– Po co przyszedłeś? – spytał brodaty mężczyzna.

– Co wiesz o niejakim Asasino? – odpowiedział pytaniem na pytanie.

– Tyle co ty, Levi. – Zabębnił palcami o blat stołu. – Wiem, że to ktoś z Empty Darkness, ale kto, nie mam pojęcia.

– Zatem skąd pewność, że na pewno jest to człowiek Xaviera?

– Czarna, pusta karteczka przy zwłokach – wyjaśnił. – To jego wizytówka. Nie ukrywa do jakiej grupy należy. Jakby zależało mu na sławie. Zaczyna wychodzić poza schemat dotychczasowych morderstw. Dodatkowo nie sądzę, by Xavier wiedział, że ma w swoich szeregach kogoś, kto zabija bez wyraźnego zezwolenia. Robi to poza jego plecami, jestem pewien.

Levi zamyślił się. Dotarła do niego wiadomość o kolejnym morderstwie, które miało miejsce wczorajszej nocy. Asasino, który do tej pory zabijał w celu szlachetnym, jakby to dziwnie nie brzmiało, zeszłej nocy złamał własne zasady działania. Ukatrupił niewinnego, bezdomnego człowieka swoim firmowym strzałem między oczy. Na razie udało się to zatuszować, ale nie mieli pewności, czy znany już zabójca nie posunie się dalej. W każdej chwili mógł zacząć zabijać zwykłych cywilów jak i żołnierzy. Wczorajszym czynem udowodnił mu, że to nie Kay de Anda jest cichym zbrodniarzem, ale ktoś z jej poprzedniego otoczenia. Osoba, która za wszelką cenę chciała udowodnić, że istnieje, zabija i nie zaprzestanie tej okrutnej praktyki, a swojego tytułu nie pozwoli przypisać komuś innemu. Poczuł, że długowłosy mężczyzna klepie go w ramię. Spojrzał na niego pytająco:

– Ocknij się, nie odpływaj. Lepiej mi powiedz, czy załatwiłeś Erenowi ochronę, tak jak ostatnio wspominałeś.

– Tak, załatwiłem – odpowiedział lakonicznie. – Daruj, ale na mnie już czas. Mam jeszcze masę roboty. – Wstał z krzesła i skierował się do wyjścia. Brodacz podążył za nim.

– Przynajmniej powiedz kto to jest. Nie musisz robić tajemnicy ze wszystkiego. W końcu jestem jednym z was.

– Kay de Anda z Empty Darkness – poinformował beznamiętnie. – Ty najlepiej powinieneś wiedzieć kto to jest, prawda? – Spojrzał na mężczyznę, który wpatrywał się w niego z niedowierzaniem. Nie odpowiedział mu, więc kapral po prostu wyszedł, zamykając drzwi za sobą.

*****


Eren biegł przed siebie. Za sobą słyszał kroki Kay. Uciekali. Nie mogli przewidzieć, że ktoś go rozpozna i zacznie wrzeszczeć na całe gardło, że chłopak-tytan jest w mieście. Niepotrzebnie zdjął kaptur. Nie zdążyli nawet kupić tego, czego potrzebowali. Żandarmeria wyjątkowo panoszyła się na ulicach, a nie chcieli ryzykować, że ich złapią. Wystarczyło, że zareagowali i rzucili się w pogoń za nimi.

Skręcili w wąskie przejście między budynkami. Kay popędzała go, bo żołnierze byli blisko. W pewnym momencie odwróciła się i strzeliła z rewolweru, trafiając jednego ze ścigających w kolano. W uszach dźwięczał im tylko dziki wrzask bólu. Eren spojrzał na nią przerażony. Na twarzy dziewczyny malowało się zacięcie. Naprawdę była w stanie zranić, a nawet zabić, by go ochronić. Pościg ustał, ale oni nadal biegli. Zatrzymali się dopiero przed starym i opuszczonym budynkiem, który okna miał zabite deskami. Wspólnie wyważyli drzwi i wpadli do środka. W pomieszczeniu panował półmrok. Jedyne światło docierało przez szpary, których deski nie zdołały zasłonić. Eren usiadł na jakiejś drewnianej skrzyni. Oddech miał przyspieszony. Schował twarz w dłoniach. Kay zaryglowała drzwi i zaczęła przechadzać się po wnętrzu. Szukała jakiejś lampy naftowej, by oświetlić pomieszczenie. Znalazła jedną, lekko uszkodzoną, ale nadal nadawała się do użytku. Wyjęła zapałki z kieszeni i zapaliła ją, a potem postawiła w centralnym miejscu. Jej uwagę przyciągnął kwiecisty materiał, który leżał w skrzyni pod oknem. Wyciągnęła go. To była balowa suknia. Zdziwiło ją to. Taki strój w opuszczonym budynku i to w całkiem dobrym stanie. Zaczęła przeszukiwać każdy kąt pokoju. Pełno w nim stało drewnianych skrzyń i kilka zdobionych kufrów. Wszystkie z ubraniami. Dwa worki pełne wymyślnych oraz skromnych peruk i blaszane pudełko z kosmetykami.

– To garderoba – powiedziała do siebie. – Eren, jesteśmy w garderobie starego teatru. – Podeszła do chłopaka. – Pamiętam, że kiedyś czytałam artykuł w gazecie. Spłonęła część z widownią, ale zachowały się pomieszczenia dla aktorów, to musi być tutaj.

– I co w związku z tym? – spytał bez szczególnego zainteresowania. – Chcesz zostać aktorką?

– Oboje zabawimy się w aktorów. – Uśmiechnęła się szelmowsko i zaczęła szperać w skrzyniach.

Eren przyglądał się jej zaskoczony. Nie całkiem wiedział, co miała na myśli, gdy powiedziała mu o zabawie w aktorów, ale wolał nie pytać. Podejrzewał, że wymyśli coś, co i tak będzie musiał zaakceptować bez słowa sprzeciwu. Westchnął ciężko i wstał. Zaczął się przechadzać po garderobie. Prócz skrzyń i kufrów stały tam również meble. Pokrywała je gruba warstwa kurzu. Kiedy ten teatr spłonął, nie pamiętał i nieszczególnie go to interesowało. Otworzył jedną z szuflad. Leżały w niej nożyczki w całkiem dobrym stanie. Wyciągnął je i zaczął oglądać. Długie z cienkimi ostrzami. Musiały służyć do ścinania włosów albo cięcia materiałów.

Popatrzył na Kay, która grzebała w kufrze.

– Znalazłam! – wykrzyknęła nagle. W jej głosie dało się wyczuć radość. Eren zainteresowany jej nagłym szczęściem podszedł bliżej. Dziewczyna trzymała w ręku jakieś ubrania. Uniósł prawą brew do góry. Czemu cieszyła się ze znalezienia jakiś szmat?

– Przecież to tylko ciuchy – zauważył i wziął do ręki coś, co wyglądało na sukienkę i faktycznie nią było.

– Eren, to nie są tylko ubrania – rzekła i wyjęła mu z ręki nożyczki. – To nasz kamuflaż.

– Ty serio chcesz to założyć? – Skrzywił się patrząc na ciemnoniebieską sukienkę z wysokim kołnierzem.

– Nie. Ja założę to. – Pokazała mu męską czarną tunikę z paskiem. – Kiecka jest dla ciebie.

Eren patrzył na nią z otwartą buzią. Po dłuższej chwili otrząsnął się i parsknął niekontrolowanym śmiechem. Gdy się uspokoił, rzucił dziewczynie niezadowolone spojrzenie i wybuchnął:

– Ja nie wiem, ty się chyba czadu nawdychałaś! – Wyrwał jej z ręki sukienkę i cisnął na ziemię. – Nie założę tego… czegoś! Jestem facetem i żądam respektowania moich praw oraz poszanowania dla tożsamości płciowej!

– Taaaak? – spytała ze stoickim spokojem i podniosła suknię z ziemi. Otrzepała ją z kurzu i spojrzała w oczy Erenowi. Jej wzrok nie wróżył niczego dobrego.

– Tak! – krzyknął. – Nie ubiorę tego! – dodał jeszcze bardziej zbulwersowany. – Nie zmusisz mnie i koniec! Jestem mężczyzną i nim pozostanę! Chcesz, to sama się przebieraj!

Prawa powieka Kay niebezpiecznie zadrgała. Złapała go za fraki i popchnęła na krzesło, które stało tuż obok skrzyni. Usiadła okrakiem na jego kolanach i zdjęła mu pelerynę. Eren siedział oszołomiony. Odebrało mu głos. Zaczął się szarpać dopiero, gdy przystąpiła do ściągania z niego koszulki. Chwycił ją za nadgarstki, ale dziewczyna nie dawała za wygraną. W końcu siłą zerwała z niego bluzkę i rzuciła w kąt garderoby.

– To jest napastowanie seksualne! Jesteś jakaś niewyżyta! – wrzasnął i wykorzystał moment, by zrzucić ją z kolan. Kay upadła na podłogę, ale szybko się podniosła i nim Eren zdążył wstać, nachyliła się nad nim i warknęła:

– Ja cię dopiero mogę zacząć molestować, kretynie. Jeżeli ty się nie chcesz przebrać po dobroci, sama to zrobię, choćby przy użyciu siły i przemocy. – Kiedy tak nad nim stała, była przerażająca.

Chłopak-tytan przełknął głośno ślinę i przestał protestować. Posłusznie wstał z krzesła i wziął od dziewczyny sukienkę. Rozebrał się od pasa w górę i popatrzył na nią niepewnie. Ta tylko wywróciła oczami i wyciągnęła ze skrzyni coś, co wyglądało jak gorset. Od klasycznego różniło się tym, że z przodu miało imitację kobiecych piersi i było w cielistym kolorze. Eren jęknął, gdy zobaczył co go czeka. Stanął tyłem, a Kay założyła mu ową rzecz, mocno ściągając cienkie sznureczki. Syknął, bo było to bolesne, a on nie przywykł do wyszczuplania talii i posiadania biustu.

– Dobra, skończyłam – oznajmiła, zadowolona ze swej pracy. – Zdejmuj spodnie, musisz rajtuzy założyć. – Eren tylko się skrzywił, ale wykonał polecenie. Rozpiął pasek, rozporek, ale jakoś nie był chętny, by całkiem pozbawić się wygodnego odzienia. Dziewczyna wywróciła oczami i jednym ruchem opuściła mu spodnie w dół. Młody żołnierz nieporadnie wyplątał się z nogawek i popatrzył błagalnie na Kay. Miał przygnębioną minę, ale de Anda pozostała niewzruszona. Wręczyła mu rajtuzy i suknię. Chcąc nie chcąc, musiał to założyć.

W czasie, gdy on zapinał masę drobnych guziczków z przodu sukni, Kay wygrzebała ze skrzyni kolejny a’la gorset. Tym razem imitował męski tors i również był w cielistym kolorze. Ktoś musiał mieć niezłe pomysły, skoro tworzył takie elementy ubioru do charakteryzacji teatralnej.

– Gotowe – oznajmił, grobowym głosem, Eren. – Coś jeszcze?

– Tak – przytaknęła. – Musisz mi to założyć – wskazała na gorset, który trzymała w ręce – a potem poszukamy jakiejś peruki dla ciebie. Nie możesz mieć krótkich włosów. – Zaczęła się rozbierać, zupełnie ignorując fakt, że Eren cały czas na nią patrzył. Gdy została w samym staniku, odwróciła się tyłem do niego. Rozpięła haftki biustonosza i zdjęła go. Wówczas chłopak podszedł, a ona lekko uniosła ręce w górę. Poczuła, jak delikatnie ją obejmuje i zakłada gorset, który po ściśnięciu sznureczków nieco boleśnie zmiażdżył jej piersi. Po chwili Eren skończył zawiązywanie i odsunął się od niej. Z powrotem ubrała swój biały bezrękawnik, a na niego nałożyła tunikę, którą wcześniej znalazła w skrzyni. Zapięła, pasujący do niej, skórzany pasek i odwróciła się w stronę młodego zwiadowcy.

– Co teraz? – spytał chłopak, nie patrząc na nią.

– Znajdziemy ci nową fryzurę, w tych workach, zrobimy lekki makijaż, ja zetnę włosy i chyba pójdziemy do domu – wyrecytowała po kolei.

Eren wzruszył ramionami. Było mu już wszystko jedno. Czuł się pozbawiony swojej męskiej dumy, obdarty z żołnierskiej godności. W duchu postanowił, że nigdy jej nie wybaczy przebrania za kobietę. Natomiast ona zdawała się doskonale bawić, grzebiąc w skrzyniach, kufrach i workach. Po dłuższej chwili podeszła do niego, machając mu przed nosem peruką. Skrzywił się na widok czegoś, co jego zdaniem, przypominało miotełkę do kurzu, ale bez protestów założył na głowę. Teraz włosy sięgały mu poza ramiona, a część z nich była zawinięta, w zgrabny koczek, nieco powyżej karku. Pozwolił, by Kay zrobiła mu lekki makijaż i w końcu dała spokój.

Potem siedział i patrzył, jak ścina swoją grzywkę tak, by była delikatnie postrzępiona i niesforna. Następnie, minimalnie, pocieniowała resztę włosów i związała je gumką w mały kucyk. Gdy tak przyglądał się jej z boku, mógł śmiało powiedzieć, że, po przebraniu, przypomina chłopaka. Jednak, mimo wszystko, jej metamorfoza nie była tak drastyczna jak jego. W ogóle mu się to nie podobało, ale miał gówno do gadania. Jak zwykle. Kay go chroniła i to ona decydowała. Musiał się z tym pogodzić i modlić, by Jean nigdy nie zobaczył go w tym upokarzającym stroju.

– Nazywasz się Faara Navarro. – powiedziała, a on gwałtownie podniósł głowę i wlepił w Kay swoje turkusowe oczy. Chyba nie całkiem dotarło do niego, co właśnie usłyszał.

– Że co?

– Jakby ktoś pytał, to jesteśmy młodym małżeństwem. – W ogóle nie zwróciła uwagi na jego pytanie i ciągnęła dalej. – Państwo Navarro — Faara i Kay – oznajmiła dumnie i oparła ręce na biodrach.

Uśmiechnęła się do chłopaka, który siedział z otwartymi ustami i kompletnie nie wiedział co odpowiedzieć. Poruszył bezgłośnie ustami, ale nie wydobył się z nich żaden dźwięk. Zabrakło mu słów, by skomentować pomysł nowej znajomej.

Pół godziny później opuścili garderobę starego teatru i ruszyli przed siebie. Kay dumna i zadowolona, Eren z nosem zwieszonym na kwintę.

*********************************************************
Rozdział 4: "Jesienna krew"
*********************************************************


Szli przed siebie. Nikt nie zwracał uwagi na młodą parę, która trzymała się za ręce i spacerowała między ulicznymi kramami. Jak na razie wszystko szło po ich myśli. Eren całkiem nieźle udawał dziewczynę. Prezentował się bardzo dobrze w stroju, który Kay kazała mu wcześniej założyć. Niejeden mężczyzna oglądał się za siebie. Kilku próbowało nieśmiało zagadywać, ale Kay miażdżyła ich wzrokiem zazdrosnego męża i nie pozwalała nikomu się zbliżać bardziej niż na wyciągnięcie ręki.

– Nie przesadzasz? – spytał Eren w pewnym momencie.

– Jeżeli chcesz, mogę im cię oddać – syknęła. – Jak myślisz, co powiedzą, gdy ci się do majtek dobiorą?

– Dobra, dobra, czaję – zaczął ją mitygować szeptem – nie wściekaj się już… kochanie – dodał z szelmowskim uśmieszkiem na twarzy, a Kay podniosła rękę, by go trzasnąć. Powstrzymała się w ostatnim momencie. W końcu obecnie był kobietą, a ona nie chciała, jako mężczyzna, wyjść na damskiego boksera. Westchnęła ciężko i objęła go w pasie, poprawiła plecak, w którym znajdowały się ich ubrania i poszli dalej.

Po chwili znów zaczął siąpić deszcz. De Anda założyła kaptur, Eren również. Ulice zaczęły pustoszeć. Ludzie powoli rozeszli się do domów. Nikt nie chciał moknąć bez potrzeby. Weszli w mało uczęszczaną uliczkę. Koło nóg Kay przebiegł bury kot. Zwierzak też uciekał przed deszczem.

Nagle ciszę przerwał odgłos wystrzału. Zatrzymali się gwałtownie, a dziewczyna zasłoniła Erena, rozglądając się uważnie. Jednak nikt nie nadbiegał. Chwyciła chłopaka za rękę i ruszyli w stronę, z której usłyszeli strzał. Być może ktoś potrzebował pomocy.

*****


Levi szedł zamyślony. Nie uzyskał żadnych nowych informacji dotyczących tajemniczego zabójcy. Ich człowiek potwierdził tyko to, co już wiedział. Asasino zamordował bezdomnego. Tak po prostu. Co chciał przez to pokazać? Nie wiedział i to go denerwowało. Bał się. Naprawdę się bał, bo nie mógł przewidzieć, do czego może posunąć się nieznany zabójca. Kogo wyznaczył? Czy w ogóle planował kolejne nieschematyczne morderstwo? Myśli kłębiły mu się w głowie. Nie mógł ich poskładać. Skręcił w prawo, w uliczkę, która była od dawna niezamieszkana. Stare domy miały obdrapane ściany. Okna i drzwi pozabijane deskami. Wszystko się rozpadało. Królowała ponura aura. Znał tę ulicę. Kiedyś panował tu gwar, mieszkali ludzie, handlarze rozstawiali stragany. Nieopodal znajdował się teatr, w którym tętniło życiem. Kiedy spłonął, wszystko umarło. Ulica opustoszała, ludzie przeprowadzili się w inne części miasta. Nikt nie wykazywał chęci, by odbudować słynny ośrodek kultury. Mieszkańcy uważali, że skoro teatr pochłonął ogień, to okolica musiała być przeklęta i woleli ją opuścić.

Nagle wyczuł, że nie jest sam. Zatrzymał się i podniósł głowę. Parę metrów od niego stała tajemnicza postać. Szara peleryna sięgała jej do ziemi, głęboki kaptur zakrywał twarz. Kapral zmarszczył brwi. Nie miał sprzętu do manewrów przestrzennych ani broni palnej. Zabrał tylko nóż, którego używał w ostateczności. Wykonał ruch ręką, by go wyciągnąć, ale zakapturzona osoba była szybsza. Zdążył tylko zauważyć błysk lufy rewolweru. Usłyszał strzał i po chwili poczuł ból, rozrywający prawy bok. Stał jak wmurowany. Bezwiednie podniósł rękę i przytknął ją do brzucha. Poczuł coś ciepłego i mokrego. Spojrzał w dół. Dłoń miał całą we krwi. Zachwiał się i upadł na kolana, a następnie całkiem osunął na ziemię. Miał wrażenie, że wszystko wiruje mu przed oczami. Spojrzał w bok. Zakapturzona postać zniknęła. Czyżby to był… Niemożliwe. Asasino, tutaj? Za dnia? Musiał go zatem wcześniej śledzić. Ale jak? Przecież zauważyłby. A może jednak nie był tak doskonałym obserwatorem? Z cichym jękiem usiadł i przysunął się bliżej ściany domu, obok którego stała drewniana skrzynia na odpadki. Oparł się o nią ręką i zaczął powoli wstawać. Było mu niedobrze, ale zacisnął zęby i stanął na chwiejnych nogach. Ubranie miał przesiąknięte deszczem i krwią. Skrzywił się i zrobił krok do przodu, ale momentalnie upadł na kolana. Złapał się za krwawiący bok i skulił z bólu. Pociemniało mu przed oczami.

W tej samej chwili usłyszał kroki. Ktoś do niego podbiegł i uklęknął. Podniósł głowę. Jak przez mgłę zobaczył Kay, która bez ceregieli położyła go sobie na kolanach i przyłożyła jakiś materiał do rany na brzuchu, by zatamować krwawienie.

– To ty – szepnął, bezwiednie się uśmiechnął i stracił przytomność.

Obudził się nie w swoim łóżku. Chciało mu się pić, a prawy bok palił żywym ogniem. Jęknął cicho i spróbował wstać, ale nie udało się. Nie wiedział gdzie jest i co się właściwie stało. Zasłony w oknach były zaciągnięte. Dodatkowo przez gruby i ciemny materiał nie widział jaka jest pora dnia. W pokoju paliła się jedna lampa naftowa, która dawała mdłe światło, a w kominku wesoło buzował ogień. Rozejrzał się wkoło. Pomieszczenie było zadbane, choć umeblowane raczej skromnie. Łóżko, na którym leżał, znajdowało się naprzeciwko okna. Obok szafka nocna, a na niej lampa naftowa. Na środku pokoju stał kwadratowy stół i cztery krzesła — po jednym przy każdym boku. Blisko drzwi usytuowana była duża sosnowa szafa i regał z książkami. Nic mu ten wystrój nie mówił. Nigdy tu nie był.

Nie wiedział ile tak leżał, wpatrując się w sufit i oblizując wargi językiem, ale w końcu ktoś raczył przyjść. Do pokoju po cichu weszła znajoma postać, jednakże Levi musiał kilka razy zamrugać oczami, by sprawdzić czy aby na pewno wzrok nie płatał mu figla. To była Kay, ale wyglądała inaczej. W rękach trzymała tacę, na której stała szklanka z wodą i leżały jakieś bandaże oraz maści. Podeszła do niego i uśmiechnęła się.

– Obudził się pan.

– Coś ty ze sobą zrobiła? – spytał niezadowolony. – Gdzie twoja grzywka i normalne ubranie? Masz zaburzenia tożsamości płciowej, że chodzisz w męskich ciuchach?

– Nawet ciężko ranny, jest pan strasznie uszczypliwy, kapralu – westchnęła i usiadła na brzegu łóżka. – Nie czas teraz na szczegółowe wyjaśnienia, muszę zmienić opatrunki. Mało brakowało, a by się pan wybrał na wycieczkę w jedną stronę. Nie rozumiem, jak mógł się kapral dać postrzelić i to tak paskudnie.

– Co masz na myśli?

– Napastnik wpakował panu kulkę w bok. Trzeba było operować. Szczęście, że ten brodaty facet jest lekarzem, bo byłoby z panem cienko.

– Brodaty facet? – Zmarszczył brwi. Gdzie on do cholery był?

– Miał pan w kieszeni karteczkę z jakimś adresem. Eren pobiegł tam i przyprowadził tego mężczyznę. Swoją drogą, silny z niego gość. Bez problemu podniósł kaprala i na rękach tu przyniósł. – Leviemu odebrało mowę. Zamknął oczy i położył dłoń na twarzy. Już wiedział co to za miejsce. Nagle poczuł na skórze chłodny dotyk dłoni Kay. Wzdrygnął się lekko i popatrzył na nią. Odwiązywała bandaż, na jej twarzy malowało się skupienie. Była bardzo dokładna w tym co robiła. Niewiele czasu zajęło jej zmienienie opatrunków na świeże. Zszytą ranę posmarowała maścią uśmierzającą ból. Czuł, jak pieczenie powoli ustępuje. Potem dała mu wody. Wypił całą szklankę. Oblizał spierzchnięte wargi i przymknął oczy.

– Dziękuję – powiedział cicho.

– Nie ma o czym mówić – mruknęła. – Posmaruję panu usta, żeby się pęknięcia zagoiły. – Wzięła z tacy mały pojemniczek i odkręciła go. Po chwili poczuł na wargach tłustą substancję, która powodowała lekkie mrowienie.

Spojrzał na dziewczynę spod przymkniętych powiek.

– Właściwie… jak długo tu jestem?

– Trzy dni – padła lakoniczna odpowiedź. – Wysłaliśmy wiadomość do zamku, nie musi się pan martwić. – Dziewczyna wstała i zaczęła zbierać zużyte bandaże. Położyła je na tacy, obok pustej szklanki, wzięła ją i skierowała się do drzwi. Levi został sam.

Otworzyła drzwi do wspólnego pokoju z Erenem. Chłopak siedział w swoim dziewczęcym przebraniu i czytał książkę. Usłyszał, jak weszła i podniósł głowę. Spojrzał na Kay pytająco, ale nie odpowiedziała. Odłożyła tacę na bok i usiadła na kanapie obok niego. Oparła głowę go jego ramię i dopiero po dłuższej chwili się odezwała:

– Chyba nie jest z nim źle. Język ma cięty tak jak zawsze. – Eren się zaśmiał i zmierzwił dziewczynie włosy.

– Nie przejmuj się tym – powiedział pogodnie. – On tak zawsze wszystkich traktuje. Jest bardzo apodyktyczny i koszmarnie nieuprzejmy.

– Zdążyłam zauważyć – mruknęła cicho i podrapała się po głowie. – Przyszła jakaś wiadomość z zamku? – Wyprostowała się i przeciągnęła.

– Nie wiem – odpowiedział zgodnie z prawdą. – Nie wychodziłem z pokoju od rana, nie widziałem się z naszym gospodarzem, jak mu tam było…

– Edan. Tak się przedstawił. – Kay wzruszyła ramionami, kiedy Eren spojrzał na nią wymownie.

– On tak się nie nazywa – oświadczył twardo.

– Skąd ta pewność?

– Bo już go widziałem – zamknął książkę i odłożył na bok – ale nie mogę sobie przypomnieć gdzie – dodał, gniotąc czubek nosa.

– A co to ma wspólnego z imieniem?

– Wtedy inaczej do niego wołali, ale nie pamiętam jak. – Wstał z kanapy i podszedł do okna. – To było jakoś w lipcu. Pamiętam, jak wspominał, że jest lekarzem. – Odwrócił się w stronę Kay. – Swoją drogą, ciekawe po co kapral tu przyszedł, trzy dni temu. Myślisz, że może być chory?

– Nie sądzę. – Dziewczyna skrzyżowała ręce na piersiach i założyła nogę na nogę. – Skoro, formalnie należy do oddziału, to może mieli coś do obgadania. Mnie się wydaje, że jest informatorem. Jeżeli nie możecie przebywać w mieście z obawy, że wszystkich pozabijają, to ktoś musi być tu na miejscu, by obserwować i kontrolować oraz o wszystkim mówić kapralowi, który dzięki temu wie, jaki ruch wykonać i na co możecie sobie pozwolić.

Eren słuchał jej uważnie. Mówiła niegłupio, choć pomysły miała koszmarne. Dalej nie mógł przeboleć przebrania, ale przyzwyczaił się już do noszenia sukienki. Edan, gdy dowiedział się o tym wszystkim, śmiał się z niego do tego stopnia, że po policzkach spływały mu łzy. Jaeger siedział wtedy cały wieczór z naburmuszoną miną i nie odzywał się do Kay. Wiedział, że nie mieli innego wyjścia, by żołnierze ich nie rozpoznali, ale ubaw, jaki miał z niego Edan, był ciosem poniżej pasa. Jego męska duma po raz kolejny ucierpiała. Udobruchała go dopiero Kay, która zrobiła wyśmienitą jajecznicę na kolację i w ramach przeprosin, nałożyła mu podwójną porcję.

Z zamyślenia wyrwało go pukanie do drzwi. Chciał podejść i otworzyć, ale de Anda była szybsza. Do pokoju wszedł gospodarz domu — Edan. Znacznie górował nad szczupłą dziewczyną w męskich ciuchach. W ręku trzymał dwa kubki z parującą herbatą. Postawił je na stole i powiedział:

– Pomyślałem, że może się napijecie czegoś ciepłego – głos miał niski, ale donośny. – W taką pogodę gorąca herbata jest najlepszym napojem. – Rozsiadł się wygodnie na kanapie.

Eren podszedł do stołu i usiadł na krześle. Wziął swój kubek i upił łyk. Przyjemne ciepło rozlało się po jego ciele. Lubił herbatę. Przyjemnie pachniała i rewelacyjnie smakowała. Kay usiadła naprzeciwko niego i również wzięła swój kubek w dłonie.

Edan uważnie się im przyglądał. Dwójka zwykłych nastolatków, którzy mogliby być jego dziećmi, musiała sobie radzić, żyjąc w tym popieprzonym świecie, a on zmuszony był przyznać, że wychodziło im to całkiem nieźle. Gdyby chłopak nie powiedział, jak się nazywa, nigdy by nie uznał, że jego obecny wygląd, to tylko przykrywka. To samo tyczyło się chudej dziewczyny. Na pierwszy rzut oka wyglądała jak młody mężczyzna. Dopiero gdy się przedstawiła, jego serce na chwilę zamarło, ale nie dał tego po sobie poznać. Potem nie miał czasu na rozpamiętywanie. Musiał zoperować rannego przyjaciela. Ciężko było mu patrzeć na nieprzytomnego Leviego. Nigdy by się nie spodziewał, że ten zwinny spryciarz kiedykolwiek mógłby zostać ranny i to dosyć poważnie.

– Proszę pana. – Kay zamachała mu dłonią przed twarzą. – Proszę pana, halo. – Otrząsnął się z zamyślenia i spojrzał na nią mętnym wzrokiem.

– Słucham?

– Jak długo będzie przebiegała rekonwalescencja kaprala? – spytała dziewczyna i odgarnęła z czoła denerwujące kosmyki włosów. Zaczęła żałować, że ścięła swoją gęstą, prostą grzywkę.

– Wszystko zależy od tego, czy będzie słuchał moich zaleceń i nie zacznie wstawać za szybko – wyjaśnił. – Powinien leżeć jeszcze jakieś dwa, może trzy tygodnie, aż rana całkowicie się zagoi i nie będzie zagrożenia, że pękną szwy. Jednakże znając Leviego…

– Dopilnuję, by nie ruszał się z łóżka – oświadczyła z zacięciem na twarzy. – Choćbym miała go do niego przywiązać. Już moja w tym głowa. – Edan popatrzył na nią z uśmiechem. Dziewczyna z temperamentem, zaangażowana, by ochraniać Erena i pilnować zdrowia tego gbura — Leviego Ackermana. Powinien być jej za to wdzięczny, ale nie sądził, by ten stary drań kiedykolwiek to okazał.

*****


Wyrwał się z nerwowego półsnu. Był cały spocony. Znowu bolał go prawy bok. Jęknął cicho i poruszył, by wygodniej się ułożyć. Mokra od potu koszulka kleiła mu się do pleców. Nawet bandaż był przesiąknięty. Chciałby móc wstać i ją ściągnąć, ale miał siły. Czuł ogarniającą go gorączkę i dreszcze na całym ciele.

W pokoju panował półmrok. Nafta w lampie się skończyła i jedyne światło dawał teraz ogień w kominku. Obrócił głowę w stronę drzwi, jakby miał nadzieję, że ktoś zaraz wejdzie i odrobinę mu pomoże. Nie pomylił się. Po chwili, która zdawała się być wiecznością, do alkierza weszła Kay, a za nią brodaty mężczyzna i jeszcze jakaś dziewczyna w długiej, do ziemi, sukience. Dopiero po chwili dotarło do niego, że to Eren.

– Co to za maskarada? – wycharczał, bo zaschło mu w gardle. – Coś ty na siebie włożył, bachorze?

– Nie ja, tyko ona – powiedział oburzony i wskazał na Kay. – Wcale nie chciałem zakładać tej… tej kiecki – wypluł z siebie ostatnie słowa.

– Natomiast – zaczęła de Anda – gdybyśmy się nie przebrali, to wpadlibyśmy w łapy Żandarmerii. Przypominam, że nas gonili.

– Ale ostatecznie przestali…

– Bo przestrzeliłam jednemu kolano – wycedziła przez zaciśnięte zęby. – Tylko dlatego przestali za nami biec. – Podeszła do łóżka Leviego. Westchnęła. Mężczyzna wyglądał żałośnie. Krople potu perliły mu się na czole. Oddech miał ciężki i nierówny. Mimo jego nieznacznych protestów położyła mu dłoń na czole. Był rozpalony, miał gorączkę.

– Proszę pana. – Odwróciła głowę do tyłu. Długowłosy mężczyzna stał przy kominku i grzał się. – Edan! – zawołała go po imieniu. Drgnął, wyrwany z zamyślenia i popatrzył na Kay.

– Co się stało?

– Gorączkuje i wygląda jak…

– Jak gówno, wiem – powiedział Levi, nie dając jej dokończyć. – Podobnie się czuję. – Eren wywrócił oczami. Słownictwo tego człowieka było odrażające i nierzadko wulgarne.

– Ja tego nie powiedziałam – mruknęła i usiadła na brzegu łóżka. Edan, tłumiąc śmiech, podszedł do nich, by ocenić stan rannego. Potem, razem z Kay, zmienili mu bandaże i przebrali czystą koszulkę.

Eren w tym czasie poszedł do kuchni i odgrzał dla kaprala trochę rosołu, który potem zaniósł na górę, razem ze szklanką wody. Postawił tacę na szafce obok łóżka i rzucił pytające spojrzenie Kay i Edanowi. Levi nie mógł normalnie siadać, a wiązała się z tym niezdolność do samodzielnego jedzenia. Ktoś musiał go nakarmić, by całkiem nie opadł z sił. Mężczyzna leżał z przymkniętymi powiekami. Chyba drzemał i na całe szczęście nie widział paniki w oczach de Andy, która nagle uświadomiła sobie, że wpatruje się w nią nie tylko Eren, ale również Edan.

– Chyba nie myślicie, że ja…

– A kto inny? – zapytał Eren. – Tylko ty się do tego nadajesz. Tobie wybaczy, nam nie.

– Chłopak ma rację. – Edan wstał od stołu i ruszył w stronę wyjścia. Eren poszedł za nim. Tak po prostu, bez słowa, zostawili ją samą z rannym kapralem i sobie poszli. Gdy zamknęli drzwi za sobą, Levi powiedział:

– Lubię rosół, ale najpierw prosiłbym wody, chce mi się pić.

– Nie spał pan? Cóż, mogłam się domyślić. – wymamrotała i podniosła mu głowę, przykładając szklankę do ust.

Gdy skończył pić wzięła do ręki talerz z zupą. Spojrzała na mężczyznę przepraszająco, ale kompletnie to zignorował. Nabrała rosołu na łyżkę i dała mu do zjedzenia, uważając, by go nie ochlapać.

Ze smakiem zjadł całą zupę. Była bardzo dobra, a on cholernie głodny. Kay musiała mu pomóc i go nakarmić. Co prawda odczuwał lekki dyskomfort w tej sytuacji, ale nie miał innego wyjścia. Był skazany na jej opiekę. Gdyby miał to zrobić Eren lub Edan, pewnie by zaprotestował w typowy dla siebie sposób, ale jej pomocną dłoń przyjął.

Odstawiła pusty talerz i wstała. Poprawiła Leviemu poduszkę i kołdrę. Wzięła tacę do rąk, ale nim wyszła – spytała:

– Może coś jeszcze pan chce?

– Herbaty – odpowiedział. – Czarnej herbaty bez cukru.

– To pójdę zrobić. – Uśmiechnęła się i wyszła zostawiając go samego.

Levi zamknął oczy. Słyszał jak krople deszczu uderzają w parapet. Wsłuchiwał się w ten dźwięk i czuł, jak ogarnia go senność. Pod puchatą kołdrą było mu przyjemnie ciepło. W końcu zasnął.

*********************************************************
Rozdział 5: "Inercja"
*********************************************************


Eren obudził się w środku nocy. Usiadł na łóżku i przetarł oczy. Na posłaniu obok spała Kay. Przez chwilę wsłuchiwał się w jej miarowy oddech. Po cichu wstał i wyszedł z pokoju. Udał się do kuchni. Chciało mu się pić. Na stole stała filiżanka z zimną herbatą. Przypomniał sobie, że Kay zrobiła ją dla kaprala, ale mężczyzna zdążył zasnąć, nim w ogóle mu ją zaniosła. Uśmiechnął się pod nosem na samo wspomnienie miny de Andy, kiedy wróciła z nietkniętym, gorącym napojem i zrezygnowana usiadła na krześle. Rola opiekunki dawała się jej we znaki i powodowała dyskomfort, ale naprawdę bardzo się starała. Eren czuł się w obowiązku jakoś jej podziękować, ale nie wiedział jak. Zbliżały się święta. Może mógłby kupić Kay jakiś prezent, który wyrażałby równocześnie wdzięczność? Nie był pewien, czy to aby dobry pomysł, ale zawsze mógł zaryzykować. Dopił zimną herbatę i umył filiżankę. Wrócił na górę, ale nim poszedł do sypialni, zajrzał do pokoju kaprala. Mężczyzna oddychał ciężko, na czole perliły mu się krople potu. Eren podszedł bliżej i dotknął jego czoła. Gorączka nadal się utrzymywała, ale nie był tak rozpalony jak kilka godzin temu. Zagryzł dolną wargę i podniósł mu lekko głowę do góry i poprawił poduszkę. Levi przebudził się i spojrzał półprzytomny na Erena.
– Co ty robisz? – spytał chrapliwym głosem.
– Poduszkę poprawiam – mruknął – rano zmienimy panu pościel, kapralu.
– Daj mi pić, skoro już tu jesteś – Eren wziął z szafki szklankę z wodą i przystawił Leviemu do ust. Ackerman wypił połowę i oblizał spierzchnięte wargi. – Która godzina?
– Pierwsza w nocy. – Chłopak odstawił pustą glaskę na bok i zaczął poprawiać kołdrę.
– Nie powinieneś spać?
– Wstałem się napić – wymamrotał Eren. – Przy okazji zajrzałem. Nie było z panem najlepiej przez ostatnich kilka dni.
– Dogadujesz się z Kay? – Levi zmienił niewygodny dla niego temat. Gdzieś w środku palił go wstyd, bo dał się postrzelić, a teraz musiał leżeć skazany na opiekę dzieciaków i przyjaciela z oddziału.
– Tak. Jest w porządku. Lubię ją, chociaż bywa bezwzględna – powiedział chłopak, ale nie określił na czym owa bezwzględność polegała. W zasadzie nie musiał tego robić. Levi doskonale wiedział, że Jaeger miał na myśli kobiece przebranie.
– Wracaj do łóżka, dzieciaku. Masz jeszcze trochę czasu na sen. – Eren uśmiechnął się blado, kiwnął głową i wyszedł z pokoju kaprala. Wrócił do alkierza, który dzielił z de Andą. Umościł się wygodnie pod kołdrą i przyłożył głowę do poduszki, czekając, aż nadejdzie sen. Niestety, nic takiego nie nastąpiło. Przeleżał kilka godzin, wpatrując się w sufit.

*****


Kay przewróciła się na lewy bok i szczelniej opatuliła kołdrą. W kominku wygasło, a w pokoju zrobiło się zimno. Spod półprzymkniętych powiek zerknęła na Erena. Chłopak leżał z rękami pod głową, nie spał. Ciepłe światło lampy naftowej, która stała na szafce między łóżkami, oświetlało mu twarz. Ziewnęła i zadrżała. Nawet pod kołdrą było jej zimno. Jaeger odwrócił spojrzenie w jej stronę. Wpatrywał się w Kay dłuższą chwilę po czym wstał z łóżka i stanął obok posłania dziewczyny. Otworzyła oczy i popatrzyła na chłopaka, nie wiedząc, o co właściwie mu chodziło.
– Posuń się – powiedział, a dziewczyna uniosła lewą brew do góry.
– Słucham? – Myślała, że się przesłyszała. Czy on właśnie zasugerował, oczywiście, nie wprost, że chce się obok niej położyć?
– Po prostu przesuń się kawałek dalej albo przelezę nad tobą, na jedno wyjdzie. – Wzruszył ramionami. – Nie chce mi się rozpalać ognia w kominku, o tej godzinie, a jest ci zimno. Jak się położę obok, to będzie cieplej.
– Chyba ci coś zaszko… – Nie zdążyła dokończyć, bo Eren bezceremonialnie przeszedł nad nią okrakiem i wsunął się pod kołdrę. Objął ją w pasie i przyciągnął do siebie.
Kay gwałtownie odwróciła się przodem do młodego żołnierza i odepchnęła go. Czuła na twarzy palący rumieniec.
Chłopak-tytan patrzył na nią znużony. Bez słowa ponownie ją przyciągnął i zakleszczył w objęciach. Czuł, jak się szarpała i nie mogła wyswobodzić z jego uścisku. Sprawiało mu to poniekąd satysfakcję. W końcu znalazł coś, co ją krępowało i nieco zawstydzało. Mógł to trochę wykorzystać, ale nie miał zamiaru. Nie chciał, by marzła. Czy było w tym coś złego?
– Puszczaj – warknęła. – Puszczaj, słyszysz? Nie masz prawa…
– Nic złego ci nie robię – mruknął jej do ucha. – Po prostu śpij, jest czwarta rano. – Nakrył ich dokładnie kołdrą i zamknął oczy.
De Anda leżała przodem do Erena, wtulona nosem w jego zagłębienie na mostku. Czuła się dziwnie, ale powoli zaczęła się rozluźniać. Przynajmniej było jej ciepło. Nieśmiało objęła Erena w pasie i pochyliła głowę w dół, przykładając ucho, do jego klatki piersiowej. Teraz słyszała bicie serca chłopaka. Z całych sił zacisnęła powieki, ale upragniony sen nie chciał nadejść. Podniosła wyżej rękę, którą obejmowała szatyna i opuszkami palców zaczęła delikatnie go łaskotać w kark. Jaeger drgnął i odchylił głowę do tyłu, próbując strząsnąć z szyi jej dłoń.
– Co ty mi robisz? – spytał, tłumiąc śmiech.
– Miziu, miziu, Eren – oznajmiła słodkim głosikiem. – Może zapamiętasz, że ładowanie się do mojego łóżka wiąże się z cierpieniami.
– Masz darmowe ogrzewanie, nie każdy ma ten przywilej. – Podciągnął ją wyżej, na wysokość swoich oczu. – Poza tym – uśmiechnął się szelmowsko – nie zaszkodzi mała zemsta za odzianie mnie w kieckę.
– Gorzej, jak wpadnie tu Edan i doniesie kapralowi o tym, co zobaczył – zauważyła i pstryknęła go w nos. – Co wtedy powiesz?
– Że próbowałem zadzierzgnąć nić przyjaźni – odpowiedział. – Zrozumie to. – Dziewczyna parsknęła śmiechem i zmierzwiła mu włosy.
– Nić przyjaźni, dobre sobie. – Odwróciła się tyłem do chłopaka. – Spróbuj położyć rękę gdzie indziej niż na brzuchu, a utnę ci palce.
– Wielkiej straty nie będzie – mruknął. – Odrosną. Jestem tytanem, zapomniałaś? – Odpowiedzi się nie doczekał. Kay zasnęła.
Eren ciężko westchnął, otoczył ją rękami w pasie i zamknął oczy. Ostatecznie i jego Morfeusz porwał w objęcia.

*****


Edan po cichu wszedł do pokoju Kay i Erena. Stanął jak wryty widząc ich razem w jednym łóżku. Raczej do niczego między nimi nie doszło, po prostu spali, ale ten widok całkowicie go zaskoczył. Chłopak-tytan obejmował de Andę w pasie, leżąc za nią. Brodaty mężczyzna podszedł bliżej i stanął obok łóżka. Spojrzał na nastolatków z lekkim uśmiechem. Nie zamierzał ich budzić. Też potrzebowali snu i dnia wolnego. Poprawił im kołdrę i wyszedł z sypialni. Teraz musiał zająć się Levim. Wziął ze swojego gabinetu wszystko, czego potrzebował przy zmianie opatrunku, i poszedł do pokoju, w którym leżał kapral.
Levi otworzył oczy i popatrzył na przyjaciela, który siedział obok niego na łóżku i przygotowywał świeże bandaże.
– Gdzie de Anda? – spytał.
– Śpi jeszcze – odpowiedział Edan cicho i podniósł Leviemu koszulkę od piżamy do góry.
– Eren też?
– To przesłuchanie?
– Odpowiedz – warknął i skrzywił się z bólu, bo Edan mocno szarpnął stary kompres. – Co ty, kurwa, robisz?
– Usiłuję zmienić opatrunek, ale mi tego nie ułatwiasz, bo leżysz sztywno jakby ci ktoś kołek w dupę wsadził – oznajmił Edan beznamiętnie i zaczął odwijać bandaż. – Uprzedzając ponowne pytanie: tak, Eren również śpi. W jednym łóżku z Kay. Coś ich łączy?
– C-co? – Levi był tak zaskoczony, że nawet się nie zdenerwował. – Nic mi nie wiadomo, by łączyło ich coś więcej poza koleżeństwem.
– Muszą się bardzo lubić – mruknął długowłosy mężczyzna i zaczął delikatnie dotykać szwów na brzuchu najsilniejszego żołnierza ludzkości. Kapral popatrzył na niego piorunująco i powiedział:
– Znają się od siedmiu dni.
– Miłości wiele nie potrzeba…
– Nie pierdol głupot, Edan. Ciebie to nie ruszyło?
– Nie mam w tym wypadku nic do gadania, dobrze wiesz dlaczego. – Posmarował zszytą ranę maścią i zostawił, by się wchłonęła.
– Ile mam tak jeszcze leżeć?
– Dwa, trzy tygodnie – powiedział Edan i rozerwał opakowanie z nowym bandażem. Chciał zacząć obwiązywać nim ranę kaprala, ale ten chwycił go za nadgarstek i spojrzał na niego wściekle.
– Nie żartuj sobie ze mnie, do kurwy nędzy. – Brodacz delikatnie wyszarpnął rękę z uścisku Leviego i spokojnie odpowiedział:
– Nie irytuj się, bo spotęgujesz ból. Twoja rekonwalescencja potrwa dwa albo trzy tygodnie, jeżeli się zastosujesz do moich poleceń. Może się przeciągnąć, jeśli zaczniesz wydziwiać i odstawiać cyrki, a tego bym nie polecał.
– Ty… – Edan położył mu swoją wielką dłoń na ustach i znacząco zacmokał.
– Nie kończ, bo może mi się przypadkiem wymsknąć, kto jest ojcem chrzestnym Kay, a tego byśmy nie chcieli, prawda? Przynajmniej na razie.
Levi patrzył na niego wściekłym wzrokiem. Cholerny szantażysta miał nad nim przewagę. Chciał coś jeszcze powiedzieć, ale ostatecznie nie odezwał się ani słowem. Edan w spokoju skończył zakładać opatrunek i opuścił jego pokój. Kapral został sam. Zdecydowanie wolał gdy bandaże zmieniała mu Kay.

*****


Raven siedział w swoim pokoju na szerokim parapecie i wpatrywał się w mglisty krajobraz za oknem. Dom, który zamieszkiwali banici, stał na środku rozległego wrzosowiska, a za nim, na wzgórzu, znajdował się las. Jednooki chłopak przyglądał się rozcapierzonym, pozbawionym liści gałęziom drzew. Wyglądały przerażająco i nie zachęcały, by wejść w głąb boru. Gdzieniegdzie znajdowały się wiecznie zielone świerki, jodły i sosny, które wydzielały przyjemny zapach w powietrzu. Chłopak westchnął i potarł prawe oko. Niewiele miał do roboty przez ostatnie dni. Xavier nie pozwalał mu się przemęczać, a wszystko przez to, że kaszlał krwią. Nudził się. Brakowało mu Kay. Nie mógł nawet jechać nocą do miasta z całą resztą. Brat uziemił go w domu na dobre. Raven wiedział, że jest chory, ale nie czuł się źle. Brał lekarstwa, ciepło się ubierał. Gdyby nie krew, która pojawiała się po każdym ataku kaszlu, Xavier nie zacząłby wszystkiego mu zabraniać. Oparł się głową o framugę okna i przymknął zdrowe oko. Zawsze, gdy tak robił, Kay, myśląc, że zasnął, delikatnie całowała go w skroń i nakrywała kocem, by nie zmarzł. Wiedział, że był to gest przyjaźni, nic więcej, ale celowo tak czynił, tylko po to, by dostać upragnionego buziaka.
Teraz jej tu nie było. W domu panowała głucha cisza. Nie było słychać dziewczęcego śmiechu i wrzasku, gdy narobili bałaganu w kuchni. Od tygodnia młodszy Linde nie mógł sobie znaleźć miejsca. Dotychczasowe w miarę poukładane życie zostało wywrócone do góry nogami. Nie wiedział, czemu tak reagował na jej nieobecność. To było nienormalne i irytujące. Zacisnął dłoń w pięść, a jego usta wykrzywił grymas niezadowolenia. Wiedział, że długo tak nie wytrzyma. Cholerna pustka dawała się we znaki. Nie umiał… nie chciał bez niej tu mieszkać. Za bardzo przywykł do obecności tej chudej, niepozornej dziewczyny z blizną na twarzy, którą miała przez niego. Na samo wspomnienie przeszedł go dreszcz. To się zdarzyło pięć lat temu… Wtedy stracił oko, a de Anda została oszpecona.

*****


Kay biegła za Ravenem. Głośny śmiech dziesięciolatki niósł się po lesie. Długa sukienka w kolorze indygo plątała się wokół jej nóg, ale nie zatrzymywała się. Podniosła ją nieco do góry i przyspieszyła. Musiała dogonić przyjaciela, aby nie pobiegł na skraj urwiska, które znajdowało się za lasem. Raven często o tym zapominał. Zupełnie zatracał się we wspólnej zabawie, a to nie zawsze miało przyjemnie konsekwencje. Najczęściej wracał poobijany z pozdzieranymi kolanami, nierzadko z limem pod okiem albo skręconą kostką i stłuczonym nadgarstkiem. Wyglądał wtedy jak kupka nieszczęścia. Takie trzy ćwierci do śmierci z drżącymi ustami i oczami pełnymi łez. Kay litowała się nad nim, opatrywała rany i przytulała. Czuła się jak starsza siostra, choć była od niego młodsza o rok.
Przyjaciel zniknął jej z oczu. Na pewno wybiegł z lasu. Miała nadzieję, że w porę się opamiętał i nie ruszył dalej w stronę urwiska. Było ono zarośnięte przez wysoką trawę, a kto tego nie wiedział, mógł spaść w dół. Zbocze nie było zbyt strome, ale kamieniste i można było się nieźle poranić. Kay wybiegła z lasu, zatrzymała się i rozejrzała wkoło. Ravena nigdzie nie było. Zaniepokojona ruszyła przed siebie. Szła ostrożnie, mocno stawiając nogi na ziemi. Nagle zza drzew wyskoczyła sarna. Dziewczynka przestraszyła się i gwałtownie cofnęła do tyłu. Grunt usunął się jej spod nóg. Czuła, że leci w dół. W ostatniej chwili ktoś złapał ją za nadgarstek. Spojrzała w górę, prosto w niebieskie oczy swojego przyjaciela — Ravena. Chłopiec próbował ją wciągnąć, ale nie miał na tyle siły. Złapała się prawą ręką kępki trawy i oparła stopę o wystający kamień. Chciała podciągnąć się do góry z pomocą swojego kompana, ale skała ukruszyła się i straciła podparcie. Z krzykiem opadła w dół urwiska. Ostatnie, co poczuła, to palący ból na lewym policzku, a potem straciła przytomność.
Ocknęła się kilka minut później. Leżała na kamieniach, które boleśnie wbijały się jej w plecy. Obróciła głowę i przerażona krzyknęła:
– Raven! – Chłopiec leżał obok niej buzią do ziemi i nie dawał oznak życia. Jakiś cienki patyk wystawał mu z boku twarzy. – Raven, coś ty narobił? – mamrotała przez łzy.
Z wysiłkiem się podniosła i usiadła. Odwróciła przyjaciela na plecy i przyłożyła dłoń do ust. Ten przeklęty patyk był wbity z boku lewego oka bruneta. Musiał upaść, gdy schodził na dół i nadział się na niego, a potem stracił przytomność. Zaczęła płakać. Nie wiedziała co robić, a do tego piekł ją lewy policzek, który był cały zakrwawiony. Uspokoiła się po dłuższej chwili. Na niebie zaczęły gromadzić się ciemne chmury. Gdzieś w oddali zagrzmiało. Nadchodziła burza, a oni byli uwięzieni na dole urwiska. Musiała coś wymyślić. Otarła rękawem łzy i krew z twarzy, a potem wzięła mały, ostro zakończony kamyk i zrobiła dziurę na dole sukienki. Wsadziła w nią palec i przerwała, a potem oderwała spory kawałek materiału, który miał jej posłużyć jako prowizoryczny bandaż. Następnie podniosła delikatnie głowę Ravena i położyła sobie na kolanach. Rana na twarzy strasznie ją piekła, do oczu napływały łzy, ale starała się nie mazać. Musiała pomóc przyjacielowi, który był w znacznie gorszym stanie i prawdopodobnie stracił oko. Ostrożnie wyjęła patyk z rany, przycisnęła do niej mocno chusteczkę, którą znalazła w kieszeni spodni Ravena i zaczęła bandażować. Gdy skończyła zaczęła lekko klepać chłopca po prawym policzku.
– Raven, ocknij się, proszę cię. – Brunet cicho jęknął. – Otwórz prawe oko, słyszysz. Musimy się stąd wydostać, idzie burza. Błagam, nie odpływaj. – młodszy Linde z trudem uniósł prawą powiekę. Spojrzał na Kay nieprzytomnie, a ze zdrowego oka popłynęły łzy.
– Prze-przepraszam – wychrypiał i zaniósł się szlochem. – To m-moja w-wina.
– Nie, nie mów tak. – Szatynka pokręciła głową i pomogła mu usiąść. – Dasz radę wstać? Musimy stąd iść. Może znajdziemy jakieś inne, lepsze wejście na górę. Tu się nam nie uda. – Raven kiwnął nieznacznie i z pomocą przyjaciółki stanął na nogi. Z bólu kręciło mu się w głowie. Popatrzył na de Andę. Dopiero teraz zauważył, że ona też miała ranę na twarzy, która ciągnęła się od dolnej powieki lewego oka do żuchwy. Na pewno wymagała szycia. Była poszarpana i cały czas krwawiła. Podniósł rękę i delikatnie dotknął zranionego policzka przyjaciółki. Nawet jeśli rana zostałaby porządnie zszyta, to i tak będzie miała bliznę. Wszystko przez jego głupotę…

*****


Otworzył oko i otarł łzy. Odpowiadał za to, co się wydarzyło pięć lat temu. Gdyby nie próbował wtedy złapać tej przeklętej sarny. Spłoszył ją i łania wyskoczyła zza drzewa, a Kay się przestraszyła i straciła równowagę. Owszem, próbował pomóc de Andzie, ale nie dał rady. Przyjaciółka spadła i rozharatała policzek, a on nadział się na patyk, bo gdy schodził w dół i był już całkiem blisko Kay, zahaczył nogą o wystający kamień i upadł. Przez własną nieuwagę i lekkomyślne zachowanie stracił oko. Do dzisiaj pamiętał wściekłość Xaviera, który ich znalazł i przy pomocy kilku kompanów z Empty Darkness wyciągnął z rozpadliny. Młody Linde nie zapomniał, że mimo odniesionego obrażenia dostał dobitne kazanie na temat braku odpowiedzialności, bo przecież był straszy od de Andy i miał obowiązek się nią opiekować, a nie odwrotnie. Brat chciał go nawet uderzyć, ale Kay zaczęła płakać więc podarował mu lanie.
Ciche pukanie do drzwi wyrwało Ravena z zamyślenia.
– Otwarte – powiedział i zszedł z parapetu. Do pokoju wszedł Xavier. Czarne falowane włosy miał rozpuszczone jak nigdy.
– Kolacja na stole – poinformował młodszego brata i uważnie mu się przyjrzał.
– Nie jestem głodny – mruknął Raven i usiadł na łóżku. Wstrząsnął poduszką i rzucił ją byle jak na wezgłowie posłania.
– Od kilku dni prawie nic nie jesz. – Xavier zmarszczył brwi niezadowolony i podszedł do chłopaka. – Rozumiem, że doskwiera ci nuda i być może samotność, ale czy możesz nie robić z siebie męczennika i jadać normalnie, jak człowiek?
– Odwal się – warknął jednooki brunet. – Czepiasz się nie wiem o co. Nie jestem głodny, to nie będę jadł, tyle w tym temacie.
– Ona sobie da radę, Raven, a ty musisz pogodzić się z jej nieobecnością. – Starszy Linde zaczął spokojnie tłumaczyć.
– PRZESTAŃ PIERDOLIĆ! – ryknął nastolatek i zerwał się z łóżka jak oparzony. Stanął naprzeciw brata i wbił w niego wściekłe spojrzenie zdrowego oka. – NIC, KURWA, NIE ROZUMIESZ! BOJĘ SIĘ, MARTWIĘ O NIĄ! TĘSKNOTA TO JEDNO, A… – urwał wpół zdania i ukrył twarz w dłoniach.
– A miłość to co innego, tak? – spytał Xavier ze stoickim spokojem i położył mu dłoń na ramieniu. Raven spojrzał na niego i lekko się zaczerwienił.
– Ja… eeem… nie wiem o czym ty mówisz – wydukał. Złość mu przeszła tak samo szybko, jak się pojawiła. Zastąpiło ją zawstydzenie. – Straszne głupoty gadasz. Pewnie jesienne powietrze ci zaszkodziło. – Wbił wzrok w drewnianą podłogę i włożył ręce do kieszeni spodni. Xavier parsknął śmiechem, a chłopak popatrzył na niego zdezorientowany.
– Oczywiście, gadam głupoty jak cała reszta. – Klepnął młodszego brata w plecy. – Udajmy, że nikt nie widział, jak robiłeś do Kay maślane oczka.
– Pffff. – Chłopak zaczerwienił się jeszcze bardziej i zaczął uderzać czubkiem kapcia w nogę łóżka. – Idź sobie, wredna istoto – burknął pod nosem i spojrzał na brata spod byka.
– Ktoś tu się zakochał. – Złośliwy uśmieszek zagościł na twarzy przywódcy ED. – Zakochana para…
– Och, zamknij się wreszcie – warknął Raven. – Jesteś pewien, że masz trzydzieści lat?
– Czuję się na znacznie mniej.
– To widać…
– Też cię kocham, braciszku, a teraz chodź na kolację, bo wystygnie.
– Za chwilę zejdę – mruknął jednooki, a Xavier podszedł do drzwi i nacisnął klamkę. – A, jeszcze jedno. – Starszy Linde odwrócił się i spojrzał na Ravena pytająco, a ten wycelował w niego palec wskazujący. – Nie zakochałem się, jasne?
– Jasne jak słońce – potwierdził mężczyzna i wyszedł z pokoju. – Szkoda, że sam w to nie wierzysz – mruknął do siebie, gdy zamknął drzwi.
Raven westchnął ciężko i ponownie usiadł na łóżku. Podniósł rękę i ściągnął gumkę z części włosów, które miał zaczesane do tyłu i związane w małą kitkę. Potargał je i tak zostawił. Policzki nadal go paliły. Xavier mówił czasami takie głupoty, które go zawstydzały. Sam nie wiedział dlaczego tak zareagował. Kay była jego przyjaciółką, to normalne, że za nią tęsknił i martwił się, bo nie wiedział co teraz robiła i gdzie się znajdowała. Miał nadzieję, że nie działo się jej nic złego. Zacisnął dłonie i zagryzł dolną wargę. Był pewien, że długo nie wytrzyma bez żadnych wieści od de Andy. W głowie zaświtał mu pewien pomysł, a na ustach zagościł uśmiech zadowolenia. Skoro Xavier nie chciał mu powiedzieć, gdzie obecnie przebywała Kay, to on — Raven nie zamierzał go o to więcej prosić. Postanowił sam odnaleźć dziewczynę i zaskoczyć ją odwiedzinami.

*********************************************************
Rozdział 6: "Nieoczekiwane spotkanie"
*********************************************************


Kay stała przy piecu kaflowym i mieszała zupę w garnku. Lubiła gotować, dlatego zawładnęła kuchnią Edana i, uszczęśliwiona, przygotowywała obiad. W szafce znalazła suszone grzyby i postanowiła ugotować zupę, a na drugie danie omlety z serem. Eren siedział przy stole i uważnie obserwował dziewczynę. Nigdy nie widział osoby, która z taką pasją podchodziłaby do mieszania w garach i przewracania placków na patelni. Po dłuższej chwili oderwał od niej wzrok i wrócił do czytania książki, którą pożyczył z biblioteki gospodarza. Była to stara powieść, która zachowała się jeszcze z przed ery tytanów. W obecnych czasach pisarze nie tworzyli nic ciekawego i porywającego. Ich wyobraźnia zubożała, a pomysły były zbyt schematyczne, kompletnie nie wzbudzały zainteresowania.
Eren bardzo lubił czytać, sprawiało mu to przyjemność. Mógł się odizolować, choć na chwilę, od otaczającej go rzeczywistości i dać ponieść wyobraźni. W zamku też mieli bibliotekę. Znaleźli w niej mnóstwo starych, nieco zżółkniętych książek, które nadal nadawały się do czytania. W dni wolne od treningów i innych zajęć schodził do czytelni, brał powieść, która go interesowała, siadał w pokoju przy kominku i wraz z pierwszą stroną przenosił się w czasy mrocznego średniowiecza, gdzie dominowały intryga, inkwizycja oraz rycerze i czarownice. Uwielbiał również powieści gotyckie, pełne tajemniczej i upiornej atmosfery. Nawiedzone budowle, stare zamki, poczucie grozy, śmierć, klątwy były na swój sposób fascynujące i jednocześnie przerażające. Dla czytania takich książek warto było dawać z siebie wszystko na treningach. Eren starał się również jak najlepiej wykonywać wszystkie polecenia i zadania, które zlecał mu kapral Levi, bo wtedy nie musiał niczego poprawiać i bez wyrzutów sumienia ponownie zagłębiał się w lekturze. Przyjaciele czasami się denerwowali, bo nie spędzał z nimi zbyt dużo czasu, ale ostatecznie dawali mu spokój. Wiedzieli, że od ciekawej powieści Erena nie da się tak łatwo oderwać. Nawet Mikasa nie miała szans, by tego dokonać.
Kay zabębniła paznokciami w blat stołu. Jaeger drgnął, oderwał wzrok od książki i przeniósł go na dziewczynę. Patrzyła na niego z nikłym uśmiechem, jakby na coś czekała. Nie wiedział o co jej chodziło. Przełknął ślinę, bo zaschło mu w gardle i zapytał:
– Coś się stało?
– Nie, czemu pytasz?
– Bo stoisz nade mną jak kat nad ofiarą i tak się zastanawiam, o co ci chodzi – odpowiedział i ujął ją za rękę. – Nie stukaj tak, szkoda paznokci.
– Przestań – mruknęła i odsunęła się dwa kroki od chłopaka. Rano, gdy się obudziła, było jej nadzwyczaj ciepło. Dopiero po dłuższej chwili dotarło do niej, że to za sprawą Erena. Chłopak leżał za nią i obejmował ją w pasie. Na karku czuła jego ciepły oddech, który lekko łaskotał. Było to przyjemne i na samą myśl o tym, że mogłaby tak leżeć cały dzień, zaczerwieniła się niczym dorodne jabłko i prędko zerwała na równe nogi. Jaeger, wyrwany ze snu, nie wiedział co się dzieje, ale niczego mu nie wyjaśniała. W pośpiechu się ubrała i zeszła na dół, by zrobić śniadanie. Dopiero wtedy ochłonęła i odzyskała jasność myślenia. Eren dołączył do niej pół godziny później i siedział cały czas z książką przy stole, aż do teraz.
– Mam przestać? – Zdziwienie malowało się na twarzy chłopaka. – Ale ja ci przecież nic nie robię. Czy coś się stało, Kay?
– Zawołaj Edana, obiad jest gotowy. – Dziewczyna zmieniła temat i podeszła do szafki. Wyjęła talerze i zaczęła je rozkładać na stole.
Eren westchnął i poszedł na górę do pokoju kaprala. Wiedział, że tam zastanie gospodarza domu. Zapukał do drzwi i wszedł. Brodacz właśnie zmieniał Leviemu opatrunek, a ten leżał z kwaśną miną i poddawał się tej czynności bez słowa sprzeciwu. Obaj spojrzeli pytająco w kierunku chłopaka-tytana, a ten tylko cicho wymamrotał:
– Obiad jest gotowy.
– Zaraz zejdę – powiedział Edan i wrócił do bandażowania rany kaprala. – Czy Kay potem przyjdzie zająć się tym marudą? – Wskazał na Leviego, który spiorunował go wzrokiem i syknął:
– Sam sobie poradzę…
– Tak jak sobie poradziłeś przy porannej próbie siadania?
– Mały wypadek…
– Mały wypadek?! – ryknął Edan. – Czy najsilniejszy żołnierz ludzkości jest aż takim idiotą, by małym wypadkiem nazywać fakt, że prawie popękały mu szwy?!
– Co ty, kurwa, powiedziałeś? – Levi chwycił go za kołnierz.
Eren stał z boku i przyglądał się im z niedowierzaniem. Dwóch dorosłych facetów kłóciło się niczym dzieci w piaskownicy o łopatkę. Doskoczył do nich w momencie, gdy kapral złapał Edana za kołnierzyk koszuli. Ścisnął nadgarstek Leviego i wyszarpał mu z dłoni kragel koszuli brodacza.
– Dosyć! – krzyknął. – Wy jesteście nienormalni! Dorośli mężczyźni, żołnierze, a gorsi od dzieciaków z podwórka. – Nawet nie zauważył, kiedy zaczął do nich mówić na „ty”. – Uspokójcie się natychmiast albo zabieram Kay i wracam z nią do zamku, bo w domu wariatów nie zamierzam dłużej przebywać. A pan, kapralu – zwrócił się w stronę Leviego – przestanie cyrkować i cudować, bo inaczej rekonwalescencja będzie się ciągnęła w nieskończoność. – Wbił w nich wściekłe spojrzenie.
Mężczyźni patrzyli na niego oniemiali. Levi nagle zmarszczył brwi. Gówniarz odważył się na niego nawrzeszczeć.
– Co to miało znaczyć, bachorze? – wycedził przez zaciśnięte zęby.
– Może mnie pan ukarać, wszystko mi jedno. – Chłopak wzruszył ramionami. – Żadnej nowości w tym nie będzie, ale najpierw proszę wyzdrowieć. Jest pan potrzebny ludzkości, kapralu. – Spuścił głowę i zacisnął dłonie w pięści. Levi spojrzał na niego zaskoczony słowami, które usłyszał, a Edan tylko uśmiechnął się pod nosem. Lubił tego narwanego, temperamentnego dzieciaka. Odważył się podnieść głos na starszych od niego nie tylko stopniem żołnierskim i brodacz musiał przyznać, że zrobiło to na nim wrażenie. Wstał i poklepał Erena po ramieniu.
– Żadnej kary nie będzie – powiedział wesoło. – Zgodzisz się ze mną, Levi? – Rzucił ostrzegawcze spojrzenie przyjacielowi, który niechętnie przytaknął mu skinieniem głowy. Eren uśmiechnął się niewyraźnie i podszedł do drzwi. – Jak zaraz nie zejdziemy na obiad, Kay się wścieknie i więcej nic nie ugotuje, a nie chcę znów jeść gulaszu ziemniaczanego – powiedział dobitnie. – Zdecydowanie wolę grzybową i omlety.
– Zaraz przyjdę. – Edan usiadł na brzegu łóżka. – Dokończę tylko bandażowanie. – Eren kiwnął głową na znak, że rozumie i wyszedł z pokoju. Zszedł do kuchni. Przy stole siedziała Kay, a jej mina nie wróżyła niczego dobrego.
– Czy po Edana szedłeś przez Shiganshinę? – spytała zjadliwie i rzuciła chłopakowi rozzłoszczone spojrzenie.
– Nie musisz być złośliwa – zaczął – Edan był u kaprala. Zaczęli się kłócić i…
– Gówno mnie to interesuje – weszła mu w pół słowa. – Ja nie będę odgrzewać obiadu po kilka razy. Muszę się jeszcze kapralem Levim zająć, a nie tylko wam pod nos podstawiać.
– Mówisz jak zezłoszczona żona. – W kuchni rozległ się głos Edana. Nastolatkowie spojrzeli na mężczyznę jednocześnie. Ten posłał im promienny uśmiech i wygodnie rozsiadł się przy stole. – Nie ma co się wściekać, Kay. Chłopak przyszedł mnie zawołać i przy okazji zapobiegł końcowi świata w postaci furii Leviego, dlatego dłużej mu zeszło.
– Co nie zmienia faktu, że… – Nie skończyła, bo Eren odwrócił się na pięcie i wymaszerował z kuchni. Zaskoczona popatrzyła na brodatego mężczyznę i uniosła ręce rozkładając je na boki. – Co go ugryzło?
– Chyba zrobiło mu się przykro – zauważył żołnierz i posłał jej znaczące spojrzenie. – Idź po niego, ja sobie obiad wezmę.
– Ale…
– No już, już, idź. – Wstał i podszedł do de Andy. – Udobruchaj go jakoś. Nie wiem, przytul, przeproś, że tak na niego naskoczyłaś, cokolwiek, bo szkoda, byście się kłócili.
Kay wywróciła oczami i wstała od stołu. Chciała coś jeszcze powiedzieć, ale Edan położył jej palec na ustach i znacząco zacmokał. Nie miała wyjścia. Musiała pójść pogadać z Erenem. Udała się do ich wspólnego pokoju, ale tam chłopaka nie zastała. Zmarszczyła brwi i zastanowiła się chwilę. Gdzie mógł pójść? Ten dom nie był tak duży, by nie mogła go znaleźć. Nagle coś jej zaświtało w głowie. Pokój z książkami. Prywatna biblioteczka Edana. Eren uwielbiał czytać, na pewno zaszył się wśród regałów, bo tam miał święty spokój. Poszła na poddasze, gdzie mieściła się mała biblioteka. Weszła po cichu do środka i stanęła przy ścianie obok drzwi. Eren siedział na zielonym fotelu i czytał. Cicho podeszła bliżej i stanęła z tyłu. Przez oparcie przełożyła ręce, ujęła w dłonie jego twarz i delikatnie odchyliła do tyłu. Chłopak nie wyrwał się, nie strząsnął jej dłoni. Już wcześniej wiedział, że przyszła, ale udawał, że nie zauważył. Teraz patrzył jej w oczy i czekał co dalej zrobi.
– Bardzo się gniewasz? – zapytała cicho.
– Jeśli tak, to co? – odpowiedział pytaniem na pytanie, a Kay westchnęła i usiadła na bocznym oparciu fotela. Objęła go za szyję, obróciła w swoją stronę i nachyliła się. Eren zesztywniał. Znowu stawiała go w niezręcznej sytuacji, bo nie wiedział co chciała zrobić, a jej usta znajdowały się niebezpiecznie blisko jego warg.
– No nie wiem. – Uśmiechnęła się. – Może powinnam cię pocałować?
– No, może – mruknął niewyraźnie. – Za blisko jesteś, wiesz? – odchrząknął i nieco się odsunął.
– Boisz się?
– Nie, ale jestem tylko facetem – wyjaśnił. – Za chwilę zrobię coś głupiego i zarobię płaskiego w twarz, a wolałbym tego uniknąć. Wystarczy, że zbieram cięgi za wszystkich wkoło.
– Za bardzo dramatyzujesz. – De Anda chwyciła go za podbródek i przysunęła się jeszcze bliżej.
Eren czuł jej ciepły oddech na twarzy i patrzył na nią z niedowierzaniem. Był całkowicie bezsilny w obecności szatynki. Bał się tego, co chciała zrobić. Jak wtedy by zareagował? Nie wiedział. Przełknął ślinę, gdy zauważył, że usta Kay zaczęły przybliżać się do jego warg. Chciał ją odepchnąć, ale nie mógł. Ręce odmówiły mu posłuszeństwa. Siedział jak sparaliżowany i pozwalał, by ta niepozorna dziewczyna decydowała za niego. Nagle de Anda odchyliła głowę lekko w bok i poczuł jej usta na swoim policzku.
– Nie gniewaj się już – cichy szept zabrzmiał mu w uchu. – Chodź na obiad i nie stresuj się tak. Nie wpiję się w twoje usta niczym wampir, bez obaw.
– To nie prowokuj więcej takich sytuacji, to krępujące.
– To wszystko przez to, że tak uroczo się rumienisz. Czasami po prostu nie mogę się powstrzymać i czuję nagłą potrzebę żeby cię zawstydzić. – Eren spojrzał na nią z wyrzutem i wstał z fotela.
– Naprawdę jesteś okropna – powiedział. – Ale i tak cię lubię. To co, idziemy na ten obiad? Grzybowa i omlety to coś czego mi potrzeba. – Podał jej rękę, a Kay wstała. Oboje poszli do kuchni. De Anda odgrzała zupę, którą zjedli ze smakiem, a potem usmażyła trzy omlety. Jeden musiała przygotować dla kaprala.
– Pójdziesz go nakarmić?
– Nie mam innego wyboru, musi coś jeść.
– Rano próbował wstawać, wiesz o tym?
– W takim razie go ochrzanię. – Kay wzruszyła ramionami i podała Erenowi talerz z omletem.
– Już to zrobiłem – oznajmił z dumą, nabił kawałek placka na widelec i zjadł. – Mmmm, pycha.
– Widzę, że ci smakuje – zauważyła i uśmiechnęła się do niego.
– Nawet bardzo. – Na chwilę oderwał się od jedzenia i popatrzył na szatynkę. – Czy mogłabyś… Czy mogłabyś usmażyć mi jeszcze jednego? – Kay roześmiała się w głos i nabiła swojego omleta na widelec, a następnie przełożyła na talerz Erena.
– Zjedz mojego, a ja pójdę z obiadem do kaprala, bo jest pewnie cholernie głodny. – Wstała od stołu i przyszykowała tacę. Chwilę później wyszła z kuchni i udała się do pokoju, gdzie leżał Levi.

*****


Raven przemieszczał się bocznymi i mało uczęszczanymi uliczkami miasta. Szukał jakiejś zapomnianej i mało zaludnionej karczmy z możliwością zakwaterowania się. Musiał znaleźć Kay, a nie wiedział gdzie obecnie przebywała, dlatego potrzebował miejsca na nocleg i czasu na poszukiwania. Nagle zauważył obdrapany drewniany szyld, umocowany na metalowym pręcie wbitym w ścianę. Podszedł bliżej. Krzywe litery były namalowane białą farbą, która zaczynała się łuszczyć. Napis głosił, że Raven znajdował się przed karczmą „Wilczy Szaniec”. Pchnął ciężkie dębowe drzwi i wszedł do środka. Wnętrze było oświetlone lampami naftowymi. Przy ścianach stały drewniane stoły. Jeden z nich zajmował jakiś człowiek, który jadł zupę. Poza tym było pusto. Gospodarz stał za ladą i polerował kufle. Spojrzał na przybysza bez szczególnego zainteresowania, nie przerwawszy wykonywanej czynności. Raven zbliżył się do lady i spytał:
– Miejsce na nocleg macie, gospodarzu?
– Może mamy, może nie mamy…
– Płacę z góry za cały tydzień – powiedział i podał mężczyźnie zwitek banknotów. – Teraz się coś znajdzie?
– Ano znajdzie, skoro klient taki hojny – odparł właściciel i przeczesał przerzedzone włosy na głowie. Potem wyjął spod lady klucz i wręczył Ravenowi. – Pójdzie pan w głąb sali. Po prawej są schody. Wlezie pan na górę, skręci w prawo i pierwsze drzwi po lewej otworzy. Alkierz niewielki, ale czysty. Łazienka jest na końcu korytarza. Życzę miłego pobytu.
– Dziękuję. – Jednooki chłopak wziął klucz i poszedł, by ulokować się w pokoju.
Pomieszczenie nie było duże, ale dla niego w sam raz. Raven wypakował swoje rzeczy ze szmacianego plecaka i włożył do szafy, która stała blisko wejścia. Na stoliku obok łóżka położył klucz i sakiewkę z pieniędzmi. Zrzucił buty i położył się na posłaniu. Potrzebował chwili odpoczynku. Całą noc szedł pieszo, a potem musiał się nagimnastykować, by nie zwrócił na niego uwagi żaden ze strażników, którzy pilnowali głównej bramy do miasta. Udało mu się wskoczyć na jadący zadaszony wóz i tym sposobem znalazł się w centrum dystryktu Trost. Potem niepostrzeżenie zeskoczył z wozu i bocznymi uliczkami dotarł aż do tej karczmy. Był zmęczony, ale nie miał czasu na wylegiwanie się, dlatego przetarł zmęczone oczy i wstał. Wziął ręcznik, czyste ubrania i poszedł do łazienki. Musiał wziąć letni prysznic dla orzeźwienia. Pół godziny później zszedł na dół. Właściciel rozmawiał z kelnerką. Zwrócił uwagę na gościa dopiero, gdy ten podszedł do lady i spytał:
– Czy jest tu jakieś dodatkowe wejście, by dostać się do pokoju?
– Z tyłu budynku. Są otwarte do północy, dlatego najlepiej wrócić na czas – poinformował go gospodarz i skinieniem głowy nakazał kelnerce, by wzięła ścierkę i powycierała stoły.
Raven posłał dziewczynie rozbrajający uśmiech, a ta zaczerwieniła się i prędko zabrała do pracy. Chłopak pożegnał się i wyszedł.
Na dworze siąpił deszcz i wiał nieprzyjemny zimny wiatr. Młody Linde narzucił kaptur płaszcza na głowę i ruszył w miasto, by poszukać Kay. Nawet nie był pewien, czy tu przebywała, ale musiał spróbować. Skręcił w boczną uliczkę i udał się do centrum. Tam miał największe szanse, by spotkać Kay. Jeśli dobrała się do gotowania, to na pewno będzie potrzebowała składników do swoich potraw. Na samą myśl o jej daniach w żołądku nieznośnie mu zaburczało. No tak, przecież nie zjadł nawet śniadania. Skrzywił się i rozejrzał w koło, szukając wzrokiem piekarni. Uśmiechnął się, gdy zauważył duży szyld na końcu placu targowego. Poszedł tam szybkim krokiem i wszedł do środka. Nie było dużej kolejki, więc szybko kupił drożdżową bułkę nadziewaną marmoladą z dzikiej róży i wbił w nią zęby. Była świeża i wspaniale smakowała. Dawno nie jadł takiego słodkiego specjału. Uszczęśliwiony, szybko pochłonął drożdżówkę i zaczął się wolno przechadzać między ulicznymi kramami. Co jakiś czas zatrzymywał się przed sklepowymi witrynami i przyglądał ekspozycjom na wystawach. Sklep z wyrobami ceramicznymi przyciągnął jego uwagę na dłużej. Ostatecznie postanowił do niego wejść. Na półkach w środku stały najróżniejsze cuda, wykonane z gliny, wypalone i szkliwione. Jedne pomalowane były barwami tęczy, inne pozostawały w odcieniach kremu, beżu i brązu. Ravenowi najbardziej spodobały się ceramiczne kielichy i anioły. Kay też by przypadły do gustu, był tego pewien. Zdjął z półki kremowo-brązowego anioła w zbroi, który dzierżył w rękach miecz. Uśmiechnął się i podszedł z nim do lady. Podał go sprzedawczyni, a ta zapakowała figurkę w niewielkie, papierowe pudełeczko i oddała chłopakowi.
– Ile płacę?
– Trzy złote monety – odpowiedziała na pytanie chłopaka, a ten wyjął z sakiewki należną sumę i podał kobiecie do ręki.
Nagle ktoś wszedł do środka. Raven odwrócił się gwałtownie w stronę drzwi i otworzył usta ze zdziwienia. Na progu stała Kay, ale wyglądała inaczej niż w dniu wyjazdu z Kruczego Pustkowia.
– K-Kay? Czy to ty? – Dziewczyna popatrzyła na niego i z wrażenia upuściła koszyk, który trzymała w rękach.
– Raven? A co ty tutaj robisz? – Podeszła do niego i położyła mu dłoń na ramieniu. – Dlaczego przyjechałeś do miasta? – spytała szeptem. – Przecież wiesz, co ci grozi. Nie masz papierów, jak cię dorwie Żandarmeria, to trafisz na stryczek, a ja nie będę mogła nic zrobić.
– I tak coś wymyślisz. – Uśmiechnął się szelmowsko i przyciągnął de Andę do siebie. Objął ją w pasie i przytulił. – Nie widziałem cię tyle czasu, a ty się nawet porządnie nie potrafisz przywitać.
– Raven, jesteśmy w sklepie – wymamrotała i odsunęła się od niego. – Sprzedawczyni na nas patrzy. Poza tym nie widziałeś mnie zaledwie od ośmiu dni.
– No właśnie, to całe wieki. – Ściągnął usta w ciup. – Stęskniłem się.
– Najprawdopodobniej za moimi obiadami, a nie za mną – sarknęła i skrzyżowała ręce na piersiach. – A teraz rusz się, wychodzimy. Zabieram cię ze sobą.
– Wedle rozkazu, ale muszę wrócić po swoje rzeczy. – Wyszli ze sklepu i ruszyli przed siebie.
– A gdzie je masz?
– Karczma „Wilczy Szaniec”, mówi ci to coś?
– Kompletnie nic, ale podejrzewam, że to jakieś zapomniane miejsce na końcu świata.
– No, coś w tym stylu – zgodził się z nią. – Widzisz, zachowałem podstawowe środki ostrożności, ale…
– Ale co?
– Zapłaciłem facetowi z góry za cały tydzień – powiedział Raven ze skwaszoną miną.
– Trzeba było tego nie robić – odparła Kay beznamiętnie i chwyciła przyjaciela pod ramię.
– Nie przewidziałem, że znajdę cię jeszcze tego samego dnia.
– W zasadzie wcale mnie nie znalazłeś, weszłam przypadkiem do tego sklepu. – Jednooki chłopak poczuł się jakby mu wylała kubeł zimnej.
– Lubisz mi dowalać, co? – spytał z markotną miną. – A ja ci prezent kupiłem…
– Tak? A jaki? – Zaciekawiła się i popatrzyła na bruneta wyczekująco.
– Jak dostanę standardowego buziaka, to ci pokażę.
– Pffff, zapomnij. – Wycelowała w niego palec. – Może, jak zasłużysz, to się zastanowię.
– I vice versa, kotku. – Objął ją po przyjacielsku za ramię i razem poszli po rzeczy Ravena.
Deszcz przestał padać. Pojawił się pierwszy tegoroczny śnieg.

*********************************************************
Rozdział 7: "Ofiara"
*********************************************************


Grube płatki śniegu wirowały w powietrzu i lekko opadały na brukowane ulice miasta, po czym natychmiast znikały. Kay stała przed karczmą „Wilczy Szaniec” i czekała na Ravena, który niespodziewanie pojawił się w mieście. Wiedziała, że powinna być na niego wściekła, ale nie potrafiła się gniewać dłużej niż kwadrans. To była jej wada, ale zupełnie nie umiała zwalczyć tej cechy. Westchnęła i wsadziła ręce do kieszeni. Tęskniła za Ravenem, ale nie mogła pozwolić, by z nią został. Coś mogło mu się stać. Ona papiery dostała, przebywała w mieście legalnie, a on ich nie miał. Jeżeli dorwałaby go Żandarmeria…

Otrząsnęła się z nieprzyjemnych myśli i spojrzała w niebo. Nadal było zachmurzone i wciąż padał śnieg. Nieubłaganie nadchodziły zima i święta. Musiała pomyśleć o prezentach. Tym razem miała okazję kupić je w mieście osobiście i ładnie zapakować. Nigdy nie miała problemu z doborem podarunku dla przyjaciół z Empty Darkness, ale tego roku, pierwszy raz będzie kupowała prezenty dla praktycznie obcych ludzi. Nie miała pojęcia, co lubią.

– Hej, nad czym tam rozmyślasz? – Z zamyślenia wyrwał ją głos Ravena, który stanął tuż za nią.

– Co? Ach, nad niczym takim – wymamrotała i potarła bliznę na policzku. – To jak, idziemy?

– Tak, możemy iść. – Chłopak zmarszczył brwi i uważnie przyjrzał się przyjaciółce.

Na twarzy dziewczyny nadal malowała się zaduma. Był ciekaw, o czym tak rozmyślała, ale nie chciał dziewczyny naciskać. Chwycił ją za rękę i poszli w stronę zachodniego Trostu.

*****


Eren siedział w kuchni i czytał. Tak go wciągnęła gotycka powieść, że całkiem zapomniał o Kay, która powinna była wrócić jakąś godzinę temu. Dopiero, gdy Edan wszedł do kuchni i spytał, gdzie podziewa się de Anda, młody żołnierz spojrzał na zegarek i zamrugał oczami ze zdziwienia.

– To jej jeszcze nie ma?

– Nie, chyba że czegoś nie zauważyłem – odparł i nalał sobie wody do szklanki. –Znowu się pokłóciliście?

– Dlaczego mielibyśmy się pokłócić? – Eren zaznaczył zakładką, gdzie skończył czytać i zamknął książkę.

– Z wami to różnie może być…

– Nie demonizujesz za bardzo? – Chłopak zmarszczył nos. – Może ją złapali… Pójdę jej poszukać…

– Siedź – powiedział stanowczo Edan. – Tobie nie wolno samemu wychodzić. Zarówno w przebraniu jak i bez niego. Kay ma papiery, nic jej nie grozi. Może weszła do jakiegoś sklepu z pierdółkami, ciuchami czy coś, jak to kobieta, i straciła poczucie czasu.

– Ona nie… – zająknął się i urwał.

Edan uśmiechnął się lekko i poklepał go po ramieniu. Dopił wodę i wyszedł z kuchni. Eren został sam. Odetchnął głęboko i chciał wrócić do czytania, ale nagle ktoś załomotał kołatką w drzwi. Wstał z krzesła i poszedł otworzyć. Do małego holu wmaszerowała Kay, a za nią jakiś nieznany mu chłopak z przepaską na lewym oku. Jaeger zmierzył go wzrokiem z góry na dół. Nieznajomy był nieco wyższy od niego, zdrowe oko miał koloru niebieskiego, a półdługie czarne włosy, które zakrywały mu kark, układały się w łagodne fale. Część z nich zaczesał do tyłu i związał w cienką kitkę. Poza tym wyglądał całkiem zwyczajnie, jeśli zwyczajnością można było nazywać noszenie pirackiej przepaski.

– Wybacz, że tak długo, ale… – Kay wskazała na gościa – musiałam zająć się nim i przyprowadzić go tutaj.

– A kto to jest?

– No tak… – mruknęła pod nosem, ganiąc się w myślach za swoje gapiostwo. – Poznajcie się. Eren, to mój najlepszy przyjaciel Raven. – Wskazała na długowłosego chłopaka, a następnie przeniosła wzrok na młodego zwiadowcę.

– Miło poznać. – Jaeger wyciągnął rękę w kierunku gościa.

Jednooki patrzył na szatyna bardzo nieufnie i dosyć wrogo, ale uścisnął mu dłoń. Eren czuł na sobie jego świdrujące spojrzenie. Nie bardzo wiedział, dlaczego ten cały Raven próbował go zmiażdżyć wzrokiem, ale zdecydowanie nie podobało mu się to. Podszedł do Kay i chwycił ją lekko za ramię.

– Skąd on się tu wziął? – spytał szeptem. – Próbuje mnie zamordować spojrzeniem od samego progu, o co tu chodzi?

– Potem ci wyjaśnię, obiecuję, ale teraz muszę iść pogadać z kapralem i Edanem, a następnie zrobić kolację. – Popatrzyła na niego błagalnie. – Mógłbyś się nim przez chwilę zająć?

– C-co? – Nie zdążył nic więcej powiedzieć, bo Kay gwałtownie go uścisnęła i prędko ulotniła z holu. Eren rozdziawił usta. Ta dziewczyna była niesamowita. Zostawiła go z nieznajomym kolesiem, który zdecydowanie był na niego cięty chyba za sam fakt, że istniał, a sama umknęła, by porozmawiać z Levim i Edanem. Jaeger czasami zastanawiał się, czy tylko on miał takiego pecha w życiu, czy może znalazłby się jeszcze jakiś towarzysz niedoli. Miał dziwne przeczucie, że nie, ale pomarzyć zawsze mógł.

Nabrał powietrza w płuca i wypuścił je z głośnym świstem. Odwrócił się w stronę Ravena i powiedział:

– To, emm, do kuchni, zapraszam.

– Jasne, prowadź. – Brunet uniósł prawą brew i uśmiechnął się nieco ironicznie. Bawiła go niepewność tego chłopaka. Nie podobało mu się, że tak spoufalał się z Kay. Podchodził do niej jak gdyby nigdy nic, brał pod ramię i coś szeptał do ucha. Jakoś nie zapałał do niego sympatią i nie zamierzał nawet się z nim zakolegować. Ledwo tolerował fakt, że de Anda musiała go chronić. Nie widział w nim nic wyjątkowego, nie rozumiał, dlaczego tak ważne jest, by nic mu się nie stało. Kay wszystko mu opowiedziała w drodze do domu, ale kompletnie tego nie kupował.

Jaeger wszedł do kuchni i usiadł przy stole. Raven zrobił to samo. Siedzieli przez chwilę w ciszy. Przerwał ją Eren.

– Chcesz coś do picia?

– Nie, dzięki – odpowiedział Raven, nie patrząc na chłopaka. – Długo jej zejdzie ta rozmowa?

– Nie wiem – burknął szatyn. – Wszystko zależy od humoru kaprala Leviego.

– Tego małego bruneta?

– Tak… ale zaraz, skąd go znasz?

– Z gazet.

– Ach, no tak. – Eren skrzyżował ręce na klatce piersiowej i popatrzył w okno. Dopiero teraz zauważył, że na dworze panowała zimowa zamieć. Wstał i podszedł bliżej. Oparł ręce o parapet i zaczął się przyglądać wirującym płatkom śniegu. Na jego twarzy zagościł uśmiech. Miał cichą nadzieję, że spadnie dużo białego puchu, a w nocy przyjdzie mróz i wszystko zaraz nie stopnieje. Liczył na to, że Kay spędzi święta razem z całym oddziałem. Zapatrzony w padający śnieg nie usłyszał, kiedy dziewczyna weszła do kuchni. Dopiero jej charakterystyczny, wibrujący głos sprowadził go na ziemię. Odwrócił się w stronę stołu i popatrzył na nią. Raźno gestykulowała i mówiła do Ravena, że nie ma problemu, by tu został i potem razem z nimi wrócił do zamku. Eren nie spodziewał się, że udało się jej tak łatwo przekonać Leviego, by wyraził zgodę. A skoro tak się stało, to oznaczało, że ten chłopak też spędzi z nimi Boże Narodzenie i skutecznie będzie mu utrudniał życie.

– Eren. – Wzdrygnął się, gdy usłyszał głos dziewczyny tuż przy swoim uchu.

– C-co? – Spojrzał na nią z markotną miną i przeczesał włosy palcami.

– Raven będzie dzielił z nami pokój, zajmie twoje łóżko, dobrze?

– A ja gdzie będę spał?! Na podłodze?! – ton jego głosu zdradzał zirytowanie.

– Pomyślałam, że ze mną – odparła grobowym głosem, a Raven zaniósł się kaszlem. Odwróciła się gwałtownie w jego stronę nie zwróciwszy uwagi na zszokowaną minę Erena. Podeszła do przyjaciela i chwyciła go za ramiona. Chłopak uspokoił się i wlepił w nią wzrok.

– Chcesz mi coś powiedzieć? – wychrypiał i potarł zdrowe oko.

– Nie, niby dlaczego? – Pokręciła głową i wzruszyła ramionami.

– Powiedziałaś, że on – wskazał na Erena, który powoli dochodził do siebie po tej bezpośredniej propozycji – może spać z tobą. W jednym łóżku?!

– No, skoro ze mną, to chyba nie na suficie? – zauważyła trzeźwo i poklepała przyjaciela po policzku. – Nie gorączkuj się tak, tej nocy też ze mną spał, bo było mi zimno.

Raven otworzył usta, chciał coś powiedzieć, ale odebrało mu mowę. Natomiast Eren odzyskał głos i powiedział głośno:

– Skoro tak, to zgadzam się. Niech zajmie moje łóżko.

– Wiedziałam, że się zgodzisz. – Kay posłała mu promienny uśmiech, a Raven zacisnął dłonie w pięści.

Eren tryumfował w duchu.

*****


Kay obudziła się nagle w środku nocy. Śnił się jej jakiś koszmar, ale nie mogła sobie przypomnieć co dokładnie. Eren otworzył jedno oko i spojrzał na dziewczynę. Siedziała i ciężko oddychała. Podniósł się i położył jej rękę na plecach. Odwróciła głowę i popatrzyła na niego półprzytomnie, ale nic nie powiedziała. Jaeger uśmiechnął się nieznacznie i przeczesał palcami włosy dziewczyny. Zerknął na łóżko obok, a jego oczy rozszerzyły się ze zdziwienia. Ścisnął Kay za ramię i potrząsnął.

– Co ty robisz? – zapytała niezadowolona i wyszarpnęła się z uścisku chłopaka.

– Raven – mruknął. – Nie ma go w łóżku.

– Co? O czym ty… – urwała, bo nagle Eren odwrócił jej głowę w stronę posłania Lindego, które faktycznie było puste.

– Czy nie sądzisz, że powinien spać o tej porze?

– Nie wiem – szepnęła. – Raven i ja mieliśmy osobne pokoje. Nigdy nie wiedziałam o której chodził spać lub co robił w środku nocy. Może czyta książkę albo wyszedł do toalety?

– Z toalety dawno by wrócił – zauważył Eren i wzruszył ramionami. – Tak samo nie uważam, by siedział na dole zatopiony w lekturze. Jest trzecia w nocy, Kay – dodał twardo i położył się. De Anda potarła zmęczone oczy i umościła się obok Jaegera. Nie miała pojęcia gdzie podziewał się Raven, a nie chciała tłuc się po całym domu szukając go. Zamknęła oczy, ale nie mogła zasnąć. Nie wiedziała ile tak leżała i wsłuchiwała się w miarowy oddech śpiącego Erena, ale w końcu doczekała się powrotu Lindego.

Chłopak wszedł po cichu do pokoju i zaczął się rozbierać. Prędko założył piżamę i wsunął się do swojego łóżka. Dopiero wtedy Kay zapytała:

– Gdzie byłeś? – Raven drgnął, słysząc jej głos, ale odpowiedział:

– Przejść się po okolicy, nie mogłem spać, to przez nowe miejsce i…

– Nie pierdol mi tu farmazonów, bajkopisarzu z Bożej łaski – warknęła. – Nie wiem, czy życie ci niemiłe, ale nie waż się więcej tego robić. Od jakiegoś czasu panoszy się w mieście brutalny zabójca, który nie patrzy na to kim jesteś.

– I co w związku z tym? – spytał obojętnie. Nienawidził, kiedy Kay klęła, nie podobały mu się takie słowa w ustach dziewczyny.

– A to, że mógł trafić na ciebie i wpakować ci kulkę między oczy, kretynie. – Zmięła w dłoni róg prześcieradła. – Wtedy ja musiałabym złamać swoją zasadę i brutalnie go zamordować, a dobrze wiesz, że jeszcze nigdy nikogo nie sprzątnęłam.

– Nie będzie potrzeby, byś łamała tę swoją zasadę – powiedział spokojnie i otulił się kołdrą. – Kompletnie nie pasujesz do Empty Darkness i wyjętych spod prawa, wiesz?

– Wiem. Dlatego tutaj jestem i chronię tego chłopaka o boskich oczach.

– On ci się podoba? Masz z nim romans?

– Chyba z jego oczami, są cudne. – Odgarnęła kosmyk włosów z czoła Erena i uśmiechnęła się. – Nie wwiercaj się tak we mnie spojrzeniem, Raven. Mówię, co myślę.

– Zakochałaś się w nim, bo ma ładne oczy? – Chłopak nie ukrywał zdziwienia.

– Nie zakochałam się – westchnęła i przejechała dłonią po twarzy. – Czego ty nie rozumiesz? Powiedziałam tylko, że ma śliczne oczy, to źle, że mi się podobają?

– Nie, ale to dziwne – mruknął Linde pod nosem.

– Niby co w tym dziwnego?

– Okazujesz zadziwiająco kobiece uczucia.

– Miło, że w końcu dostrzegłeś, jakiej jestem płci.

– Szokuje mnie twoja nagła uczuciowość. Nigdy taka nie byłaś.

– Dobra, przestań mnie analizować, bo czuję się jak na terapii psychologicznej. – Nakryła się kołdrą po same uszy i odwróciła w stronę śpiącego Erena. – Dobranoc.

– Dobrej nocy, Kay. – Raven umościł się wygodnie i zamknął oczy. Chwilę później zasnął.

De Anda leżała prawie wtulona w Erena i czuła jak palą ją policzki. Raven czasami wygadywał głupstwa. Potrafił ją zawstydzić. To od niego nauczyła się tej mało szlachetnej sztuki doprowadzania drugiej osoby do zakłopotania. Teraz leżała i próbowała ochłonąć. Nagle poczuła jak młody zwiadowca nieco się do niej przysuwa i nachyla nad jej uchem. Zesztywniała, bo nie miała pojęcia co chciał zrobić. Po chwili usłyszała jego szept:

– Romans z moimi oczami? To cios poniżej pasa, ale lepsze to niż nic, dziękuję.

– Przepadnij, Jaeger i nie waż się więcej udawać, że śpisz – wyjąkała i ukryła twarz w poduszce, a Eren cicho zachichotał i z powrotem ułożył się na swoim miejscu.

Kilka przecznic od domu Edana patrol Żandarmerii natknął się na ludzkie zwłoki przysypane cienką warstwą śniegu. Szkliste oczy denata zwrócone były ku niebu, a między brwiami widniał mały otwór z zakrzepłą strużką krwi, która, spływając, zatrzymała się przy kąciku ust. Czarna, pusta karteczka leżała przy jego prawym uchu. Ofiara miała na sobie pelerynę z emblematem skrzydeł wolności.

*********************************************************
Rozdział 8: "Mały gość"
*********************************************************


Edan zbudził się nad ranem. Ktoś bezlitośnie łomotał kołatką w drzwi. Przetarł zmęczone oczy i wygrzebał się z łóżka. Musiał pójść sprawdzić, kim była osoba, która w tak okrutny sposób wyrwała go ze snu. Narzuciwszy szlafrok na ramiona, wyszedł ze swojej sypialni i skierował ciężkie kroki w stronę holu. Pukanie nie ustawało.

– No już, już, chwila ¬– powiedział zirytowany. – Przecież się nie pali. – Nacisnął klamkę i otworzył drzwi. Jego oczy rozszerzyły się ze zdziwienia. Na progu stał znajomy żandarm. Minę miał nietęgą. – Carter, dlaczego próbowałeś włamać się do mojego domostwa o czwartej rano?

– Jesteś potrzebny, mamy trupa dwie przecznice dalej – zawiadomił i spuścił wzrok. Edan zmarszczył brwi. Wpuścił go do środka i poszedł się ubrać. Piętnaście minut później wrócił, ale tym razem zabrał ze sobą medyczny ekwipunek.

Edan szedł za żandarmem szybkim krokiem. Gdy dotarli na miejsce, grupka żołnierzy odeszła na bok. Brodacz ukucnął przy zwłokach nakrytych białym płótnem i odsunął materiał na bok. Zamurowało go, gdy tylko zobaczył, kto leżał na zimnej ziemi martwy z szeroko otwartymi oczyma. Popatrzył na Cartera, ale ten szybko odwrócił głowę. Potarł ręką oczy i wziął się do pracy. Musiał sprawdzić, kiedy nastąpił zgon i zabrać ciało do laboratorium w piwnicy swojego domu.

Asasino zabijał z bezpiecznej odległości i poza czarną pustą karteczką nie zostawiał nic. Zabójca bardzo szybko wyłamał się ze schematu morderstw. Tym razem padło na jednego z nich – czternastoletniego zwiadowcę, którego Levi przyjął do oddziału, wyjątkowo przymykając oko na jego wiek. Edan wiedział od kaprala, że dzieciak wyjątkowo dobrze dogadywał się z Erenem i chodził za nim krok w krok. Sam miał okazję tylko raz rozmawiać z denatem, a teraz przyszło mu przekazać reszcie przykrą wiadomość. Gdy skończył pracę, zakrył ciało młodego zwiadowcy i nakazał, by stojący obok żandarmi przenieśli je na nosze i udali się za nim.

– Kiedy zginął? – spytał cicho Carter i podszedł do brodatego mężczyzny.

– Około drugiej w nocy – mruknął Edan i zamknął pojemnik z narzędziami lekarskimi. – Więcej będę wiedział po sekcji, ale jej wyniki chyba nieszczególnie was zainteresują. Dzieciak zginął od strzału między oczy, nie miał szans, by to przeżyć.

– Która to ofiara tego zabójcy?

– Trzydziesta.

– W przeciągu dwóch miesięcy sprzątnął trzydzieści osób?

Brodacz nie odpowiedział. Wstał i poszedł z żołnierzami, którzy nieśli nosze z ciałem.

Pół godziny później został sam w swoim laboratorium ze zwłokami chłopca, który zapowiadał się na jednego z lepszych zwiadowców. Następnie je rozebrał i dokładnie umył. Sekcję odłożył na godziny popołudniowe. Najpierw musiał powiadomić Erena, Kay i Leviego, że Asasino znów zabił i tym razem wybrał żołnierza na swoją ofiarę. Przykrył zwłoki białym płótnem i przysiadł na krześle obok. Ukrył twarz w dłoniach i zamyślił się.

Dlaczego dzieciak spacerował w środku nocy po mieście? W dodatku zupełnie sam. Przecież ktoś musiał wiedzieć, że opuścił zamek, w którym obecnie przebywał Oddział Zwiadowców. Czemu nikogo starszego z nim nie było? Po co w ogóle przybył do miasta? Pytania kłębiły mu się w głowie, ale na żadne nie znalazł konkretnej odpowiedzi. Miał trzydzieści pięć lat, a nie potrafił pojąć tego, co właśnie się stało.

Po dłuższej chwili odrętwienia coś go tknęło i postanowił przeszukać ubranie zabitego dzieciaka. W ukrytej kieszonce munduru znalazł zgiętą na pół kopertę zaadresowaną do Erena. Chłopak musiał wymknąć się z zamku i przyjechał do miasta tylko po to, by zostawić ten list w skrzynce. Najwyraźniej dzieciak zamierzał od razu wrócić, ale nie dane mu było nawet dotrzeć do celu. Mężczyzna ciężko westchnął i schował kopertę do kieszeni. Oderwał od munduru naszywkę z imieniem i nazwiskiem. Taki miał nawyk. Wiedział doskonale, że Levi robił dokładnie tak samo. To była jedyna rzecz, która zostawała po tych, którzy zginęli lub zostali zamordowani. Spojrzał na uszyte z materiału skrzydła wolności i lekko się uśmiechnął. „Roslin Wyndham” — taki napis widniał na emblemacie.

– Celtyckie pochodzenie, co, dzieciaku? – powiedział do siebie, odkładając mundur na kupkę z resztą ubrań. Ścisnął w dłoni naszywkę i skierował się do wyjścia. W holu spojrzał na duży zegar z wahadłem. Wskazywał szóstą trzydzieści. Zaczynało świtać. Edan poszedł do kuchni. Nie było sensu, by się kładł i tak by nie zasnął.

Rozpalił w piecu kaflowym i nastawił wodę na herbatę, a potem usiadł przy stole. Chwilę później weszła Kay, nucąc pod nosem jakąś piosenkę. Była już ubrana. Nie zauważyła Edana od razu. Dopiero po chwili spojrzała w jego stronę, marszcząc brwi.

– Co to za mina, Edan? – zapytała i zestawiła czajnik z pieca. Przyszykowała kubki, nasypała herbaty i zalała ją gorącą wodą. Jeden garnuszek podała mężczyźnie, a drugi wzięła dla siebie.

– Nie jest dobrze, Kay – mruknął brodacz i upił łyk gorącego gorzkiego napoju. Skrzywił się, po czym sięgnął po cukiernicę. Wsypał dwie łyżeczki brązowych kryształków i energicznie zamieszał, uderzając o ścianki kubka.

– Co nie jest dobrze, coś się stało?

– Asasino znów zabił – oznajmił głucho i oparł łokieć o stół. Kay wpatrywała się w niego zaskoczona.

– Kogo?

– Jednego z naszych. Dzieciak miał czternaście lat. Chciał zostawić list do Erena, ale nie zdążył. – Edan wyrzucał z siebie informacje bez konkretnego ładu i składu, a de Anda siedziała jak wmurowana.

– Roslin? – spytała słabym głosem. Jak dobrze pamiętała, był młodszy od reszty i został przyjęty tylko ze względu na swoje umiejętności. Dzieciak był drobnej postury, miał popielate włosy, co się kompletnie kłóciło z jego imieniem, i duże grafitowe oczy. Cały czas się uśmiechał i powtarzał, że chce być taki jak Eren. Jaeger czochrał go po włosach, zdecydowanie odradzając, ale młodego nie dało się zbyć. Wprawdzie nie zdążyła go dobrze poznać. Jedynie tego dnia rozmawiali trochę, kiedy wychodzili do miasta i już z niego nie wrócili, bo wszystko powywracało się do góry nogami. Od tamtej pory Kay i Eren w domu Edana i czekali, aż Levi wróci do zdrowia.

Jej rozmyślania przerwał Jaeger, który wpadł do kuchni rozczochrany i opadł ciężko na krzesło obok. Oparł się rękami o blat stołu i wymamrotał:

– Co na śniadanie? Jedliście już?

– Nie, nie sądzę, by śniadanie to był dobry pomysł – wyszeptała szatynka i spojrzała niepewnie na Edana. Mężczyzna siedział z ponurą miną i patrzył na zwiadowcę. Chyba też zastanawiał się, jak mu powiedzieć, że zginęła ważna dla niego osoba. Dlaczego przekazywanie takich wieści musiało być zawsze tak strasznie trudne?

– Czyli sam muszę zrobić?

– Nie o to cho… ¬– zaczęła, ale Edan wszedł jej wpół słowa.

– Chodź ze mną, nie ma sensu tego ukrywać i się motać, dowiedziałbyś się prędzej czy później. – Eren podniósł głowę i zaskoczony popatrzył na gospodarza. Ten jednak minę miał śmiertelnie poważną i zdecydowanie nie było mu do śmiechu. Nie wiedział, o co mogło chodzić, ale wstał i posłusznie poszedł za lekarzem. Za sobą słyszał kroki Kay. Weszli do holu i stanęli naprzeciwko drzwi prowadzących do laboratorium Edana. Brodacz otworzył je.

W pomieszczeniu panował półmrok i przenikliwy chłód. Eren zamrugał oczami, by przyzwyczaić wzrok do mętnego światła. Dopiero po chwili zauważył, że na środku stoi wielki stół, a na nim leży coś, przykryte białym materiałem. Stanęli obok. Żołnierz przełknął ślinę. Obleciał go strach. Po kształcie, który rysował się pod płótnem, domyślił się, że są to zwłoki. Chyba nie chcieli mu powiedzieć, że coś się stało kapralowi Leviemu, tego by chyba nie zdzierżył. Nie, to na pewno nie był on. Odruchowo złapał za rękę Kay i lekko ją ścisnął. Odwzajemniła gest, ale stała ciągle z opuszczoną głową. Czyżby naprawdę…

W tym samym momencie Edan odsunął materiał z twarzy denata. Eren głucho jęknął i zbladł. Wpatrywał się w martwego Roslina. Jak w transie uniósł rękę i położył dłoń na czole chłopca. Przejechał nią w dół, zamykając mu rozwarte powieki raz na zawsze. Potem przygarbił się i oparł o blat, na którym leżało ciało młodszego przyjaciela. Trudno mu było uwierzyć, że Wyndham leżał martwy na stole sekcyjnym.

Polubił tego energicznego dzieciaka od razu, gdy tylko go poznał. Roslin Wyndham był osobą, której nie dało się nie lubić. Chłopak-tytan spuścił głowę i zacisnął pięści. Poczuł, że Kay położyła mu dłoń na ramieniu. Był wdzięczny jej i Edanowi, że darowali sobie zbędne słowa pocieszenia, które by nic nie dały. Nie miał pojęcia, ile tak stał nad ciałem przyjaciela, ale w końcu de Anda stanowczo go odciągnęła, a brodacz przykrył twarz Roslina. Dziewczyna objęła Jaegera w pasie i poprowadziła w stronę drzwi. Nie wyrywał się, szedł posłusznie zatopiony w myślach. Nim się zorientował, weszli do sypialni kaprala. Mężczyzna już nie spał. Popatrzył w ich stronę i zmarszczył brwi.

– Co to za delegacja?

– Asasino – padła lakoniczna odpowiedź z ust Edana.

– To zna…

– Zabił Roslina – powiedział sucho Eren i usiadł na brzegu łóżka kaprala, po czym oparł głowę o brzuch stojącej obok de Andy. Dziewczyna nie bardzo wiedziała, co zrobić w tej sytuacji. Ostatecznie podniosła rękę, zanurzając ją we włosach chłopaka, i zaczęła go delikatnie głaskać. Spojrzała na bruneta, który sprawiał wrażenie, jakby dostał w twarz. Bezwiednie podparł się łokciami i próbował wstać, ale Edan stanowczo nakazał mu leżeć.

– Kurwa mać – zaklął Levi. – Mamy walczyć z tytanami, a nie uganiać się za jakimś pierdolonym okurwieńcem. Jak tak dalej będzie, pół oddziału wystrzela mi jak dzikie kaczki.

– W twoim stanie i tak nie dasz rady nic zrobić – zauważył lekarz i odsunął kołdrę na bok, by sprawdzić, jak goi się rana najsilniejszego żołnierza ludzkości.

– Pokroisz dzieciaka? – Kapral zmienił niewygodny dla niego temat.

– A mam jakiś wybór?

– Po prostu tego nie rób – mruknął. – Zawiadom Erwina, niech przyślą kogoś po jego ciało, a potem godnie pochowają…

– Ja bym chciał… – zaczął nieśmiało Eren i umilkł. Levi skierował na niego spojrzenie swoich ciemnych oczu.

– Zapomnij – powiedział kapral głosem nieznoszącym sprzeciwu. – Nawet będąc pod jej ochroną – wskazał na de Andę – nie wyrażę zgody na podróż do zamku tylko po to, by przetransportować zwłoki.

– Ale…

– Eren, chcesz mi powiedzieć, że wolisz skończyć z kulką między oczami, zamiast pomóc ludzkości w uwolnieniu się spod panowania tytanów?

– Nie, ja, ja po prostu chciałem być na pogrzebie, ale skoro nie wyraża pan zgody, nie będę się sprzeciwiał, przepraszam.

– Edan, zawiadom Erwina, niech kogoś przyśle. Wiadomość do zamku też wyślij, powinni wiedzieć. – Brodacz tylko skinął głową, nie przerywając zmiany bandaża. Rana Leviego goiła się dosyć szybko dzięki rekonwalescencji i dobrej opiece. Mężczyzna wyglądał lepiej i zaczynały wracać mu siły.

– Pójdę sprawdzić co u Ravena i zrobię coś do jedzenia – odezwała się cicho Kay i chciała odejść, ale Eren chwycił ją za rękę. Popatrzyła na niego zaskoczona. Chłopak siedział z opuszczoną głową, ale po chwili ją podniósł i powiedział:

– Pomogę ci, dobrze? Muszę się czymś zająć.

– Och, jasne, chodź – mruknęła, wyswobodziwszy prawą dłoń z jego uścisku. Udali się w stronę wspólnego pokoju, który teraz dzielili z przyjacielem Kay. Gdy weszli do środka, zastali Ravena siedzącego przy stole. Odwrócił się w ich stronę i łypnął spod byka na Jaegera, natomiast de Andzie posłał promienny uśmiech. Szatynka podeszła bliżej, wbijając w niego swój przenikliwy wzrok.

– Stało się coś? – spytał niepewnie i odgarnął jej z czoła kilka niesfornych kosmyków.

– Nie waż się nigdy więcej opuszczać domu w środku nocy, by pospacerować, rozumiesz?

– A możesz jaśniej, bo nie chwytam, o co ci chodzi. Wiesz, że nocą najlepiej mi się przebywa na powietrzu.

– Od trzech miesięcy w mieście grasuje zabójca. – Eren wyręczył Kay w odpowiedzi na pytanie. – Dzisiejszej nocy zabił jednego ze zwiadowców, czternastoletniego dzieciaka, który nic mu nie zrobił. Zatem lepiej nie włóczyć się nocą po ulicach, bo można skończyć, wąchając kwiatki od spodu.

– Uhm, cóż – mruknął jednooki chłopak i odsunął się od przyjaciółki. – Przykro mi z powodu tego zabitego. Nie będę się zatem wymykał nocą z domu, obiecuję. – Teatralnie położył lewą rękę na piersi, a prawą uniósł zgiętą do góry i wyprostował dwa palce dłoni. Kay patrzyła na niego chłodnym wzrokiem. W ogóle go nie obeszło to, co powiedział mu Eren. Nie miała pojęcia, dlaczego Raven zachowywał się w tak obojętny sposób. Zauważyła, że nie darzył Jaegera zbytnią sympatią od samego początku, ba, traktował go jak wroga i rywala, choć znali się zaledwie jeden dzień. Westchnęła ciężko, podchodząc do łóżka, które dzieliła z chłopakiem-tytanem. Położyła się na miękkim materacu i nagle poczuła ogarniającą ją senność. Zbyt wcześnie wstała, a do tego za dużo się wydarzyło w ciągu ostatniej godziny, by mogła działać na pełnych obrotach. Przymknęła oczy. Potrzebowała odpoczynku. Chwilę później zasnęła.

Obudziła się w samo południe. Przetarła ręką oczy i usiadła na łóżku. Przeciągnęła się, rozglądając po pokoju. Była całkiem sama. Miękki ciepły koc otulał jej nogi. Była pewna, że to Eren ją przykrył. Raven nigdy nie wpadał na taki pomysł. Nie raz zdarzało się jej zasnąć na sofie w salonie i zawsze budziła się zmarznięta, bo przyjacielowi nie przeszło przez myśl, by narzucić na nią pled.

Ze wspomnień wyrwał ją głośny rumor, który dochodził z dołu. Zerwała się jak oparzona i wypadła z pokoju na łeb, na szyję. Zbiegła na dół i wparowała do salonu. Koło stołu leżał Eren, a na nim okrakiem siedział Raven, trzymając za kołnierz koszuli. Zwiadowca chwycił go za nadgarstki i usiłował z siebie zrzucić. Jednooki miał rozciętą wargę, a szatynowi z nosa ciekła krew. Kay stała jak wmurowana i patrzyła na bijących się chłopaków. Jaeger w końcu odepchnął Lindego, ten z impetem uderzył o stół. Szatyn poderwał się na równe nogi i chciał odejść, ale Raven zdążył podciąć mu nogi. Chłopak ponownie wylądował na drewnianej podłodze. Linde złapał go za fraki, podniósł nieco do góry. Potrząsnął nim gwałtownie i warknął:

– Zapierdolę cię, jak się będziesz tak do niej przymilał, rozumiesz? Kay jest moja, zapamiętaj to sobie, śmieciu. Jeżeli jeszcze raz…

– Puść go – chłodny głos przyjaciółki zmroził mu krew w żyłach. Linde odwrócił głowę w jej stronę i nagle poczuł siarczyste uderzenie w twarz. Tego nie spodziewałby się w najgorszych snach. Puścił Jaegera i wstał. Policzek go piekł, ale to nie był koniec. Nim zdążył zareagować, dziewczyna wykonała półobrót i sprzedała mu porządnego kopniaka w brzuch, aż zgiął się wpół i zaczął kaszleć.

– Za, za co? – wycharczał łapiąc oddech.

– Dobrze wiesz za co – warknęła i podeszła do Erena. Chłopak usiadł i próbował zatamować krwawienie z nosa. Pomogła mu wstać, a potem posadziła na kanapie. Z szafki wyjęła czysty ręcznik i wytarła mu twarz.

– Dzięki – wymamrotał chłopak.

– O co wam poszło?

– O nic takiego. – Eren machnął ręką i ponownie przycisnął ręcznik do nosa. Po chwili usiadł w rozkroku, spuszczając głowę w dół. Ojciec nauczył go, że w ten sposób krwawienie ustaje.

– Przyniosę mokrą ściereczkę, bez niej ta pozycja nic ci nie da – oznajmiła dziewczyna. Na chwilę opuściła salon, wróciła po minucie i położyła młodemu żołnierzowi mokry materiał na karku.

– Aj, zimne – syknął chłopak i drgnął, ale Kay przytrzymała go za ramiona.

– Poczekaj chwilę no, coś ty taki delikatny?

– Chrzaniony książę, a mówiłaś, że nie cierpisz mięczaków – prychnął Raven. Chłopak już się pozbierał i teraz stał przy stole z ręką na bolącym nadal brzuchu.

– Nie cierpię też potłuczonych kolesi, którzy biją drugiego człowieka tylko za to, że próbuje się ze mną zaprzyjaźnić i traktuje mnie na równi ze sobą, a nie jak banitkę, którą w rzeczywistości jestem – odpowiedziała lodowato, nie odwracając się w jego stronę. – Nie wiem co ci odbiło, Raven, ale nie pozwolę ci więcej tknąć Erena, masz się trzymać od niego na dystans, bo inaczej rozwiążę ten problem w sposób znacznie brutalniejszy niż kilka minut temu.

– Więc przyjaźń nic dla ciebie nie znaczy?

– Nie zmieniaj tematu!

– Nie zmieniam! Pytam tylko czy nasza przyjaźń nic już dla ciebie nie znaczy! – Zignorowała Lindego i ponownie zwróciła się do Erena.

– O co wam poszło? – Chłopak spojrzał na nią swoimi turkusowymi oczyma i odpowiedział wzruszając ramionami:

– O ciebie.

– Rozwiń swoją wypowiedź, bo ta jest śmieszna. – Zmarszczyła brwi i wbiła w niego wyczekujące spojrzenie.

– Co w tym śmiesznego? – zapytał beznamiętnie. – Wyrżnął mi z pięści, bo mu kazałem spierdalać, gdy zażądał, bym się do ciebie nie zbliżał, to oddałem cios i tak się to potoczyło.

– Obaj jesteście nienormalni – stwierdziła Kay i opuściła salon. W holu założyła płaszcz, buty, a potem wyszła z domu, cicho zamykając drzwi za sobą. Musiała się przewietrzyć, ochłonąć. Nie miała pojęcia, co odbiło Ravenowi, że pobił się z Erenem. Nigdy się tak nie zachowywał, a teraz jakby mu rozum odjęło. Rozumiała, że Linde mógł być odrobinę zazdrosny, bo jej uwaga skupiała się w całości na kimś innym, ale nie sądziła, że przyjaciel użyje przemocy z tego powodu. Skręciła w jakąś mało uczęszczaną uliczkę i poszła przed siebie.

Kwadrans później była na miejskim rynku, gdzie panował gwar i ruch. Zaczął się jarmark bożonarodzeniowy. Dopiero teraz dotarło do niej, że dziś zaczął się grudzień. Do świąt pozostało niewiele czasu. W powietrzu unosił się zapach pierników, grzanego wina i pieczonego mięsa, którym zajadali się bogacze. Podeszła do jednego z drewnianych kramów i stanęła w niewielkiej kolejce. Postanowiła kupić pierniki i butelkę wina z czarnej porzeczki.

– Co podać? – spytał sprzedawca, gdy nadeszła jej kolej.

– Dziesięć pierników korzennych i wino porzeczkowe – odpowiedziała.

– Z czarnej czy czerwonej porzeczki?

– Z czarnej, dużą butelkę, poproszę. – Takie wino doskonale nadawało się do obiadu, a jeszcze podgrzane z goździkami stanowiło idealne połączenie z ciepłym kocem w chłodne zimowe wieczory.

– Polecam również wyborną nalewkę malinową własnej roboty. – Sprzedawca uśmiechnął się i podetknął jej pod nos butelkę z owym trunkiem. Chwilę się zastanowiła, ale wzięła od mężczyzny kuszący kolorem napitek i włożyła do siatki. Ucieszony właściciel kramu zapisał na kartce ceny produktów i zaczął liczyć.

W tym czasie Kay zauważyła obok stoiska jakiś ruch. Po chwili dostrzegła malutką rączkę, która ledwo dosięgała koszy z piernikami. Zdziwiona podeszła bliżej, a jej oczom ukazał się dosyć żałosny widok. Jakiś malec, na oko trzy– może czteroletni w brudnym poszarpanym ubranku, próbował zwędzić jedno ciastko. Przeraziła się, gdy zobaczyła, że dziecko było bose, a na twarzy i chudych kończynach miało pełno zadrapań. Chłopiec wyczuł, że ktoś mu się przygląda. Nieśmiało spojrzał w jej stronę. Niepewność malowała się w jego wielkich granatowych oczach. Czarne włosy miał brudne, za długie i skołtunione. Trząsł się z zimna.

De Anda ukucnęła przy dziecku.

– Hej, maluchu, skąd ty się tu wziąłeś, co? – zapytała łagodnie, zdejmując pelerynę. – Dlaczego chodzisz boso w mróz? Rozchorujesz się. Gdzie twoja mama? – Opatuliła go i wzięła na ręce. Nie wyrywał się, był spokojny. Chyba wyczuł, że nic złego mu nie zrobi. Niepewność w jego oczach zastąpiło zaciekawienie. Uśmiechnął się do niej i pokazał palcem na kosze z piernikami. Kay odruchowo pogładziła go po małym zadartym nosku, wyciągnęła z siatki pachnące przyprawą korzenną ciastko. Potem położyła na ladzie banknot, a gdy sprzedawca chciał wydać resztę pokręciła głową i odeszła od stoiska. Malec w tym czasie spałaszował piernika ze smakiem, brudząc nos lukrem.

– Pysne – zaseplenił i poklepał się po brzuchu.

– Gdzie twoja mama? – Kay ponownie zadała pytanie, wyczekując odpowiedzi.

– Śpi, bajdzo długo. Az się taka cajna zjobiła. – Kay zbladła. Ten maluch właśnie opisał trupa jak gdyby nigdy nic. Najwyraźniej bardzo długi czas musiał przebywać w domu z martwą matką. Zastanawiało ją, co dzieciak w tym czasie jadł i skąd wzięły się na jego ciele te wszystkie strupy i siniaki. Podejrzewała, że szukał jedzenia w podobny sposób jak dzisiaj, przez co musiał być bity. Zmarszczyła brwi. Nikt mu nie pomógł przez tyle czasu. Odruchowo przytuliła chłopczyka i pogładziła po głowie.

– Zabiorę cię ze sobą, dobrze?

– A dajeko?

– Nie, nie daleko, ale będzie tam cieplutko i wesoło, co ty na to?

– Aje ciocia tez będzie? – Wskazał palcem na Kay.

– Tak, będę. – Uśmiechnęła się do malca i szczelniej okryła go swoją peleryną. Ledwo go było widać spod wielkiego kaptura. – Jak masz na imię, powiesz mi? – spytała i ruszyła przed siebie.

– Ryuu.

– Bardzo ładnie. Ja mam na imię Kay.

– Ciocia Kay. – Poklepał ją po policzkach i roześmiał się. Ile w swoim niedługim życiu przeszedł, nie wiedziała, ale nawet ciężkie przeżycia nie zniszczyły w nim prostej dziecięcej radości i ufności. Przytuliła go mocniej, przyspieszając kroku. Mimo grubego swetra było jej zimno, a nie chciała złapać przeziębienia. Dzieciak też był przemarznięty do szpiku kości. Najpierw będzie musiała go wykąpać, a potem postanowiła, że zrobi rosół.

Gdy tylko weszła do domu, w holu przywitał ją Edan. Brodaty mężczyzna rozdziawił usta, gdy zauważył, że dziewczyna nie wróciła sama.

– Co to za dziecko?

– Znalazłam go przy stoisku z piernikami – wyjaśniła lakonicznie, zdjęła z malca pelerynę. Odwiesiła ją na wieszak i ruszyła w stronę łazienki.

– Ale ktoś go może szukać, nie pomyślałaś o tym?

– Martwa matka raczej nie da rady – oznajmiła lodowato.

– Nie masz pewności, że…

– Edan, dzieciak powiedział, że mama długo śpi i zrobiła się czarna, chyba mi nie powiesz, że sobie to zmyślił?

– Tego się nie spodziewałem – mruknął i popatrzył na malucha, który przyglądał mu się z zaciekawieniem wypisanym na twarzy. – A ma on jakieś imię?

– Nazywa się Ryuu i trzeba go wykąpać, a potem mógłbyś go zbadać. Chodził boso, ubrany w tę lichą koszulinę.

– Dobrze, zajmę się nim – obiecał Edan i uśmiechnął się do chłopczyka. – Cześć, Ryuu. – Wyciągnął do malca rękę i uścisnął delikatnie jego małą dłoń. Chłopczyk wpatrywał się w mężczyznę zafascynowany, aż w końcu odważył się dotknąć zarostu na twarzy Edana.

– Długa bjoda, włosi długie, Mitołaj? – spytał zaciekawiony, a Kay parsknęła śmiechem.

– Nie, Ryuu, to wujek Edan, jest lekarzem, potem cię zbada, dobrze?

– Dobzie. – Energicznie pokiwał głową i objął de Andę za szyję. Dziewczyna uśmiechnęła się lekko, idąc z nim do łazienki.

Nalała ciepłej wody do kadzi, a potem rozebrała malca. Serce się jej ścisnęło na widok chudego okaleczonego ciałka. Podniosła chłopca i delikatnie posadziła w wodzie. Miała nadzieję, że nic nie będzie go szczypało. Wzięła mydło i zaczęła go szorować. Chyba lubił kąpiele, bo wcale nie marudził. Potem zmoczyła mu włosy wodą z blaszanego kubka, a następnie porządnie umyła je pokrzywowym szamponem. Po kąpieli wytarła brzdąca i posadziła na wielkim frotowym ręczniku. Śmiał się, gdy drugim ręcznikiem mocno czochrała mu włosy, by je osuszyć. Doszła do wniosku, że jeszcze dzisiaj nożyczki pójdą w ruch. Dziecko nie mogło chodzić z tak długimi włosami, które nieustannie spadały na oczy. Po skończeniu całej kąpielowej ceremonii owinęła go ręcznikiem jak poczwarkę i wzięła na ręce. Teraz musiała oddać Ryuu w ręce Edana. Poszła do pokoju. Trzeba było przeszukać szafę i wygrzebać cokolwiek, co dałoby się przerobić na tymczasowe odzienie dla malca. W alkierzu przy stole siedział Eren, zaś Raven leżał na łóżku i wpatrywał się w sufit. Obaj spojrzeli na dziewczynę, gdy tylko weszła do pokoju. Eren zamrugał oczami. Raven podniósł się i usiadł. Obaj zaskoczeni patrzyli na de Andę, która trzymała na rękach dziecko.

– Co to za bąbel? – spytał Eren i wstał z krzesła. Ryuu wpatrywał się w niego uważnie, a gdy podszedł bliżej nieśmiało się uśmiechnął.

– Wujet? – spytał cicho i spojrzał do góry na Kay.

– Tak, wujek Eren, a tam siedzi wujek Raven. – Wskazała na Lindego, który przyglądał im się ze skrzywioną miną.

– Nie, tam pan jest – zaprzeczył malec. – Zły pan. Wujet jest tutaj. – Wyciągnął rączki w stronę Erena i chłopak, chcąc nie chcąc, musiał go wziąć na ręce. Kay wykorzystała ten moment i zaczęła szperać w szafie z ubraniami. Znalazła starą koszulkę Erena i jego bokserki.

– Mogę to zabrać? – spytała z nadzieją w głosie. – Ryuu nie ma żadnych ubrań.

– Co? Ach, jasne, weź i tak w tym nie chodzę – mruknął i uśmiechnął się pod nosem, bo dzieciak zainteresował się nagle sznurkiem na jego szyi i zawzięcie próbował wyciągnąć go spod koszulki. Gdy mu się to udało, złapał w ręce klucz, który był do niego przywiązany i zaczął go obracać w dłoniach. Niewiele było trzeba, by się czymś zajął.

– Muszę to nieco przerobić – powiedziała Kay. – Na dole Edan ma maszynę do szycia. Chodź ze mną, Eren.

– Rozumiem, że ja mam zostać tutaj i nie wyściubiać nosa za drzwi? – lodowaty ton głosu Ravena sprawił, że aż się wzdrygnęła. Odwróciła się do niego i odpowiedziała:

– Możesz przyszykować warzywa na rosół, są w spiżarni koło kuchni.

– Wedle życzenia. – Kay pokręciła głową i wyszła z pokoju. Eren poszedł za nią, trzymając Ryuu na rękach.

Jedna rzecz nie dawała mu spokoju. Malec nazwał przyjaciela Kay „złym panem”. Nie miał pojęcia dlaczego, ale uznał, że później porozmawia na ten temat z de Andą. Na dole się rozdzielili. Kay poszła przerobić jego stare ubrania dla Ryuu, a on udał się do gabinetu Edana. Zapukał i wszedł do środka. Mężczyzna siedział przy biurku, coś notował. Prawdopodobnie były to dokumenty opisujące rzekomą sekcję zwłok Roslina. Na samo wspomnienie coś zakuło go w sercu. Otrząsnął się z nieprzyjemnych myśli i usiadł z małym na kozetce. Brodacz skończył pisać, odkładając pióro na bok. Wstał z krzesła umył ręce, podszedł do nich.

Ryuu siedział owinięty w ręcznik na kolanach Erena i nadal bawił się kluczem. Przerwał, gdy tylko Edan ukucnął naprzeciwko niego. Mężczyzna wziął szkraba na ręce i posadził obok Jaegera. Potem zdjął z niego ręcznik, marszcząc brwi. Ilość siniaków wskazywała na to, że chłopiec był często dotkliwie bity. Najdziwniejsze było to, że nic o tym nie wspominał i nie bał się ich. Wywnioskował, że dziecko jest nazbyt ufne. Musiało szukać kogokolwiek, kto mógłby się nim zająć i okazać odrobinę uczucia. Nie wiedzieli, jak długo przebywał w jednym pomieszczeniu ze zwłokami matki i gdzie w ogóle mieszkał, ale poszukiwania musieli odłożyć na inny dzień. Zdrowie chłopczyka było w tej chwili najważniejsze.

Ukradkiem spojrzał na Erena. Chłopak siedział ze skrzywioną miną. Edan doskonale zdawał sobie sprawę z tego, że nienawidził przemocy wobec słabszych, a Ryuu był tylko małym dzieckiem. Westchnął, zdjął z szyi stetoskop i włożył jego końce do uszu. Uśmiechnął się do malca, który, zainteresowany, wpatrywał się w niego jak w obrazek.

– Teraz ładnie oddychaj, a wujek posłucha, jak bije twoje serduszko. – Ryuu drgnął lekko, gdy poczuł zimną słuchawkę stetoskopu, ale nie wiercił się. Lekarz uważnie słuchał wszystkich szmerów w klatce piersiowej dziecka i nie był szczególnie zadowolony. Świsty w oskrzelach zwiastowały nadchodzącą chorobę. Kay w porę go znalazła. Potem zbadał brzuch malca, ale na szczęście nie wykrył niczego niepokojącego.

– I co z nim? – zapytał Eren i przeczesał włosy palcami.

– Początki zapalenia oskrzeli. Dam mu zastrzyki, szybciej zadziałają niż syropy czy zioła.

– Chcesz go kłuć?

– Dzięki temu szybciej wyzdrowieje.

– No tak, rozumiem. – Zwiadowca westchnął i pogładził malca po czuprynie, który grzecznie siedział i rozglądał się dookoła. Nagle do gabinetu weszła Kay. Niosła ubrania dla Ryuu. Chłopczyk od razu wyciągnął ręce w jej stronę.

– A co to za golasek tu siedzi? – spytała ciepło. – Trzeba się szybko ubrać. – Stare bokserki przerobiła na tymczasowe spodenki, a koszulkę skróciła i zwęziła tak, by choć trochę pasowała na kilkuletniego malca. Chłopiec przypominał krasnoludka w nieco za dużych ubraniach, ale to do niego pasowało.

– No, teraz przynajmniej jakoś wygląda – skomentował Eren i opuszkiem palca dotknął czubka nosa Ryuu. Maluch się roześmiał i zarzucił ręce na szyję Kay. De Anda mocno go chwyciła, spoglądając wyczekująco na Edana.

– Po kolacji dam mu zastrzyk.

– Rozumiem, to coś poważnego? – Szatynka była odrobinę zaniepokojona. Zastrzyki były zwykle ostatecznością w leczeniu chorób.

– Za kilka dni zaczęłoby się zapalenie oskrzeli – poinformował ją lekarz. – Znalazłaś go w ostatniej chwili, w której mogę szybko zareagować i mam pewność, że choroba nie rozwinie się na dobre.

– A będzie mógł zostać z nami? – Przygryzła dolną wargę, wpatrując się w mężczyznę z nadzieją w oczach. – Nie chcę go oddawać do sierocińca.

– Nie wiem, porozmawiajcie z Levim. Mnie maluch nie przeszkadza.

– Polegniemy na całej linii – powiedział cicho Eren. – Kapral w życiu się nie zgodzi, by takie małe dziecko z nami zostało.

– Zgodzi się, zobaczysz. – Kay uśmiechnęła się szelmowsko i trzymając Ryuu na rękach, wymaszerowała z gabinetu. Poszła prosto do kuchni.

Raven siedział przy stole i obierał warzywa. Rzucił im niezadowolone spojrzenie, a malec skulił się, wtulając mocniej w de Andę. Dziewczyna dopiero teraz zwróciła uwagę na to, że chłopczyk najzwyczajniej w świecie bał się Lindego. Pogłaskała malucha po głowie i lekko nim zakołysała. Potem posadziła na krześle bliżej pieca i wzięła z półki nożyczki. Musiała ściąć mu włosy. Uśmiechnęła się, przystępując do działania. Ryuu włosy miał miękkie, których większa część łagodnie układała się po lewej stronie. W ten sposób zrobiła mu przedziałek i zaczęła ścinać. Wilgotne kosmyki spadały na drewnianą podłogę. Gdy skróciła mu włosy na pożądaną długość, postanowiła od spodu odrobinę je przerzedzić, by fryzura była lżejsza. Zadowolona z ostatecznego efektu, odsunęła się, uważnie przyglądając swojemu dziełu i… upuściła nożyczki na podłogę. Upadły, wydając charakterystyczny dźwięk. Raven zaskoczony wstał i podszedł do niej. Nie miał pojęcia, co tak wstrząsnęło przyjaciółką, która stała w bezruchu z szeroko otwartymi oczyma. Wpatrywała się w siedzącego na krześle chłopca. Linde nie zauważył niczego dziwnego, ale spytał:

– Wiem, że jesteś na mnie zła, ale może mi powiesz co się stało?

– Zawołaj Erena – poprosiła, ale przyjaciel nie zdążył zrobić kroku, bo w tej samej chwili do kuchni wszedł Jaeger z książką. Omiótł ich spojrzeniem i zauważywszy minę Kay, podszedł bliżej.

– Hej, wyglądasz jakbyś zobaczyła ducha, stało się coś?

– Ducha? Nie, to nie jest duch. – Wskazała na Ryuu, a Eren przeniósł wzrok na chłopca, gwałtownie nabierając powietrza w płuca.

– Bąbel jest jak… – wyjąkał chłopak.

– Lustrzane odbicie, tylko trochę mniejsze – dokończyła de Anda. – Czemu nie zwróciłam uwagi wcześniej?

– Miał za długie włosy – stwierdził Eren. – Jak on to przyjmie?

– Nie wyprze się go, nie ma mowy.

Raven słuchał tej wymiany zdań, ale kompletnie nie miał pojęcia, o czym tak rozprawiają. Wzruszył ramionami i usiadł przy stole. Wziął ostatnią marchewkę, zaczął ją obierać.

W końcu musieli ugotować ten nieszczęsny rosół.

Ciąg dalszy nastąpi...

Dodano: 19.01.2015



comments powered by Disqus

Do góry

Do góry